Druga połówka życia...

...nie musi być gorsza od pierwszej.

Wpisy

  • piątek, 18 maja 2018
    • Kobieta nierdzewna

      Kobiety mają do wieku stosunek różny, w zależności od wieku. Młodsze sobie dodają, aby zyskać na dorosłości, starsze odejmują, aby uszczknąć coś jeszcze z młodości. Jedne chciałyby swój wiek ukryć, choć nie zawsze się da, bo najczęściej jest on wypisany na twarzy, inne natomiast podchodzą do tematu wieku realistycznie i … pogodnie, czyli są z nim pogodzone. Sama należę do tej drugiej kategorii, choć wcześniej zdarzało mi się odrobinę oszukiwać, ale tylko płeć brzydką ;-)

      Kobiety w wieku 50+ to mój … target, więc z przyjemnością i zainteresowaniem przyglądam się swoim rówieśniczkom, zwłaszcza tym, które mogą mnie zainspirować do czegoś pozytywnego. Kiedy trafiłam na wywiad z Elą Hübner, autorką bloga „Fajna baba nie rdzewieje” (http://fajna-baba-nie-rdzewieje.pl) pomyślałam, że to coś dla mnie. Nie sposób nie zgodzić się z zawartymi w tym wywiadzie opiniami, że kobiety powinny znać swoją wartość, żyć aktywnie i mieć w nosie to, co myślą i mówią na ich temat inni. Faktem jest, że wiele pięćdziesiątek jest pełnych energii i wiary w siebie, znajdują czas na robienie rzeczy, których wcześniej nie udało im się zrobić, mogą skupić się na sobie, wskoczyć w czerwoną sukienkę i pomalować usta na czerwono. Sama lubię zwłaszcza to ostatnie.

      Podstawową zasadą Eli jest to, że nie ukrywa swojego wieku, jest z niego dumna i zadowolona z tego, kim jest i jaka jest. Owszem ciało się zmienia, ale mamy czas na akceptowanie tych zmian, przyzwyczajanie się do nich. Nie warto się łudzić. Młodsze się nie staniemy, a usilne próby odmładzania się mogą przynieść skutki przeciwne do zamierzonych. Najważniejszym czynnikiem odmładzającym jest uśmiech, energia i życzliwość. A są to dobra ogólnodostępne i darmowe.

      Spotkałam niedawno panią w wieku nobliwym w miejscu nieciekawym, a mianowicie w szpitalu, gdzie miałyśmy okazję spędzić w swoim towarzystwie kilka godzin. Od samego początku poczułam do niej sympatię, uśmiechnięta, życzliwa, ciepła. Zwłaszcza ten uśmiech rozświetlający jej twarz powodował, że wiek 80 lat wydawał się jakąś abstrakcją. A okazuje się, że życie wcale jej nie rozpieszczało. Niedawno pożegnała męża, wspaniałego człowieka, z którym spędziła ponad pół wieku i którym opiekowała się w ciężkiej chorobie przez ostatnie lata. Pomyślałam, że chyba nie ma rzeczy, która mogłaby ją wyprowadzić z równowagi. Zapytałam, skąd ten wewnętrzny spokój, dystans i pogoda ducha? Stwierdziła, że kiedyś taka nie była, że wraz z wiekiem nauczyła się cierpliwości i wewnętrznego spokoju.

      Coś w tym jest. W drugiej połówce życia już niczego nie musimy udowadniać, nie musimy już gonić za karierą czy nowym partnerem. Możemy skupić się na rzeczach naprawdę ważnych, np. na relacjach z bliskimi czy realizacji planów, na które kiedyś nie było czasu. Nigdy nie jest się „za starym” na spełnianie marzeń, tych z kategorii mniej lub bardziej realistycznych. I nie chodzi nawet o to, aby je spełnić, ale aby przynajmniej spróbować. Ela, która nie rdzewieje, podaje przykłady 75-letniej pani po wylewie ćwiczącej jogę i 69-latki, która pojechała na obóz rockowy, aby nauczyć się grać na perkusji. Są jednak panie, które uważają, że po 50-tce ich życie już minęło, dlatego koncentrują się na prowadzeniu domu, pomocy w wychowaniu wnuków, a zapominają o tym, aby zrobić coś dla siebie, a nawet nie za bardzo wiedzą, co mogłyby dla siebie zrobić, bo wciąż zajmują się innymi.

      My, 50-latki mamy do przeżycia, jak dobrze pójdzie, co najmniej 20-30 lat. Ten czas można wykorzystać na to, aby czegoś nowego się nauczyć albo coś nowego przeżyć. Każdego dnia mamy na to szansę. Wystarczy być otwartym na nowe i nie rozpamiętywać przeszłości, której już nie damy rady zmienić. Dlatego nie odkładajmy życia na jutro, bo jutro może zwyczajnie nie nadejść.

      *

      Na blogu: http://fajna-baba-nie-rdzewieje.pl/ można znaleźć wiele rad i pomysłów na życie po 50-tce. W zakładce „Klub nierdzewnych” trafiłam na świetny przykład integrowania się dojrzałych kobiet z podwarszawskiego Józefowa, które poznały się przy okazji programu PRO Kobieta 50+, ale teraz realizują własne pomysły. Godny naśladowania wzór, szkoda tylko, że takich przykładów jest tak niewiele. A przecież w towarzystwie lepiej się ćwiczy, chodzi, ogląda, śpiewa czy tańczy. Szkoda, że Ela - autorka bloga nie podjęła się takiej integracyjnej działalności. Kiedy widzę samotnie biegające czy chodzące z kijkami kobiety zastanawiam się, czy one chcą same to robić, czy po prostu nie mają z kim. Ja obstawiam to drugie. Szkoda. Może jak sama przejdę na emeryturę spróbuję założyć klub nierdzewnych w mojej okolicy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kobieta nierdzewna”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 18 maja 2018 15:52
  • piątek, 11 maja 2018
    • Cisza

      Czas biegnie nieubłaganie, wciąż go brakuje, a ten, który jest nie zawsze dobrze wykorzystujemy. Ci, którzy pracują narzekają na nawał zajęć, a ci, którzy już odpoczywają na emeryturze, narzekają na … wszystko. Tęsknimy za czymś, czego akurat nie możemy mieć, a kiedy już to osiągamy, tęsknimy za czymś innym. Czy można być zadowolonym ze swojego status quo i żyć sobie „tu i teraz” nie stresując się niepewną przyszłością? Taka postawa byłaby wskazana, ale nie znam zbyt wielu osób, które to potrafią. Każdy za czymś goni, jedni za prozą życia, a inni za marzeniami.

      Czy wraz z wiekiem problemów przybywa, czy ubywa? Niełatwo to zważyć. Może jest ich tyle samo, ale po prostu są inne. Kiedyś dużo się działo, odkrywało się świat i poznawało ludzi z młodzieńczą naiwnością, która pozwalała wierzyć, że nasze życie kiedyś zmieni się, oczywiście zmieni się na lepsze. Marzenia to jest to, co dominowało w myślach i snach, a dziś marzeń coraz mniej, a jeśli są to bardziej realistyczne. Człowiek już wie, że musi dostosowywać zamiary do sił, bo czasy kiedy było odwrotnie bezpowrotnie minęły. Kiedy rano wstajesz i nic Cię nie boli, to już jest powód do radości. Nieprawdaż?!

      Przeczytałam ostatnio wywiad z brytyjską pisarką Sarą Maitland mieszkającą na szkockim pustkowiu: „Uprawianie ciszy” (Wysokie obcasy, 28.04.2018). Kobieta sama, ale nie samotna - tak o sobie mówi. Ludzie twierdzą, że na pewno jest nieszczęśliwa. A ona uwielbia życie w pojedynkę i bardzo rzadko czuje się samotna. Bycie samemu i samotność to dwie różne rzeczy: pierwsza wiąże się z dokonaniem wyboru, a druga nie jest ani wyborem ani szczęściem. Samotnym można być wszędzie, bo to raczej stan ducha, będący udziałem wielu ludzi we współczesnym świecie, ludzi otoczonych rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. Można być wśród ludzi i czuć się samotnym.

      Sara rozstała się z mężem po wielu latach małżeństwa. Na początku było jej trudno, dzieci wyprowadziły się i w domu zrobiło się cicho. Zafascynowała ją ta cisza. Znalazła dom pośród niczego, w którym zamieszkała. Wydała w tym czasie książkę o kulturowej historii ciszy, a potem drugą książkę „How to Be Alone”. Sama przeczytała wiele publikacji dotyczących ludzi żyjących w pojedynkę i uderzyło ją, czemu jest tak dużo negatywnych opinii na temat takiego wyboru życiowego. Czemu przyjmuje się założenie, że są to ludzie z nieuświadomioną depresją, smutni, niesympatyczni, tacy, którzy nie lubią innych ludzi. Sara jest zaprzeczeniem tego stereotypu. Z jednej strony wierzymy, że pewność siebie, kochanie siebie ma wielką wartość, a z drugiej strony nie chcemy spędzać czasu z tym wspaniałym kimś, czyli z sobą. A ci, którzy chcą spędzać czas samotnie, bywają postrzegani jako smutni dziwacy. Skąd taki stereotyp? Sara twierdzi, że ze strachu przed odkryciem naszej wewnętrznej pustki. Bycie samemu trzeba – jej zdaniem – oswajać, bo taki stan przytrafia się w życiu często i zazwyczaj w trudnych sytuacjach, np. kiedy ktoś bliski odchodzi na zawsze. Trzeba umieć się w takim stanie odnaleźć i nie traktować go jako zło konieczne, a dostrzegać też jego pozytywy. Bycie samemu sprzyja kreatywności, można tworzyć, pisać, malować, wymyślać. Do twórczej pracy samotność jest wręcz niezbędna.

      Nie wszystkim jednak samotność służy. Łatwo to sprawdzić. Wystarczy wyjechać na samotny weekend i jeśli nasze samopoczucie już pierwszego dnia będzie pikować w dół, to znaczy, że taka opcja nie jest dla nas. Nic na siłę. Sara zachęca ludzi, aby próbowali pobyć sami ze sobą, choćby pół godziny dziennie wygospodarowali dla siebie i dla swoich swobodnie płynących myśli. Wyłączyć telewizor, radio, komputer, zamknąć drzwi i posiedzieć.

      Czy Sara boi się starości w pojedynkę? Bycie z kimś w związku tylko ze strachu, jest - jej zdaniem - samolubne. Oczywiście, że z wiekiem mamy coraz więcej ograniczeń, dlatego trzeba być na różne warianty przygotowanym. W przypadku Sary jest to mały domek blisko farmy jej brata. Na razie jednak radzi sobie nieźle, również finansowo.

      W doświadczaniu samotności nie chodzi o oderwanie się od ludzi - uważa Sara. Wręcz przeciwnie – umiejętność przebywania sam na sam ze sobą prowadzi do odnalezienia w sobie przestrzeni na innego człowieka. Nie musisz nic od niego wymagać, żeby poczuć się lepiej. Życie w pojedynkę uczy większej tolerancji wobec innych i wobec siebie samej też.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Cisza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2018 15:02
  • czwartek, 21 grudnia 2017
    • Zdrowie nasze kochane...

      Nie ma ważniejszej kwestii niż zdrowie… Kiedy nic nam nie dolega, nasze priorytety są bardzo różne. Planujemy podróże, marzymy o lepszej pracy, o wygranej w toto-lotka. Rozważamy zmianę mieszkania, jego wyposażenia lub remontu. Ale gdy zdrowie zaczyna szwankować, wszystko inne traci na znaczeniu. Liczy się tylko to, aby wrócić do zdrowia.

      Docierają do mnie od czasu do czasu wiadomości o problemach zdrowotnych ludzi z bliższego i dalszego otoczenia. Ktoś planuje operacje, ktoś przechodzi rehabilitacje, ktoś musi zdecydować, jaką metodę walki z groźną chorobą wybrać. Słucham, wspieram, próbuję doradzić, ale wiem, że nikt, pomimo dużej empatii, nie jest w stanie wczuć się w stan psychiczny osoby chorej. Tym bardziej, że ludzie reagują na takie sytuacje różnie i potrzebują innej metody wsparcia. Niektórzy nie przyjmują do wiadomości powagi sytuacji i żyją tak, jakby nic się nie stało, realizują wcześniejsze plany z jedną tylko poprawką… na leczenie. Może to jest właściwe podejście. Choroba nie może zdominować naszej codzienności, wypełnić bez reszty każdy jego element, bo wtedy tracimy z pola widzenia pozytywne aspekty dotychczasowego życia, które mogą dać nam siłę do walki.

      Patrzę na ludzi, których znam niemal całe dorosłe lub zawodowe życie, i widzę jak czas i choroby odciskają piętno na ich twarzach. Niby to są nadal ci sami ludzie, z którymi kiedyś szaleliśmy na firmowych imprezach, pląsaliśmy na tanecznym parkiecie, piliśmy wino, paliliśmy papierosy, a nasze przyszłe życie wydawało się być pasmem sukcesów i zabawy. Niby ci sami, ale już z inną hierarchią ważności spraw. Jedni na diecie, inni zagorzali abstynenci, większość z awersją do papierosowego dymka. Rozmowy nie są tak wesołe i błyskotliwe jak kiedyś. Proza życia kładzie się cieniem na każdym dniu. Próbujemy się nie dawać tej prozie, organizujemy coś, angażujemy się, pocieszamy zakupem kolejnej sukienki, do której włożenia okazji mamy coraz mniej. Myśl pozytywnie! – krzyczą poradniki, radzą młodsze koleżanki i koledzy. Jak to łatwo powiedzieć ;-)

      Z moim osobistym zdrowiem jest różnie. Staram się raz w roku robić porządny przegląd, którego wyniki nie zawsze są zadowalające. Najczęściej potrzebna jest dalsza diagnostyka, której poddaję się bez entuzjazmu i która najczęściej niczego nie stwierdza. I całe szczęście!

      W tym roku, na progu zimy dopadło mnie silne przeziębienie, którego objawy trwają i trwają. Ból gardła, katar, ogólne osłabienie. Pierwszy tydzień próbowałam przeleżeć z uwagi na stan podgorączkowy, kilka dni urlopu, trochę zwolnienia, antybiotyk i wydawało się, że wracam do żywych. Owszem wracam, ale bardzo wolno. Nigdy nie miałam tendencji do infekcji. Nie wiedziałam, co to znaczy mieć gorączkę i musieć leżeć w łóżku. Widocznie te dobre czasy już minęły. A może ten rok jest wyjątkowy, bo prawdziwa zima wciąż nie może nadejść, a wirusy i bakterie mają w takich warunkach używanie. Wielu moich bliższych i dalszych znajomych też narzeka na tegoroczną aurę, która sprzyja infekcjom.

      Dlatego składając sobie świąteczne życzenia właśnie zdrowie stawiamy na pierwszym miejscu, bo na resztę można mieć jakiś, mniejszy lub większy wpływ.

      Zatem pod choinkę i sobie, i wszystkim, którzy tu czasem zajrzą życzę zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrowie nasze kochane...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 grudnia 2017 14:43
  • piątek, 06 października 2017
    • Szklanka do połowy pełna

      Na każdą sytuację czy problem można spojrzeć z różnych punktów widzenia.Oczami optymisty, co wcale nie znaczy, że przez „różowe okulary”, albo można problem wyolbrzymić i dostrzegać wyłącznie jego gorszą stronę. Inaczej mówiąc, szklanka może być dla nas do połowy pusta, albo do połowy pełna. Można się zdołować myśleniem w kategoriach: i znów mi się to przytrafiło, dlaczego właśnie mnie, jestem do niczego, problemy to widocznie moja specjalność, inni mają lepiej, nie mam szczęścia w życiu, znów wszyscy mają do mnie pretensje… Takie myślenie powoduje, że sytuacja realnie niedobra staje się fatalna, urasta w naszej głowie do monstrualnych rozmiarów, bo taki wymiar sami jej nadajemy. Przy okazji możemy sobie w ten sposób porządnie dokopać, co i na zdrowie nam nie wyjdzie.

      Obserwuję tego typu postawę niezmiernie często, a może i mnie samej takie dołujące myślenie od czasu do czasu się zdarza, bo skąd bym tak dobrze potrafiła dostrzec je u innych. Staram się jednak bardzo mocno pracować nad tym, aby minimalizować negatywne myślenie, wypierać złe, szkodliwe emocjonalnie skojarzenia, a eksponować wszelkie przejawy pozytywnego nastawienia do życia. Taką pracę nad sobą można zacząć od drobiazgów. Kiedy zmieniałam tytuł bloga na „Drugą połówkę życia” miałam ochotę dopisać pod tytułem słowa „może być lepsza od pierwszej” i to wcale nie dlatego, że tak mocno w to wierzę, po prostu po to, żeby te słowa, na które będę często zerkać, zapadały we mnie gdzieś głębiej i być może w jakiś niepojęty rozumowo sposób miały wpływ na moje dalsze losy. Jeśli czegoś bardzo chcemy, to nawet jeśli wydaje nam się to trudne, nierealne, wręcz śmieszne, to prawdopodobieństwo osiągnięcia takiego rezultatu z pewnością wzrośnie, kiedy będziemy sobie swoje pobożne życzenia powtarzać. Tak działają afirmacje. Co do tytułu bloga, to pozostałam jednak przy wersji, że druga połówka nie musi być gorsza od pierwszej, co znaczy, że zwyciężyła we mnie realistka, chyba taka po prostu jestem, choć jak wspomniałam mocno pracuję nad myśleniem pozytywnym. Z prostego powodu. Z pragmatyzmu. To się zwyczajnie opłaca.

      Zacznijmy od zdrowia. Chyba każdy lekarz przyzna, że osoby uśmiechnięte, zadowolone z życia mniej chorują i żyją dłużej, a nawet jeśli nie dłużej to z pewnością przyjemniej. Pomimo ciężkiej, odpowiedzialnej pracy, pomimo obiektywnych trudności, kłopotów rodzinnych, jedni potrafią być pogodni, a do innych strach podchodzić, bo ich mina odstrasza nawet tych, którzy chcieliby powiedzieć im coś miłego. Jedni potrafią cieszyć się jakimś dobrym wydarzeniem w swoim życiu, inni zawsze znajdą coś, co ich radość zmąci.

      Weźmy pierwszy przykład z brzegu, bo z mojej firmowej łączki. Od kiedy koleżanka otrzymała awans, wciąż dostrzega zawistne spojrzenia i zachowania współpracowników. Coraz więcej zdarza się sytuacji konfliktowych, których źródła dopatruje w awansie. Kiedy próbuję delikatnie oponować, że może nie powinna tych kwestii tak mocno łączyć, słyszę w jej głosie irytację. Ona po prostu wie najlepiej, że chodzi o awans. A ja sobie myślę, że może częściowo chodzi, a może i nie, a koleżanka zwyczajnie projektuje swój punkt widzenia na innych. Uznała, że jej awans na pewno wzbudzi zazdrość (słusznie lub nie) więc swoim „radarem” dostrzega i eksponuje wszystko, co da się takiemu myśleniu podporządkować. I nawet jeśli pewne sytuacje i zachowania zdarzyłyby się i bez awansu, to zostają wpisane w określony scenariusz. Obserwuję to wszystko z boku i myślę sobie, że zamiast cieszyć się sukcesem zawodowym i nastawić na przyjmowanie gratulacji (sic), koleżanka przeżywa stres, nie może po nocach spać, boli ją głowa, zrobiła się jakaś taka wycofana. Mam wrażenie jakby wystawiła jakieś kolce w obronie przed potencjalnymi atakami, bo ona najlepiej wie, że wszyscy współpracownicy są zawistni i wściekli z powodu jej awansu. Może tak jest w istocie, a może nie, ale ona myśląc w ten sposób, robi sobie krzywdę. Jakby sama siebie za ten awans karała, jakby sama uznała go za niesprawiedliwy. Radosne wydarzenie okazało się wręcz katastrofalne i to dla wszystkich w zespole, w którym pracuje. Ona nieszczęśliwa, współpracownicy albo niezadowoleni albo zdezorientowani. A wystarczyłoby po prostu uznać fakty i podejść do tematu bez emocji, realistycznie: dostałam awans, bo na niego zasłużyłam i jestem z tego dumna, a wobec współpracowników będę zachowywać się tak jak przed awansem, nawet jeśli część z nich będzie próbowała moją radość zmącić. I tyle.

      Nie mamy wpływu na innych ludzi. Są jacy są. Mamy jedynie wpływ na swoje zachowanie. Nasza postawa może nam pomóc, a może zaszkodzić. W przypadku koleżanki wybór postawy „oblężonej twierdzy” zaszkodził nie tylko jej samej. Czy było warto? Nie sądzę. Zapewne za jakiś czas wszystko w jej zespole wróci do normy. Może ktoś inny dostanie awans, i wtedy będzie trzeba zmierzyć się z tym wydarzeniem, ale już z drugiej strony.

      Wracając do tematu przewodniego. Bycie pesymistą jest nieopłacalne, bo takim ludziom ciężko znaleźć przyjaciół i najczęściej są samotnikami. Kto lubi słuchać wiecznych narzekań? Może jedynie inni notoryczni ...narzekacze. Zdarza się, że dwie panie ograniczają swój dialog do wymiany informacji o aktualnych badaniach, chorobach i pogrzebach, a nawet jeśli wesołe wydarzenie się w ich życiu trafi, to zawsze znajdą dziurę w całym, która przesłoni im całą resztę, o ile dziura może coś przesłonić. :-)

      Moja znajoma, tym razem spoza firmy, miała kiedyś czarną serię wydarzeń w swoim otoczeniu rodzinnym i towarzyskim, którymi epatowała telefonicznych interlokutorów do tego stopnia, że sama zaczęłam się jej telefonów obawiać. Czy znów nasłucham się szczegółowo opowiedzianej historii o kimś ciężko chorym, kogo w życiu nie widziałam? Miałam wrażenie, że rola tych wydarzeń dla znajomej była tak ogromna, że żadne inne tematy w owym czasie dla niej nie istniały. Kompletnie nieistotne było to, czy osoba po drugiej stronie telefonicznego kabla jest takimi historiami zainteresowana. Świat pełen jest dramatycznych wydarzeń i ludzkich tragedii. Nie jesteśmy w stanie znaleźć w sobie aż takich pokładów współczucia, aby pochylać się nad każdym nieszczęściem, bo nie starczyłoby nam czasu na normalne życie, w jako takim zdrowiu psychicznym. Jeśli nie mamy na coś wpływu, to musimy nauczyć się nie chłonąć emocjonalnie z każdej ludzkiej tragedii, dlatego i w tym przypadku wskazany jest umiar.

      Każdy z nas ma w gronie swoich bliższych i dalszych znajomych osoby, do których chętnie dzwoni, chętnie się spotka, z przyjemnością odwiedzi, ale są też tacy, z którymi kontakt ograniczamy, albo w ogóle z niego rezygnujemy, no chyba że jest to ktoś z rodziny, wtedy zwycięża poczucie obowiązku i z bólem serca ten kontakt utrzymujemy. Ze spotkania i rozmowy z kimś negatywnie i pesymistycznie nastawionym do życia wychodzimy wykończeni, jakby zarazili nas tym swoim marudzeniem. Trzeba mieć w sobie dużo siły, aby wytrzymać w związku z takim osobnikiem, a takie małżeństwa bywają. Moja sąsiadka to fajna, pogodna babka, natomiast jej mąż to mruk i hipochondryk. Widzę jak kobieta wyrywa się do świata, do innych ludzi, aby nie musieć siedzieć w domu i kontemplować wraz z mężem … starość. Może kiedyś jej mąż był zupełnie innym człowiekiem. Zapewne go kochała, albo pomimo tego malkontenctwa, albo za coś kompletnie innego, czego gołym okiem nie widać.

      Inny przykład. Mam pewną znajomą, niemłodą panią, od której wynajmowałam mieszkanie i którą lubiłam, głównie za jej optymizm. Kiedy przeprowadziłam się do własnego lokum, nasze kontakty osłabły, ale przynajmniej raz w roku starałam się do niej dzwonić lub odwiedzać. Ostatnie lata i z racji wieku, i z powodu szwankującego zdrowia są dla niej trudne. Wpadałam raz w roku z kwiatami na imieniny, ale od pewnego czasu traktuję to już jako ciężki obowiązek a nie przyjemność, jak kiedyś bywało. I nie jest to wyłącznie kwestia powtarzanych w kółko tych samych historyjek, a raczej zafiksowania się na temacie rozczarowania sercowego, jakiego owa pani doznała. Nie wnikając w szczegóły, trudno znaleźć w sobie tyle cierpliwości, aby słuchać, z jakim strasznym mężczyzną miała do czynienia. Te negatywne emocje, jakie siedzą w tej pani, źle na mnie działają i kiedy od niej wychodzę jestem bardzo zmęczona i przygnębiona. Rozumiem już dlaczego wokół niej tak mało ludzi, dlaczego wciąż narzeka, że czuje się samotna, że nikt jej nie odwiedza, że nie ma do kogo ust otworzyć.

      Temat patrzenia na rzeczywistość zgodnie z zasadą „szklanki do połowy pełnej” staje się szalenie istotny, kiedy wkraczamy już w wiek ... zaawansowany. Wtedy rzeczywiście obiektywnie mamy coraz mniej powodów do radości, ale wtedy tym bardziej uśmiech i dobre emocje, pomimo wszystko są nam potrzebne, choć wymaga to znacznie więcej wysiłku niż kiedyś.

      Niektóre moje znacznie młodsze koleżanki z pracy poruszające się środkami komunikacji miejskiej narzekają na „starsze panie” (okazuje się później, że w wieku ok. 50-60 lat), które są nieprzyjemne, nieprzyjazne, wręcz złośliwe. Koleżanka będąca obecnie w zaawansowanej ciąży twierdzi, że takie kobiety patrzą na nią z wyraźnym niesmakiem, zwłaszcza kiedy wypadałoby, aby ustąpiły jej miejsca. Taka opinia nie napawa mnie radością. Sama staram się nie wyglądać i nie zachowywać się jak zołza, choć może nie zawsze mi się to udaje.

      Temat „szklanki do połowy pełnej” ma jeszcze jeden aspekt, o którym nie sposób zapomnieć, to kwestia posiadania pieniędzy, majątku. Staram się zawsze myśleć i doceniać to, co mam, a nie dręczyć się tym, czego nie mam i na co mnie nie stać. Unikam porównań, nie zazdroszczę bogactwa. Kiedy mijam wieczorem nowoczesne apartamentowce widzę, w jak niewielu mieszkaniach pali się światło. Jest ok. 20.00, a lokatorzy na tych strzeżonych osiedlach zapewne jeszcze pracują po to, aby spłacać kredyt za te piękne pokoje, w których tak rzadko przebywają. Czy to ma sens? Nigdy nie wiadomo, jakim kosztem został czyjś majątek zdobyty i czy w efekcie było warto ten koszt ponieść. Może odbyło się to kosztem rodziny, dobrych relacji między małżonkami czy dziećmi. Można zdobyć jakąś „rzecz”, a stracić uczucie, bliskość, emocjonalną więź. Cieszmy się więc z tego, co posiadamy, zwłaszcza z tego, co nie da się przeliczyć na pieniądze.

      I kiedy zdarzają się gorsze dni, kiedy wszystko jawi się w czarnych kolorach, od rana pada deszcz, korek na mieście, spóźnienie do pracy, złe spojrzenie koleżanki, złośliwy urzędnik, głośny sąsiad, ból głowy, itp. itd. pamiętajmy wtedy, że mamy wybór, albo poddać się temu nastrojowi, a nawet pogłębić go rozkładając każdą niemiłą sytuację na czynniki pierwsze, albo zrobić szybki reset, zapomnieć i pomyśleć o czymś przyjemnym, zrobić sobie prezent, pójść do kina, zrobić cokolwiek, co w naszym przypadku działa najskuteczniej. A ja sama, kiedy będę miała zły dzień wrócę do tego wpisu, przeczytam go uważnie i od razu mi się humor poprawi. Ostatecznie na tym polega autoterapia :-) 

      Ps. Dopiero po skończeniu tego wpisu dowiedziałam się, że dziś przypada światowy dzień uśmiechu. Ale się wstrzeliłam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Szklanka do połowy pełna”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 06 października 2017 16:04
  • piątek, 01 września 2017
    • Oponka

      Ja wiem z czego moja oponka się bierze i wiem, że pozbycie się jej nie stanowiłoby większego problemu ;-) Wystarczyłoby zrezygnować z lodów, naleśników i makaronów (to główne grzeszki) i jedzenia po godz. 19.00. Oczywiście gdybym tylko chciała, a raczej umiała, to zrobić. Znam jednak kobiety, które nie wiedzą skąd ich oponka się bierze, może z powietrza? Bo przecież jedzą jak wróbelek, rezygnują z pełnego obiadu, tu coś skubną, tam coś skubną…zatem skąd ten tłuszczyk?

      Osobiście nie znam nikogo, kto ma nadwagę, a jednocześnie zdrowo się odżywia (dietetycznie) i nie ma żadnych kulinarnych słabostek. Znajome kobiety narzekające, że ich waga stoi w miejscu, a przecież tak mało w ciągu dnia zjadają, zapominają o pewnych drobiazgach, np. o kilku herbatniczkach albo orzeszkach wieczorową porą. Są to oczywiście minimalne ilości, prawie nic. Skoro takie nic, to czemu nie potrafimy z tego NIC zrezygnować i wtedy sprawdzić, czy waga drgnie.

      Sama walczę z oponką od dawna, choć BMI mam prawidłowe. Jej istnienie spędza mi sen z powiek i nie chodzi tu wyłącznie o kwestię wyglądu, choć i to nie jest mi obojętne. Chodzi głównie o to, że otyłość brzuszna jest po prostu niebezpieczna dla zdrowia. Z pozbycia się oponki mogą więc wynikać same plusy, więc dlaczego wciąż nam się to nie udaje?

      Wiemy teoretycznie, co robić, aby uporać się z tym problemem, a jednocześnie tak trudno nam zerwać z ćwiczonymi przez lata nawykami. Bo jedzenie, sposób jedzenia, ulubione potrawy, to jest element naszej charakterystyki, to są zachowania powtarzane od dzieciństwa, to w jakiejś części nasze „ja”. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy po lekcjach w szkole wpadałam do domu z okrzykiem „jeść!”, pamiętam też, że pomimo zaspokojenia głodu, prosiłam o dokładkę. Podjadanie też było na porządku dziennym i nie byłam w rodzinie w tym odosobniona. Bo nawyki żywieniowe wynosimy z domu, także obserwując dorosłych, głównie rodziców. Stałe godziny posiłków, zjadane przy wspólnym stole, w dobrym nastroju i przyjaznej atmosferze – tak być powinno. W moim domu rodzinnym tak nie było. Każdy wracał o innej porze ze szkoły, z pracy, każdy jadł wtedy, gdy miał na to czas.

      Niewiele znam kobiet tyjących wraz z wiekiem równomiernie, co wizualnie źle nie wygląda, bo proporcje są zachowane. Większość moich rówieśniczek tyje albo w brzuszek albo w biodra, nieproporcjonalnie i wygląda to… nieciekawie. Każda z nas wie, że w jedzeniu, jak w każdej innej dziedzinie życia, najlepiej zachować UMIAR. Problem w tym, że nasze kobiece hormonalne burze i emocjonalne huśtawki, są w stanie obrócić w niwecz, najlepsze chęci.

      Im człowiek starszy, tym problem większy. Wystarczy rozejrzeć się po ulicach naszych miast. Obserwuję kobiety w wieku zbliżonym do swojego i niewiele z nich ma szczupłą sylwetkę. Tu nawet nie chodzi o szczupłość, ale o proporcjonalność, o której już wspomniałam. Zdecydowana większość ma większą lub mniejszą nadwagę. Wkraczając w wiek dojrzały i około menopauzalny warto byłoby uświadomić sobie jedną prawdę, otóż metabolizm zwolnił, więc trzeba jeść mniej niż kiedyś. A my co robimy? Albo nic sobie z tego nie robimy, albo jemy więcej. No bo stres, dołek psychiczny, problemy rodzinne, etc. Doprawdy świetnie to rozumiem, że wraz z wiekiem coraz mniej jest powodów do radości, a znacznie więcej do smutku , więcej pogrzebów niż ślubów, ale… trzeba to jakoś przyjąć na klatę i nie dokładać sobie jeszcze dyskomfortu z powodu wciąż przyciasnej garderoby, o problemach zdrowotnych nie wspominając. I chociaż w wieku 40-50 radykalne chudnięcie nie jest wskazane, to taka kilkukilogramowa oponka mogłaby zniknąć bez śladu, gdyby…. wziąć się do roboty. Odstawić to, co najbardziej szkodzi, i zacząć się ruszać. Tylko tyle i aż tyle.

      Każda z nas ma swoje własne wymówki. Jedna rzuciła palenie i rzuciła się na jedzenie, co zaowocowało 20 kg nadwagi nie wiadomo kiedy. A teraz bardzo trudno tak dużą wagę zbić, bo… w miejsce papierosów pojawiły się pożądane cukierki, bułeczki, kluseczki, etc. Druga cierpi na niedoczynność tarczycy (sama należę do tej kategorii), co oczywiście tłumaczyło tycie, ale tylko do momentu rozpoczęcia suplementacji hormonów tarczycy. Kiedy już niedoborów nie ma, to nie ma też obiektywnych powodów do tycia. Trzecia zrzuci winę na klimakterium i spowolniony metabolizm, i też będzie miała rację, ale tylko do momentu, kiedy świadomie nie dostosuje się do nowej sytuacji, a więc nie zmniejszy dotychczasowych porcji jedzenie i nie zerwie z niezdrowymi nawykami, które do tej pory przechodziły jej bezkarnie. Doprawdy wiele mamy takich i podobnych argumentów, którymi tłumaczymy sobie własną… bezsilność wobec problemu.

      Sama też nie mam się czym pochwalić, bo gdybym miała patent na sukces, to już dawno pożegnałabym się z własną oponką, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbuję, nie walczę, nie szukam rozwiązań. Zgodnie z zasadą, że problem tkwi w głowie, szukam wsparcia w mądrych publikacjach o zdrowym odżywianiu. Przeczytałam ich już wiele, interesują mnie zwłaszcza teksty o emocjonalnym (psychicznym) aspekcie jedzenia, gdyż wydaje mi się szczególnie ważny. Jeść trzeba, nie da się pożywienia odstawić jak np. papierosów, problem zaczyna się wtedy, gdy jedzenie staje się swoistym narkotykiem, źródłem przyjemności, przyjacielem, wrogiem, ucieczką, próbą zaspokojenia emocjonalnego głodu, substytutem miłości. W czeluściach internetowych zasobów znalazłam tekst pt. „Jedzenie jak narkotyk”, który dał mi do myślenia (www.blog.wrelacji.pl).

      Próbowałam sobie samej wyjaśnić, dlaczego największe porcje jedzenia konsumuję wieczorem po powrocie do domu, czyli niezgodnie z mądrą zasadą, że kolację należy oddać wrogowi. Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że nie jadam na mieście obiadu, a do pracy biorę wyłącznie „zdrowe jedzenie”, czyli sałatki warzywne, więc wracając do domu czuję się wygłodzona. Ale to chyba za cienki argument, bo przecież mogłabym zjeść na kolację małą porcję, a nie dużą. Mogłabym nie kupować po drodze deserku w postaci półlitrowego pojemnika lodów? A może jestem głodna nie tylko jedzenia, może też uwagi, zainteresowania, uczuć? Może wejście do pustego mieszkania wywołuje u mnie nieprzyjemne poczucie osamotnienia? Być może dlatego rzucam się natychmiast do przygotowywania jedzenia, a potem do obfitej konsumpcji, bo uciekam od takich myśli i emocji? Kiedy pojawiają się jakieś niechciane emocje, sięgamy po kolejną porcję jedzenia w przekonaniu, że to pomoże nam uporać się z nimi, a efektem jest tylko zepchnięcie ich gdzieś w podświadomość, skąd i tak następnym razem wyjdą. Serwując sobie ciastko na smutki, dokładamy problem poczucia winy i dodatkowych kilogramów, bo przecież smutek, a właściwie problem, który go wywołał, nie zniknął. Pomysłów na uniknięcie wieczornych uczt w domu mam wiele, np. jeść na mieście (ale …nie lubię, a jeśli już to sporadycznie), gotować na parę dni i mieć przygotowane coś do podgrzania (ale…wolę świeże), wracać późno do domu, najlepiej po zajęciach jogi czy pilatesu i zjadać coś małego, np. jabłko. Żaden z tych pomysłów na dłuższą metę w moim przypadku nie sprawdza się.

      Oczywiście każdy z nas wie, czy ma problem z jedzeniem, czy nie? Czy uważa, że jego sposób odżywiania się jest prawidłowy i adekwatny do wieku czy nie? Nie jest moim zamiarem sugerowanie komukolwiek, że „ciastko na smutki” od czasu do czasu to zły pomysł. Ja oceniam go jako nienajlepszy, dla kogoś innego może być dobry i niech się tego trzyma. Zdarza mi się słyszeć teksty w rodzaju: dlaczego mam sobie odmawiać czegoś słodkiego, przecież człowiek ma tak niewiele przyjemności, i miałby sobie jeszcze odmawiać kawałka ciasta? No cóż, sama też często podążam takim tokiem rozumowania, kiedy jest mi źle i smutno, choć zdaję sobie sprawę, że to dość żałosne tłumaczenie.

      Wracając z pracy do domu, przynosimy ze sobą nie tylko siatki z zakupami, ale też całodzienny stres, niezałatwione sprawy, niewypowiedziane żale, pretensje, gniew, ale bywa też, że przynosimy radość z jakiegoś sukcesu, fajny komplement, rozpierającą nas energię z jakiegoś powodu, ale nie mamy komu o tym opowiedzieć, nie ma z kim się tym podzielić, bo albo nikt w domu na nas nie czeka, albo nikogo to nie interesuje. Kto nas przytuli, kto sprawi, że poczujemy błogi spokój, na kim możemy wyładować gniew, agresję (gryząc i żując)? Jedzenie, nasz przyjaciel i wróg jednocześnie.

      Relacje z jedzeniem są odzwierciedleniem naszej relacji z życiem, odbiciem naszych wierzeń i przekonań – czytam w tekście „Jedzenie jak narkotyk”. Aby ta relacja była zdrowa musimy przestać traktować jedzenie jako pocieszenie, sposób na stłumienie emocji czy poradzenie sobie ze stresem i nauczyć się znosić to, co ukryte i co wydaje się być nie do zniesienia. Może to być brak spokoju, pewności siebie, miłości, pustka. Jedzeniem zagłuszamy siebie, gdy życie wydaje się zbyt trudne, to odwracanie się od teraźniejszości, od bycia, tu i teraz.

      W cytowanej publikacji znalazłam sposób na opanowanie chęci sięgnięcia po coś do zjedzenia. Otóż, dobrze jest zatrzymać się na chwilę, poobserwować ciało, uspokoić oddech, spróbować uświadomić sobie, co czuję i zadać sobie pytanie - czy jestem głodna? Jeśli jedzenie służy nam do zagłuszania czegoś, unikania, trzeba nauczyć się dopuszczać do siebie owe trudne myśli i emocje. One nas nie zniszczą, a pozwalając im dojść do świadomości, sprawiamy, że stracą swoją moc. Gotowość do konfrontacji z uczuciami takimi jak smutek, strach, gniew i poszukiwanie tego, co kryje się pod nimi, np. lęk przed odtrąceniem, opuszczeniem, samotnością, odbiera im siłę rażenia. Przyglądajmy się swoim emocjom z ciekawością i życzliwością, zwłaszcza tym, za którymi nie przepadamy i które próbujemy zagłuszyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 15:54
  • czwartek, 24 sierpnia 2017
    • Zazdrość

      Kilka dni temu zadzwoniła do mnie Paulina i płaczliwym głosem oświadczyła, że zrywa z chłopakiem.

      - Jak to?! - pytam - przecież było wam tak dobrze.

      Znają się z Wojtkiem od dwóch lat. Ona 25, on 29 lat. Zakochani, szczęśliwi, zaczęli myśleć o ślubie. Widziałam go kilka razy na imprezach rodzinnych i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Fajny chłopak, da się lubić. Z opowiadań Pauliny wynikało, że świetnie się dogadują, a na obrazie tej znajomości nie ma żadnej rysy… no może oprócz jednej.

      Chodzi o jego przyjaciółkę z biura. Kobieta ma męża i trójkę małych dzieci. Znają się z Wojtkiem długo. Przeżyli razem wiele różnych sytuacji na niwie zawodowej. Dobrze im się współpracuje. Spotykają się również poza pracą, wspólne imprezy nie są rzadkością. Jej mąż chyba nie widzi nic złego w tej zażyłości, a przynajmniej tego nie okazuje. Natomiast Paulina nie może się z tym faktem pogodzić. Dąsała się z tego powodu już wielokrotnie. W ostatnich dniach znów się pokłócili. Chodziło o imprezę u Wojtka, na którą on chce zaprosić przyjaciółkę, a Paulina sobie tego nie życzy. „Nie będę jej usługiwać” – twierdzi.

      - Jesteś zazdrosna? – pytam.

      - Nie o to chodzi – mówi Paulina. Nie zabraniam mu mieć kolegów i koleżanek, ale ja nie muszę się z nimi spotykać; skoro on wie, że ja nie toleruję tej kobiety, to nie powinien jej zapraszać.

      - Ale dlaczego jej nie tolerujesz? – próbuję dociec przyczyn.

      - Bo on więcej jej mówi niż mnie, bo to jej zwierza się z problemów, bo spędza z nią za dużo czasu, bo wysyłają sobie smsy o każdej porze dnia i nocy, bo …

      - Czyli jednak zazdrość – pomyślałam.

      Z jednej strony rozumiem postawę Pauliny, ale z drugiej uważam, że sprawa nie jest warta aż takich emocji, a stawianie ultimatum „albo ona albo ja” nie ma sensu. Przed poznaniem Pauliny Wojtek nie miał dziewczyny przez kilka lat. Jego przyjaciółka, jej rodzina, stali się dla niego bardzo bliscy. Spędzał z nimi dużo czasu. Czy poznanie Pauliny miałoby oznaczać jakąś radykalną zmianę w tych relacjach? A może to Paulina powinna się nauczyć żyć w takim „trójkącie”?

      Nie wiem. Każdy związek jest inny. Zapewne Paulina z Wojtkiem jakoś się dogadają. Kiedy jest miłość, resztę da się jakoś załatwić. Nie zazdroszczę Paulinie tej … zazdrości. Sama mając dwadzieścia parę lat wielokrotnie ją czułam i nie było to miłe uczucie. Zrobiłam pod wpływem zazdrości kilka głupstw, zwłaszcza jednej sytuacji nie zapomnę, a nawet trochę się tego wstydzę.

      To była moja studencka miłość na pierwszym roku. Dość szybko dowiedziałam się, że przede mną była Grażyna, sympatia ze szkoły średniej. Ja mieszkałam w akademiku, mój chłopak Marek z matką i siostrą w bloku, w innej części miasta. Nie pamiętam już, kto poinformował mnie o istnieniu owej Grażyny, chyba niedoszła teściowa. Natrafiłam przypadkiem na ich wspólne zdjęcia. Dlaczego byłam o nią zazdrosna, skoro ona była „była”, a ja aktualna? Docierały do mnie sygnały, że Grażyna nie może się od mojego chłopaka „odczepić”, wydzwania, a nawet przychodzi do domu. Słyszałam też, że źle się prowadzi, pije alkohol, balanguje, etc. Oczywiście Marek robił z siebie albo ofiarę jej namolności albo miłosiernego Samarytanina, który pomaga upadłej duszyczce.

      Aż zdarzyło się coś, co niemal zwaliło mnie z nóg. Od czasu do czasu dzwoniłam do mieszkania Marka z automatu w akademiku i zdarzało się, że odbierała niedoszła teściowa albo siostra. Tym razem usłyszałam damski głos, ale kompletnie mi nieznany. Nieco skonsternowana poprosiłam do telefonu Marka, może on mi to wyjaśni. I słyszę…”KOTKU, telefon do ciebie”. Ożeż ty! Rzuciłam słuchawką. Załamana wróciłam do pokoju w akademiku. Koniec z Markiem – oświadczyłam koleżankom. Spojrzały na mnie z politowaniem, bo już nie raz to słyszały.

      Następnego dnia była niedziela, pojechałam jak zwykle do kościoła na studencką mszę. Kiedy wyszłam na zewnątrz czekał na mnie Marek. Nie chciałam z nim rozmawiać. Skierowałam się w przeciwną stronę. On za mną. Zaczęłam biec. On też. W końcu złapał mnie za rękę i nie chciał puścić. Już nie pamiętam, dlaczego dałam się wciągnąć do pobliskiej kawiarni, chyba po prostu wstydziłam się ludzi, patrzących na szarpiącą się parę. No i zaczęło się tłumaczenie. Jak łatwo się domyślić, ten damski głos w słuchawce to była Grażyna. Podobno przyszła oddać pieniądze, które kiedyś Marek jej pożyczył. Podobno była pod wpływem alkoholu i złapała za słuchawkę telefonu, bo siedziała bliżej. Podobno nic między nimi nie zaszło, bo on już nic do niej nie czuje. A do mnie czuje… Słuchałam, słuchałam, nie wierzyłam, wierzyłam. Miałam mętlik w głowie. Chciałam uciec, aby nie musieć tego wszystkiego słuchać. Jednak upór Marka przyniósł rezultaty. Po jakimś czasie zmiękłam, ale NIE ZAPOMNIAŁAM.

      To ziarenko zazdrości, które we mnie zakiełkowało, nie dawało mi spokoju. Każde spóźnienie, każdy nieodebrany telefon, każdy wyjazd wywoływały u mnie niepokój. A może znów spotkał się z tą Grażyną? Znałam jej adres. Mieszkała z rodzicami rzut beretem od Marka, co tym bardziej mnie frustrowało i potęgowało podejrzenia. Pewnego wieczoru nie odbierał telefonu, a powinien być w domu. Próbowałam kilka razy. Bezskutecznie. W mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, że zapewne znów spotkał się z byłą dziewczyną. Godzina była już późna, ulice puste, a mnie nosiło do tego stopnia, że postanowiłam pojechać na drugi koniec miasta, najpierw pod blok Marka, a potem w okolice mieszkania Grażyny. Szukałam na parkingu jego samochodu, gdyż przypuszczałam, że tym razem to on jest u niej, skoro u niego w mieszkaniu nie paliło się światło. Samochodu nie było. Z duszą na ramieniu krążyłam po osiedlu w zimnie i deszczu, aż w końcu zrezygnowana wróciłam do akademika. Sama nie wiem, czego oczekiwałam, chyba chciałam złapać Marka na gorącym uczynku, udowodnić mu kłamstwo. Niczego nie udowodniłam, jedynie zmarzłam i zmokłam. Całe szczęście, że nikt mnie nie napadł, bo nie była to spokojna dzielnica, a godzina zdecydowanie nieodpowiednia do spacerów między blokami. Oczywiście nie przyznałam się Markowi do swojej nocnej eskapady. Nie byłam z siebie dumna. Nie pamiętam już, jak tłumaczył się z nieobecności w domu, kiedy dzwoniłam. Zapewne jak zwykle mało wiarygodnie, a ja jak zwykle wysłuchałam, ale swoje wiedziałam. Brak zaufania może zniszczyć każdy związek, dlatego, jak łatwo się domyślić, mój związek z Markiem przeszedł do historii. A z dzisiejszej perspektywy mogę tylko stwierdzić, że dobrze się stało. Bo to zły mężczyzna był. A Grażyna? Słyszałam, że jeszcze pojawiała się w jego życiu długo potem, kiedy mnie już w tym życiu nie było. Może byli sobie pisani?

      Dzisiaj wspominając tamten czas, mogę sobie żartować, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Czy byłam zazdrosna, bo tak bardzo mi na Marku zależało? Nie wiem. Wiem, że nie chciałam być oszukiwana, więc to raczej kwestia ambicji. A może u źródła zazdrości tkwił brak asertywności? Osoba pewna siebie określi jasne granice, których partner nie może przekraczać, w przeciwnym razie po prostu odchodzi, a nie żyje w niepewności i dyskomforcie. 

      Mówi się, że nie ma miłości bez zazdrości. Być może lekka zazdrość podwyższa temperaturę związku, podkręca namiętność, ale taka zazdrość, jaką ja czułam błąkając się nocą między blokami Marka i Grażyny z pewnością nie była czymś normalnym, a już na pewno nie była zdrowa. Kiedy więc słucham Pauliny wyczuwam te same, niezdrowe emocje, z którymi sama kiedyś się zmagałam, i wiem, że nic dobrego z tych emocji nie wyniknie, ale… to jest już jej życie. Niech dokonuje własnych wyborów i sama za nie płaci, jako i ja zapłaciłam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zazdrość”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 sierpnia 2017 15:57
  • środa, 16 sierpnia 2017
    • Wypadki chodzą po ludziach

      To nie musiało się zdarzyć. Mogłam tego uniknąć, gdybym była przewidująca…

      A może to miało się zdarzyć, jeśli ktoś wierzy w przeznaczenie? I trzeba tylko dziękować Bogu, że wyszłam z tego praktycznie bez szwanku.

      W poprzednim wpisie wspomniałam o ulotności chwili, nieprzewidywalności życia… i znów coś z tej samej serii się zdarzyło. Wracałam do siebie z długiego weekendu. Jechałam miejskim autobusem na dworzec kolejowy. Nie miałam biletu na pociąg i chciałam wyskoczyć szybko z autobusu, aby dotrzeć błyskawicznie do kas dworcowych. Ustawiłam się więc przy drzwiach, zanim autobus się zatrzymał. Stała już tam pewna pani w średnim wieku. Jej obecność trochę mi przeszkadzała, bo lubię nie tylko trzymać się poręczy, ale także mieć jakąś „blokadę”, taką na wypadek hamowania. Nie przypuszczałam, że takie gwałtowne hamowanie zdarzy się właśnie tym momencie. A jednak… Jakiś samochód zajechał drogę naszemu autobusowi i kierowca wcisnął hamulec do końca. Obie ze wspomnianą panią runęłyśmy na podłogę autobusu. Ułamek sekundy. Nawet nie pisnęłam. Miałam wrażenie, że mój upadek był niegroźny. Może lewe ramię coś poczuło. Byłam w szoku. Ktoś próbował pomóc mi wstać, podziękowałam i sama się podniosłam. „Towarzyszka niedoli” była chyba w gorszym stanie, bo wstać nie mogła, ktoś jej pomagał, kierowca się tłumaczył, a ja… ruszyłam na dworzec, bo przecież bilet, bo przecież pociąg….

      Po zakupieniu biletu zaczęłam czuć ból w prawej dłoni, dwa palce były szczególnie obolałe, ale ruszać nimi mogłam, więc raczej niezłamane. Czułam, że lewe ramię jest stłuczone i jakiś siniak w tym miejscu będzie, ale uznałam to wszystko za drobne urazy. Byłam ciekawa, co stało się z moją „towarzyszką niedoli”. Ponieważ pociąg miał kilkuminutowe opóźnienie, wróciłam na przystanek. Zobaczyłam ją. Akurat zmierzała powoli w kierunku dworca. Zapytałam jak się czuje. Okazało się, że odczuwa ból kręgosłupa, bo padając uderzyła w krawędź podestu. Wahała się, czy nie zrezygnować z planowanego wyjazdu i nie wrócić do domu. Obie wyraziłyśmy nadzieję, że konsekwencje upadku nie okażą się dla żadnej z nas groźne. Pożegnałam się.

      Nadjechał pociąg. Nie miałam ochoty na lekturę, palce bolały, samopoczucie oscylowało w dolnych granicach skali. A miałam jeszcze plany na popołudnie i wieczór. Zrezygnowałam z nich. Palce spuchły, a dziś dodatkowo zsiniały. Zastosowałam środki na stłuczenia i opuchliznę, na razie bez większego efektu. Siniak na ramieniu robi duuuże wrażenie.

      Całkiem niedawno byłam świadkiem podobnej sytuacji, ale na szczęście nie byłam poszkodowana. Starszy mężczyzna stał przy drzwiach autobusu, który gwałtownie zahamował, a pan runął do tyłu jak długi. Na domiar złego był to człowiek niepełnosprawny, podpierał się kulą. Jego upadek wyglądał groźnie. Razem z innymi pasażerami pomogłam panu wstać, twierdził, że nic go nie boli i nie potrzebuje pomocy. Trzymając go pod rękę poczułam zapach alkoholu, a godzina była poranna. Może ten alkohol w jakimś stopniu go znieczulił – pomyślałam, a może rzeczywiście nic mu się nie stało, zgodnie z zasadą „pijany ma szczęście” .

      Ze wszystkich publicznych środków transportu preferuję pociągi. Gwałtowne hamowanie pociągu zdarza się incydentalnie i sama nigdy tego nie przeżyłam, a podróżuję pociągami często. W mieście muszę korzystać z autobusu i tramwaju, oba te środki transportu poruszają się wśród innych użytkowników dróg i gwałtowne hamowanie zdarza się bardzo często. Przed kilku laty też miałam przygodę w autobusie. Wskutek gwałtownego hamowania wylądowałam na podłodze, tym razem poleciałam do przodu z pozycji siedzącej, walnęłam głową w podłogę, na szczęście niegroźnie.

      Jakie wnioski z tych historii płyną? Oczywiście trzeba uważać i przewidywać. Wstawać i przemieszczać się do drzwi, kiedy autobus już staje, a nie kiedy dopiero dojeżdża do przystanku. Starałam się zawsze tej zasady trzymać, gdyby nie „towarzyszka niedoli” zapewne tym razem też jakoś bym się … uratowała przed upadkiem. Inny wniosek jest taki, aby po ewentualnym upadku spokojnie usiąść i ocenić, co nas boli, a nie lecieć gdzieś, np. do pociągu na łeb na szyję. Można wymienić się namiarami ze świadkami zajścia, spisać numer autobusu. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć, kiedy szok minie. Znane są historie osób, które będąc w szoku po wypadku samochodowym potrafią przejść kilka kilometrów i sprawiać wrażenie zdrowych i całych.

      Na szczęście moje obrażenia są nieznaczne, choć dokuczliwe. Oczywiście, zamierzam bardziej uważać, ale … czy pewnych sytuacji da się uniknąć? Przecież …gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by się położył.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Wypadki chodzą po ludziach”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 16 sierpnia 2017 16:05
  • środa, 09 sierpnia 2017
    • Od zawrotów głowy do kwestii ostatecznych

      Zdarzyło się to przed rokiem. Pamiętam ten dzień dobrze. Był piękny, słoneczny poranek. Zadzwonił budzik. Pora wstawać… pomyślałam i podniosłam głowę. Jednak ona nie chciała mnie słuchać i wróciła na poduszkę. Kolejna próba i to samo. Co jest? Leżę 5 minut, patrzę w sufit, czuję, że wszystko wiruje. Co się dzieje, co robić? Telefon pod ręką, na szczęście. Okno daleko. Drzwi jeszcze dalej. Próbuję sturlać się na podłogę, udaje mi się jakoś dotrzeć do okna i szeroko je otworzyć, w nocy było tylko uchylone. Co dalej? Dzwonić gdzieś czy czekać? Co mi jest? Czuję się bezradna. Nie mogę wstać, ale jestem całkiem przytomna i myślę, że chyba nic gorszego już mnie nie spotka. Spędzam na podłodze w pozycji siedzącej kilka minut, a potem próbuję się przemieścić w kierunku łazienki. Wolno, bardzo wolno, udaje mi się podnieść i dojść do łazienki trzymając się po drodze wszystkiego, czego można się chwycić. Uff, udało się. Po kolejnych minutach czułam się już mniej przerażona, a zawroty głowy osłabły. Uspokoiłam się. Może to tylko chwilowe i zaraz wszystko wróci do normy. I wróciło, prawie. Po godzinie mogłam już podjąć próbę wyjścia z mieszkania.

      Z duszą na ramieniu ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego. Czułam się niepewnie, chyba bardziej ze strachu, od czasu do czasu miałam wrażenie niestabilności. Dotarłam do pracy. Zadzwoniłam do przychodni i za godzinę siedziałam już w gabinecie lekarskim. Od tego momentu zaczęła się moja wielomiesięczna przygoda ze służbą zdrowia, której celem było poszukiwanie przyczyn owych zawrotów. Po roku mogę stwierdzić, że przyczyny nie znaleziono. Zawroty minęły, oby bezpowrotnie.

      I w związku z tą rocznicą naszły mnie pewne refleksje. Pierwsza dotyczy mieszkania w pojedynkę, co dotychczas w ogóle mi nie przeszkadzało, ale…w pewnym wieku przestaje być … bezpieczne. W przypadku małżeństwa, nawet żyjącego jak pies z kotem, to jedno drugiemu szklankę poda, nie mówiąc już o wezwaniu pogotowia. A ja, kiedy straciłabym przytomność, to nikt by tego nie zauważył. Gdyby to było rano, to w pracy zaczęliby się niepokoić, ale dopiero po kilku godzinach. Szansą są w tym przypadku stałe godziny kontaktu z rodziną. Brak telefonu zostałby odczytany jako sygnał, że coś jest nie tak. I tak jednak parę godzin by upłynęło, a przecież w niektórych sytuacjach każda minuta ma znaczenie. I to jest naprawdę poważny minus mieszkania w pojedynkę, którego kiedyś w ogóle nie brałam pod uwagę. A lata płyną, jestem coraz starsza…i różne dolegliwości mogą się pojawiać.

      Dotarło do mnie, że trzeba się do różnych wariantów przyszłości przygotować, choćby do sytuacji, że nie mogę wstać z łóżka, albo że muszę natychmiast jechać do szpitala. Przede wszystkim trzeba mieć grono ludzi, na których w takich sytuacjach można liczyć. Nie jest to sprawa prosta zważywszy na fakt, że moja rodzina mieszka w innym mieście.

      Inna refleksja w rok po owym zdarzeniu dotyczy …dziedziczenia przypadłości. Kiedy poinformowałam swoją rodzicielkę o zawrotach głowy, a zrobiłam to w miesiąc po pierwszym incydencie, stwierdziła rozbrajająco, że ona też takowe miała i było to prawie dokładnie w moim wieku. Nic o tym nie wiedziałam, albo zapomniałam. Okazało się, że i w jej przypadku zawroty minęły tak szybko jak się pojawiły, a lekarz starej daty stwierdził, że to po prostu objaw … klimakterium. Nauczona tym doświadczeniem wypytuję mamę o jej dolegliwości, aby w razie czego być na nie przygotowana i nie wpadać w panikę, kiedy się pojawią. Już wiem, że będę miała problemy z kręgosłupem, w zasadzie to już mam, ale może być, niestety, gorzej, dlatego próbuję temu jakoś zaradzić ćwicząc i trzymając dietę. Z tarczycą jest tak, że ja mam niedoczynność, a mama nadczynność, zresztą wszystkie kobiety w rodzinie mają problemy z tarczycą.

      Kolejna refleksja, o naturze bardziej egzystencjalnej, dotyczy ulotności chwili, kruchości życia. Człowiek kładzie się wieczorem spać, a rano może już się nie obudzić. Kiedy słyszę o wypadkach, zwłaszcza w okolicy mojego domu i firmy, to myślę, że to mogłabym być ja. Nie trzeba się wcale śpieszyć, nie trzeba przebiegać na czerwonym świetle, aby stać się ofiarą wypadku. Można zwyczajnie stać na przystanku, albo przechodzić na pasach, i zginąć w ułamku sekundy. Można przechodzić obok bloku mieszkalnego i na głowę może nam spaść … samobójca (taka historia wydarzyła się kiedyś w stolicy). Można myć okno w kuchni, za mocno się wychylić, i spaść z 9 piętra (to też się naprawdę gdzieś zdarzyło). Mijam pewne miejsce wracając z pracy, gdzie przez wiele miesięcy stał zapalony znicz. Nie wiedziałam, co tam się stało. Przeszukałam zasoby Internetu i trafiłam na krótką notkę, że na skrzyżowaniu takim a takim doszło do śmiertelnego wypadku. Zderzenie dwóch samochodów spowodowało, że jeden z nich wpadł na chodnik i potrącił młodego chłopaka czekającego przed przejściem dla pieszych na zielone światło. Kiedy czekam na tym przejściu, a obok śmigają samochody, myślę o nim, jego życiu, rodzinie, planach i marzeniach. To też mogłam być ja albo ktoś inny. Nikt nie wie, co go czeka za rogiem. Czy takie refleksje mają sens? Dla mnie mają. Myślę, że świadomość ulotności, kruchości życia, przypominanie sobie o tym w różnych sytuacjach, ma wiele zalet. Zmusza nas do działania i nie odkładania ważnych spraw na tzw. jutro, mobilizuje do spędzania czasu produktywnie, bo każda godzina staje się cenna, do okazywania uczuć bliskim i dalszym, do poszukiwania sensu własnej egzystencji, a przynajmniej do zastanawiania się nad tym.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Od zawrotów głowy do kwestii ostatecznych”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 09 sierpnia 2017 15:40
  • piątek, 04 sierpnia 2017
    • Trudna decyzja

      Kiedyś umierało się w domu, ostatecznie w szpitalu. Dziś miejscem odejścia na wieczny spoczynek stają się coraz częściej tzw. domy spokojnej starości albo domy opieki. Kiedyś oddanie rodzica do takiego domu zdarzało się rzadko i traktowane było jako coś …nagannego. Dziś jest to zjawisko powszechne i nie wzbudza już kontrowersji, a raczej zrozumienie. Zapewne dla nikogo nie jest to łatwa decyzja, a podjęcie jej może skutkować wyrzutami sumienia, zwłaszcza w przyszłości, kiedy już rodzica zabraknie. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, jak wiele wysiłku, kosztów i wyrzeczeń wiąże się z opieką nad osobą starszą, tym bardziej taką, która cierpi na poważne schorzenia, związane nie tylko z zaawansowanym wiekiem.

      Moja koleżanka Kasia stanęła ostatnio przed takim dylematem i choć decyzję już podjęła, wciąż dręczy ją poczucie winy. Jej Mama ma prawie 90 lat i wiele chorób, o demencji nie wspominając. Dotychczas mieszkała sama, choć Kasia mieszkając w tej samej dzielnicy bywała u niej codziennie, ponadto zatrudniała opiekunkę na kilka godzin dziennie. Przyszedł taki dzień, że organizm rodzicielki zbuntował się na kilku frontach i trzeba było wezwać pogotowie. Szpital zrobił, co mógł, a po kilku tygodniach uznał, że stan jest… stabilny i można pacjentkę wypisać do domu. Problem w tym, że dotychczasowe możliwości opieki, jakie Kasia posiadała, okazały się zdecydowanie niewystarczające w obecnej sytuacji zdrowotnej jej Mamy.

      I tu pojawił się problem. Co będzie lepsze i dla kogo? Czy Kasia jako osoba pracująca jest w stanie zapewnić Mamie odpowiednią opiekę, nawet przy pomocy innych osób? Czy lepiej poszukać odpowiedniego domu, gwarantującego całodobową opiekę lekarską i pielęgniarską? Znalezienie takiego domu, wbrew pozorom, nie jest sprawą prostą, a opłaty też są niebagatelne. Kasia znalazła takie miejsce i w porozumieniu z rodziną postanowiła umieścić tam Mamę. I choć kontakt z nią jest znacznie utrudniony, to Kasia czuje, jakby rodzicielka miała do niej o to żal, a może sama mając poczucie winy dostrzega coś, czego w rzeczywistości nie ma. Kiedy odwiedza ją, Matka odwraca głowę i zamyka oczy, jakby nie chciała jej widzieć. Rozmawiałam z Kasią w ostatnich dniach wielokrotnie i choć znamy się kilkadziesiąt lat, nigdy nie widziałam jej tak załamanej jak teraz. Podjęcie tej decyzji kosztowało ją wiele, ale czy miała inne wyjście?

      Podobną sytuację miał dwa lata temu mój kolega mieszkający w Niemczech, ale on nie miał żadnych wątpliwości jak postąpić, ani tym bardziej nie miał poczucia winy. Po prostu wynajął mieszkanie swojej rodzicielki, a pieniądze z wynajmu przeznaczył na pokrycie kosztów jej pobytu w domu opieki, dopłacając jeszcze solidarnie z rodzeństwem pewną sumę, gdyż miesięczny koszt takiego pobytu jest tam bardzo wysoki. Kolega nie wspominał mi, aby kiedykolwiek tej decyzji żałował, po prostu uznał ją za najlepszą z możliwych.

      Każdy człowiek, który staje przed takim dylematem, bierze odpowiedzialność za taką decyzję i będzie musiał z nią żyć do końca swoich dni. Chyba nie ma złych, ani dobrych wyborów, najczęściej są tylko realnie możliwe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Trudna decyzja”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 04 sierpnia 2017 16:04
  • wtorek, 11 lipca 2017
    • Dzidzia-piernik, czyli jak się nie ubierać...

      Kolega przysłał mi zdjęcia ze swojego urlopowego wyjazdu, na którym miałam odnaleźć aktualną „kobietę jego życia”. Na zdjęciu było kilka kobiet w wieku zbliżonym do pięćdziesiątki. Na jedną z pań zwróciłam szczególną uwagę, bo na pierwszy rzut oka wyglądała na zdecydowanie młodszą od innych pań z towarzystwa. Przyjrzałam się dokładniej i doszłam do wniosku, że to chyba typowa „dzidzia-piernik”, czyli kobieta dojrzała ubierająca się jak … młódka. Owa pani miała bardzo obcisłe jeansy z szerokim paskiem z klamrą, różową, lekko falbaniastą bluzkę z odsłoniętym ramieniem i … czarnym ramiączkiem i jeszcze kilka drobiazgów, które do takich, a nie innych skojarzeń mnie skłoniły. 

      Następnego dnia kolega przysłał mi znów kilka zdjęć, na których ponownie odnalazłam ową panią, tym razem w kwiaciastej sukience mini, wyjątkowo krótkim mini. Pomyślałam, że widocznie pani taki styl odpowiada, ma do tego prawo i nie musi przejmować się tym, że ktoś o niej powie „dzidzia-piernik”. Osobiście jednak staram się takiego stylu unikać i ubierać tak, aby na powyższe określenie nie zasłużyć, czyli … stosownie do wieku, chociaż w miarę nowocześnie. Są przecież ubrania ponadczasowe, eleganckie bez względu na wiek. Promotorką takiego stylu wśród dojrzałych Polek jest Krystyna Bałakier, na której bloga często zaglądam i zachęcam do tego znajome kobiety.

      Na swojej modowej drodze unikania stylu „dzidzi-piernik” dostrzegam dwie rafy, które staram się z różnym skutkiem omijać. Pierwsza z nich to moje … młodsze koleżanki. Mam takie dwie 30+, z którymi często wybieram się na zakupowe szaleństwa, i zdarza mi się zapomnieć, że nie jesteśmy równolatkami i to, co one kupują niekoniecznie pasuje do mnie i odwrotnie. One kupują dziurawe i wygniecione spodnie, na które ja nawet spojrzeć nie chcę :-) One odkrywają ramiona i plecy, a ja szukam czegoś, co ładnie je zakryje. Różnimy się oczywiście w preferencjach, ale zdarza mi się … zaszaleć kupując coś, co dziewczynom się podoba, a ja mam potem wątpliwości, czy na pewno będę w tym wyglądać wystarczająco … dojrzale. Np. dziewczyny namawiają mnie do założenia trampek do sukienki, a ja wciąż nie mogę się na taką ... ekstrawagancję zdobyć.

      Drugi problem sprowadza się do pojemnej szafy skrywającej w swoich czeluściach ubrania sprzed 5, 10, a nawet 20 lat, które wyjątkowo lubię, a które albo już mi nie pasują, albo w jakiś niewyjaśniony sposób zbiegły się w sobie. :-)

      Kiedy patrzę na kobietę ze zdjęć przesłanych przez kolegą, to myślę, że być może wpadła w pułapkę pojemnej szafy i zakłada rzeczy kupione przed wieloma laty. A może po prostu zawsze nosiła się młodzieżowo i trudno jej pogodzić się z faktem, że czas biegnie nieubłaganie i kiedyś taki styl przestaje wyglądać …apetycznie.

      Z jednej strony jestem zwolenniczką modowej wolności, z drugiej nie przepadam za skrajnościami, najlepszy jest jak zwykle "złoty środek".

      Ps. Zainteresowanym tematem polecam tekst Krystyny Bałakier pt. Jak nie zostać dzidzią piernik.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dzidzia-piernik, czyli jak się nie ubierać...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      wtorek, 11 lipca 2017 15:58

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa