Pięćdziesiątka

Czas nas uczy pogody...

Wpisy

  • środa, 31 grudnia 2014
    • Spełnienia M A R Z E Ń !

      Nie widziałam jej ponad 30 lat. Chociaż to nie do końca prawda, bo przecież byłam na pogrzebie jej męża, a właściwie tylko na mszy. Tyle było ludzi, że niełatwo mi było ją dostrzec, a tym bardziej przyjrzeć się, upewnić, czy bardzo się zmieniła….

      Jej męża też znałam i też nie widziałam go kilkadziesiąt lat. Odszedł niespodziewanie, nie był stary… A ile ona ma teraz lat?. Może 60? Na pewno jest ode mnie starsza, co oczywiste…

      Pani Ania. Moja nauczycielka z podstawówki. W pierwszy dzień Świąt wychodziła z kościoła a ja wchodziłam. Od razu się poznałyśmy… niewiele się zmieniła, ten sam dobry, szczery uśmiech. Złapała mnie za rękę, ścisnęła ją i zaczęła mi składać życzenia świąteczno-noworoczne. Spełnienia marzeń! Westchnęłam. No cóż, na marzenia to trochę mało czasu zostało – stwierdziłam. Uśmiechnęłam się smutno…

      A potem łzy stanęły mi w oczach, bo tak serdecznie, życzliwie i ciepło na mnie patrzyła. Emanowało z niej coś wyjątkowego…

      Myślałam o niej potem długo … coś we mnie się poruszyło, czegoś dotknęła.

      W okresie świąteczno-noworocznym dużo czytam, poszukuje, szperam, kontempluje. Przeglądam zebrane przez lata wycinki z gazet, notatki. Odkurzam książki, które czytałam i bywa, że mam ochotę do nich wrócić, bo przecież książka żyje, dopóki jest czytana. Zgodnie z tą zasadą odkładam książki, do których z jakichś powodów już nie zajrzę, takie „na jeden raz”. Przynoszę je do pracy, wołam koleżanki, które przeglądają je i wybierają coś dla siebie. To, co zostanie oddaję do swojej dzielnicowej wypożyczalni.

      W tym świąteczno-noworocznym okresie porządkuje też papiery, dokumenty, zdjęcia. Trwa to zazwyczaj długo, bo przecież wiele z tych rzeczy wiąże się ze wspomnieniami. Przy każdym zdjęciu powracają te minione chwile. Są takie drobiazgi, które przechowuję, choć … sama się sobie dziwię, choćby pocztówkę od mojego eks, którą przysłał mi z Berlina. Kiedyś rzucałam na nią okiem i szybko odkładałam do pudełka. Jeszcze bolało. A ostatnimi laty czytam ją, po raz dziesiąty, a może setny i próbuję zrozumieć, co się stało z tym chłopakiem z tamtego czasu, kiedy wydawał się być taki … taki … wymarzony? Chyba to właściwe słowo, bo przecież widziałam go wtedy takim, jakim chciałam go widzieć, a nie takim, jakim w rzeczywistości był. Kiedy pisał do mnie o tęsknocie, to zapewne to czuł, a ja przyjmowałam te słowa z wiarą i przekonaniem o romantycznym zakończeniu naszej znajomości. Pocztówka przywołuje te uczucia, które wtedy w nas żyły. Nieważne, co stało się później, kiedy przestało już być tak romantycznie. Ale im więcej czasu mija, tym owa pocztówka nie wywołuje już u mnie skojarzeń z tym, co było złe i co stało się potem, a raczej uosabia tylko ten moment… tę chwilę, ten czas, kiedy po raz pierwszy ją czytałam… kiedy tęskniłam i wierzyłam. Czas leczy rany? Może tak, a może my z czasem łagodniejemy a nasza pamięć wybiera tylko to, co dobre z przeszłości.

      Wracając do pani Ani i jej życzeń „spełnienia marzeń” i moim wewnętrznym sprzeciwie, kiedy te słowa padły. Jakie marzenia? W moim wieku? To był odruch. A przecież tyle mądrych książek się naczytałam i tyle dobrych rad nasłuchałam o tym, że na realizację marzeń nigdy nie jest za późno…. I co z tego? Wygląda na to, że tak głęboko w podświadomości tkwi jednak przekonanie, że to już nie jest możliwe, a może, że na szczęście się nie zasługuje? Człowiek w środku bywa jednak … niereformowalny. Na zewnątrz uśmiech i pewność siebie, a w środku smutna mała dziewczynka, której nikt nie rozumie.

      Spotkanie z nauczycielką uświadomiło mi też, że czas … nie ma większego znaczenia, można go pokonać. Kiedy ściskałam jej rękę, nie czułam tej „odległości” 30 lat. Serce ścisnęło wzruszenie, jakbym znów miała kilka, kilkanaście lat.

      To, co dotarło do mnie wtedy z wielką mocą to konieczność popracowania nad swoją wiarą w spełnianie marzeń, bo okazało się, że kiepsko u mnie w tej dziedzinie.  A zacząć trzeba od tego, aby te marzenia ponazywać… nie bać się ich artykułowania, bo przecież nie spełni się coś, czego sami nie potrafimy określić.

      A może wielu z nas po prostu nie ma marzeń? Takich prawdziwych. Takich, których realizacja dałaby nam szczęście? Może to są jedynie takie zwyczajne oczekiwania, zdrowie dla siebie, rodziny i względny materialny dostatek.

      Zapytajmy swoich bliższych i dalszych znajomych czy członków rodziny o ich marzenia, to uznają nas za dziwaków. Wyłączam z tego eksperymentu dzieci i młodzież, bo oni marzeń mają bez liku. Chodzi mi o ludzi w wieku zdecydowanie dojrzałym. Doprawdy niewielu jest wśród nich takich, którzy natychmiast potrafią wypowiedzieć swoje marzenia. Ci, którym szwankuje zdrowie będą „marzyć”, aby im się polepszyło. Ci, którzy nie mają pracy, będą „marzyć”, aby ją znaleźć. Ci, którym nie układa się w małżeństwie, będą „marzyć” o zgodzie i dobrych relacjach. Ale nie o takie marzenia przecież chodzi… co nie znaczy, że te zwyczajne są gorsze, czy że można je bagatelizować. Marzenia muszą mieć inny ciężar gatunkowy. Muszą odbiegać od codzienności i unosić nas …nad ziemię. Nawet jeśli ktoś nazwie je „bujaniem w obłokach”, to właśnie o takie marzenia mi chodzi. Coś wyjątkowego, coś tylko dla nas, coś niepowtarzalnego …

      Marzenia po prostu trzeba mieć, trzeba sobie o nich przypominać, bo przecież kiedyś było ich wiele. Nie można się ich bać. Nawet, jeśli komuś będą wydawać się śmieszne, nieadekwatne do naszego wieku, czy możliwości. Bo kiedy mamy marzenia, nawet takie z pozoru nieprawdopodobne do spełnienia, to nasze działania podporządkowujemy ich realizacji, a wtedy cały świat, otoczenie skłania się ku temu, aby nam się udało. Wiara czyni cuda, a wiara w marzenia czyni cuda z pewnością. Dzięki pani Ani przypomniałam sobie o swoich marzeniach.

      Spełniajmy więc swoje marzenia, a najlepiej zacząć od Nowego Roku :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Spełnienia M A R Z E Ń !”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 31 grudnia 2014 09:49
  • poniedziałek, 23 czerwca 2014
    • Chwilo trwaj!

      Co to jest szczęście? Z pozoru prosta odpowiedź się nasuwa. Szczęście to stan tu i teraz, to poczucie spełnienia, radości, które każdy z nas odczuwa, od czasu do czasu, przez jakiś czas, przez chwilę. „W życiu piękne są tylko chwile” to słowa znanej piosenki, z którymi w pełni się identyfikuje, chwile raz dłuższe, raz krótsze.

      Im dłużej żyję, tym bardziej interpretuje szczęście jako brak nieszczęścia, a więc problemów,  trosk, zdrowotnych, materialnych, zawodowych... tak u siebie jak u najbliższych mi osób.

      Tak się składa, że mam teraz dobry czas, ale boję się słowa „szczęście” i nie określiłabym siebie jako osoby szczęśliwej, raczej jako osoby pozbawionej trosk (teraz). Dlatego koncentruje się na życiu tu i teraz, i chciałabym aby ten stan trwał, choć – jak pewnie wielu - boję się cieszyć, jakbym miała zaciągnięty ręczny hamulec. Pomimo to wołam: Chwilo trwaj!

      Zakończyłam remont, i mam poczucie satysfakcji. Wreszcie odczuwam efekty mojej pracy, pracy zawodowej, za którą jestem w miarę godziwie wynagradzana, co powoduje, że stać mnie było na zmiany, na odrobinę komfortu. Nie musiałam targować się o cenę remontu, nie musiałam liczyć każdej złotówki kupując meble i różne drobiazgi, nie musiałam martwić się, czy będę miała za co żyć do przysłowiowego pierwszego, nie mówiąc już o środkach na tzw. czarną godzinę. Stwierdzam, że ta przysłowiowa „czarna godzina” może przecież nie nadejść, bo życie jest nieprzewidywalne, co nie znaczy, że jestem niefrasobliwa i nie mam żadnego zabezpieczenia na trudne czasy. Nie ma jednak sensu zafiksowywać się na te przyszłe nieprzewidywalne i trudniejsze czasy, które i tak nadejdą prędzej czy później i nasz wpływ na to jest raczej iluzoryczny, dziś lepiej skoncentrować się na tym, co JEST, a u mnie jest teraz całkiem dobrze. A więc chwilo trwaj!

      Odeszła dziś Małgorzata Braunek – aktorka. Kobieta, która w okresie największej sławy zmieniła diametralnie swoje życie, odeszła z aktorstwa odnajdując miłość i  inne wartości. Los był dla Niej łaskawy do czasu, kiedy nie dopadła Ją śmietelna choroba, która pomimo Jej determinacji i optymizmu, nie dała za wygraną. Miałam nadzieję, że takiej Osobie jak Małgorzata może się udać pokonać i takiego przeciwnika. Nie udało się, niestety. Smutne, tragiczne, niezrozumiałe.

      Docierają do nas takie szokujące wiadomości o odejściu ludzi, mniej lub bardziej znanych, dzieje się to jakby obok nas. Nas to jeszcze nie dotyczy. A jak będzie dotyczyć, to przecież nie będziemy w tym ... uczestniczyć, więc czy warto nad tym "teraz i dziś" deliberować?

      A więc chwilo trwaj!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (9) Pokaż komentarze do wpisu „Chwilo trwaj!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 czerwca 2014 21:35
  • poniedziałek, 05 maja 2014
    • Singielka remontuje mieszkanie, czyli przygody z fachowcami...

      Nie miałam nigdy szczególnych zdolności do prac… typowo męskich, nota bene żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy, co zapewne kłóci się z ideologią gender ;-)

      Gwóźdź przybiję, ale np. od prądu trzymam się z daleka. Zdarzyło mi się dwukrotnie doprowadzić do spięcia i wysadzenia korków (również tych na klatce schodowej, o których istnieniu dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy przyjechało… pogotowie energetyczne). Mogłoby się wydawać, że singielka powinna w drodze doświadczeń zdobywać pewne umiejętności, ja nie chciałam, nie musiałam, a może po prostu nie mam w tym kierunku nie tylko żadnych zdolności… ale zwyczajnie mam „dwie lewe ręce”.

      W przeciwieństwie do kilku koleżanek, które radzą sobie z drobnymi naprawami w domu całkiem nieźle, które malują ściany i sufity, są w stanie samodzielnie wykonać wiele nie tylko drobnych prac remontowych. Ja jestem skazana, albo na kolegów, albo na tzw. fachowców.

      Przychodzi jednak chwila, kiedy trzeba dokonać remontu generalnego i wtedy każdy, nie tylko singielka, szuka porządnego fachowca. Stanęłam przed takim wyzwaniem, kiedy to moja administracja dokonała już ostatniej wymiany rur (nie sądziłam, że jest ich tak wiele).

      Szukając wykonawcy remontu w pierwszej chwili przyszedł mi do głowy Sławek, mąż koleżanki. Korzystałam z jego usług już wielokrotnie. Z jednej strony to dobrze mieć kogoś zaufanego, zostawiam klucze, jestem spokojna i bezpieczna. Z drugiej strony czułam opór przed tym rozwiązaniem, nauczona doświadczeniem. Oczekuję fachowca-doradcy, a nie kogoś komu mam paluszkiem wskazywać, co i jak należy zrobić, a tak było ze Sławkiem. W kwestiach finansowych też nie było najlepiej, bo choć uprzedziłam go, aby nie traktował mnie ulgowo, to wciąż miałam wrażenie, że jest bardzo drogi, wręcz za drogi.

      Czy generalny remont łazienki i kuchni nie zasługuje na fachowca z prawdziwego zdarzenia? – pomyślałam i zaczęłam szukać wśród znajomych.

      Ogłoszenia wykluczyłam. Mam złe doświadczenia. Kiedy wprowadzałam się do mieszkania i szukałam fachowców od cyklinowania podłogi skorzystałam z ogłoszenia. Przyszło dwóch panów, mieli roboty na dwa dni w przerwie pracy malarzy. Kiedy przyszli malarze okazało się, że cykliniarze zwinęli im wiertarkę (wartość 300 zł). Kiedy zadzwoniłam pod numer z ogłoszenia dowiedziałam się od rozbrajająco szczerej pani, że ona korzysta z „fachowców”, którzy w większości po kilku dniach odchodzą w siną dal. I tak było w tym przypadku. Szkoda tylko, że odeszli z wiertarką… Malarze zażądali zwrotu wartości wiertarki, ostatecznie zostawili ją w moim mieszkaniu, cóż było robić, zapłaciłam.

      Wróćmy jednak do teraźniejszości…

      Jeśli ogłoszenia odrzuciłam, to zaczęłam rozpytywać znajomych bliższych i dalszych o porządnego fachowca. Koleżanka Kasia poleciła mi pana X, robił u niej balkon, podkreślała, że jest bardzo dokładny i solidny. Kasi ufam, więc poważnie rozważyłam kandydaturę pana X.

      Koleżanka z pracy wspomniała mi o panu inżynierze Y, z którego usług korzystała i którego ktoś jej polecił. Zapytałam, czy mogłaby wykonać kilka zdjęć łazienki, abym mogła ocenić dzieło owego fachowca. Po ich przejrzeniu uznałam, że ta kandydatura też warta jest poważnego potraktowania.

      Wymiana rur zbliżała się wielkimi krokami, więc wybór fachowca naglił. Postanowiłam zacząć od rozmowy i spotkania z panem X.

      Przyjechał z albumem zdjęć swoich „dzieł”. Wyglądało to nieźle, ale nie to było dla mnie decydujące. Pomyślałam, że skoro pracował u Kasi, to najważniejsza rekomendacja i mogę dać mu kredyt zaufania. Wrażenie jako człowiek zrobił na mnie nie najlepsze, ekstrawertyczny, głośny, przemądrzały. No i manipulant, co dotarło do mnie z opóźnieniem. Wszystko wiedział najlepiej, „profesjonalista” w każdym calu. Oglądając „front robót” wskazywał na mankamenty, podkreślał jak wiele wysiłku, zwłaszcza … intelektualnego będzie go kosztowała cała ta robota. Zastrzegł, że ma w planie jakąś robótkę, ale mógłby ją przesunąć, gdym w miarę szybko podjęła decyzję o jego zaangażowaniu. Chciał być obecny w mieszkaniu wówczas, gdy będą wymieniane rury, aby instruować wykonawców. W zasadzie to nie taki głupi pomysł – pomyślałam, sama nie będę musiała brać urlopu i słuchać rozkosznego odgłosu wiertarek.

      Doszłam do wniosku, że skoro już z panem X zawarłam znajomość, skoro on tak się reklamuje, skoro chce brać się za robotę jak najszybciej to … raz kozie śmierć. Mentalnie nie musi mi pasować, ważne, aby dobrze wykonywał swoją pracę. O kandydaturze pana inżyniera Y zapomniałam. Do czasu.

      Pana X poznawałam coraz lepiej wraz z rozwojem prac remontowych. Na początek skuwanie płytek, tragedia. W mieszkaniu kurz, pomimo prób jego spacyfikowania był w każdym zakamarku. Wybrałam się też z panem X na poważne zakupy, jakoś trudno było mi się z nim dogadać. Łatwo się irytował, mówił podniesionym głosem, czego nie lubię… ale nadal kładłam to na karb jego odmiennego temperamentu.

      Im dalej w las, tym więcej drzew… Po kilku dniach remontu rosły moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pan X był w zasadzie sam, ale do cięższych prac brał „pomocników”, o czym mnie uprzedził, ale nie wiedziałam, że będą to panowie „spod budki z piwem”. Kiedy jeden z owych „pomocników” przyszedł kiedyś rano i poczułam od niego zapach gorzelni, nie omieszkałam panu X zakomunikować, że nie życzę sobie takiego towarzystwa w moim mieszkaniu. - A co mam zrobić? Kogo mam wziąć do pomocy? Świadków Jehowy? – pytał pan X tłumacząc mi, że gdyby chciał wziąć kogoś innego, znaczy się niepijącego, musiałby mu znacznie więcej zapłacić. Ja umówiłam się z nim na określoną zapłatę, a kogo on ma do pomocy uznałam za jego sprawę, przynajmniej takie podejście miałam na początku, kiedy jeszcze nie wiedziałam, jak to będzie w rzeczywistości wyglądać.

      Pan X obiecał, że „pomocnicy” będą mu jeszcze potrzebni dwa dni, więc postanowiłam wytrzymać, ale… do czasu, kiedy nie zastałam samego pana X z piwem w dłoni. – Ja nie mogę pracować bez papierosa i piwa – oświadczył. Po kilku dniach życia w kurzu i w towarzystwie szemranych „pomocników”, o panu X nie wspominając, zareagowałam na to stwierdzenie w sposób jednoznaczny, a mianowicie oświadczyłam, że nie zostałam uprzedzona o takich nawykach pana X, i mam zamiar zrewidować moją decyzję o kontynuowaniu z nim współpracy. Oczywiście nie ukrywał świętego oburzenia, stwierdził, że go … dołuję, a mnie ręce opadły.

      Wyszłam z domu pooddychać świeżym powietrzem i pomyśleć, co dalej…

      Gdyby to tylko o piwo i „pomocników” chodziło, ale… pan X przewiercił dziurę do łazienki sąsiadki z dołu, o czym mnie nie poinformował (co prawda dokonał naprawy, ale…), pomylił się o5 cmw dość istotnych pomiarach, co mogło utrudnić dalsze prace, łaził po sąsiadach roztaczając aurę swojego profesjonalizmu, czym wywoływał uśmiechy politowania, zakumplował się z panami od rur, czego skutkiem były ich niezapowiedziane wizyty z piwem w reklamówkach, etc.

      Kiedy sobie wyobraziłam, że mój „związek” z panem X będzie jeszcze dość długo trwał, że będzie układał moje piękne płytki, że będę skazana na jego „doradztwo” w kwestiach, na których się nie znam, po prostu się załamałam. A najważniejsze było to, że straciłam do niego zaufanie i jako do człowieka, i jako fachowca (te5 cmmnie dobiło).

      Podjęłam męską decyzję, lepiej rozstać się z panem X teraz niż później. Te pięć dni da się jakoś wycenić – pomyślałam. Najpierw zadzwoniłam do Kasi, której nie zdradzałam szczegółów, jedynie poinformowałam oględnie, że zamierzam rozstać się z panem X, bo przestałam się z nim dogadywać, a to uniemożliwia dalszą współpracę. Kasia przyjęła to naturalnie, wspomniała jedynie, że właściwie to ona sama niewiele miała z panem X do czynienia, współpracował z nim małżonek. Dotarło do mnie, że Kasia jest stworzona do wznioślejszych celów niż prace remontowe i jej ocena pana X musiała, siłą rzeczy, być bardzo powierzchowna. Dotarło do mnie, że nie powinnam korzystać z osoby polecanej przez Kasię, właśnie dlatego, że jej kontakty z fachowcem były praktycznie żadne, opierała się na tym, co mówił mąż. Oczywiście sama sobie jestem winna, nie mam w żadnym stopniu pretensji do Kasi, ona działała w dobrej wierze. Może być również tak, że ktoś inny na moim miejscu nie miałby z panem X problemów. Może on jest niezłym fachowcem, ale … nie dla mnie.

      Zadzwoniłam do pana X z prośbą, aby następnego dnia przywiózł wszystkie rachunki, bo mam zamiar zakończyć współpracę i rozliczyć się… Był zaskoczony i zirytowany. Zdawałam sobie sprawę, że oceni wartość swojej pracy wysoko, bo zapewne weźmie pod uwagę … straty moralne. Nie spisywałam z nim umowy, wszystko było oparte na słowach. Wycofanie się nawet z ustnej umowy ma swoją cenę. Uznałam jednak, że święty spokój ceny nie ma.

      Pan X nie krył rozczarowania i oburzenia. Dał mi rachunki, określił wartość swojej pracy, dodając, że wykonał to, co najgorsze i najtrudniejsze (doprowadzenie ścian i podłóg do …ruiny). Rzeczywiście trzeba przyznać, że skuwanie ścian i podłóg do przyjemnych prac nie należy. Dodał jeszcze, że teraz dopiero praca byłaby samą przyjemnością. No cóż, odebrałam mu tę przyjemność…

      Zapłaciłam tyle, ile chciał. Na szczęście kwota nie była aż tak bardzo wygórowana, jak sobie w czarnych snach wyobrażałam. Nie chciałam się targować i wykłócać. Odpuściłam.

      Jeszcze zanim odbyłam ostatnią rozmowę z panem X, zadzwoniłam do inżyniera Y polecanego przez koleżankę z pracy. Jedna lakoniczna rozmowa dała mi obraz kogoś diametralnie innego od pana X, normalnego, otwartego, empatycznego. Nie obiecał, że weźmie ode mnie zlecenie na dokończenie remontu od zaraz, obiecał przyjechać, porozmawiać i sporządzić porządny kosztorys. Kiedy wspomniałam, że poprzedni fachowiec nie potrafił pracować bez piwa, pan Y oświadczył, że jego pracownicy nie muszą się wzmacniać alkoholem, co nie znaczy, że są świadkami Jehowy. Obiecał mi pomóc w tej trudnej sytuacji, ostatecznie żyłam w zrujnowanym w połowie mieszkaniu.

      Jaka ulga rozmawiać z kimś normalnym, uświadomiłam sobie, że pan X był z zupełnie innej, nie mojej bajki i nie mogłam odżałować, że pierwsze sygnały jego inności nie dały mi do myślenia, za co zapłaciłam nie tylko cenę wyrażoną w pieniądzach, ale dodatkowym stresem. Fakt, że pan Y jest inżynierem to kwestia drugorzędna, choć zapewne nie bez znaczenia. Współpracując z nim i jego pracownikami każdego dnia przekonuję się o słuszności podjęcia decyzji o rozstaniu z panem X. Remontowanie mieszkania może być całkiem przyjemne, zwłaszcza na końcowym już etapie dopieszczania go, czego właśnie doświadczam.

      Remontowanie tak zaczęło mi się podobać, że postanowiłam rozszerzyć front robót… zrobię kilka dni przerwy i wezmę się za balkon i pokój, oczywiście z panem Y i jego ekipą. Oj będzie się działo… :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Singielka remontuje mieszkanie, czyli przygody z fachowcami...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 maja 2014 15:08

Wyszukiwarka

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny