Druga połówka życia...

...nie musi być gorsza od pierwszej.

Wpisy

  • niedziela, 04 listopada 2018
    • Listopadowe refleksje...

      W pierwszych dniach listopada słowa "Śpieszmy się kochać..." nabierają szczególnego znaczenia. Odwiedzając groby bliskich zastanawiamy się, czy udało nam się wystarczająco kochać i okazywać tę miłość, dostatecznie zrozumieć czy docenić, a może nawet przebaczyć, jeśli był ku temu powód. W wielu przypadkach może nie tyle mamy poczucie winy, że coś w relacjach z bliskimi się nie udało, ale czujemy niedosyt, bo zbyt późno dojrzeliśmy do refleksji, że można było inaczej, więcej, bliżej i że tak naprawdę to od nas zależało.

      Powtarzam często, że innych nie możemy zmienić, możemy zmienić tylko siebie… i chyba większość z nas uzna słuszność tego stwierdzenia na podstawie własnych doświadczeń. Kiedy więc ktoś z naszych bliskich lub dalszych nie spełnia oczekiwań, jest wobec nas niesprawiedliwy, a nawet zwyczajnie zły, to mamy dwa wyjścia, odciąć się (odejść) od tej osoby, a jeśli to niemożliwe, ignorować jej złe emocje i najzwyczajniej w świecie nie brać ich do siebie. Można kogoś kochać, ale już niekoniecznie lubić. Wiele jest takich relacji, choćby między rodzeństwem. Żyją jak pies z kotem, albo są wobec siebie obojętni albo nie mają kontaktu. Pojawia się wtedy poczucie winy, bo przecież to rodzina, a więzy krwi są najważniejsze. Ale nic na to nie można poradzić, skoro emocje biorą górę i bliscy sobie ludzie potrafią się na siebie obrazić i nie odzywać latami, bywa że z bardzo prozaicznych powodów.

      Dlatego stojąc nad grobami tych, którym już nic nie jesteśmy w stanie powiedzieć, wyjaśnić, dać, czy okazać, może warto zastanowić się nad relacjami z tymi, którzy jeszcze wśród nas są i mamy jeszcze szanse na to, aby coś między sobą zmienić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Listopadowe refleksje...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2018 18:02
  • piątek, 05 października 2018
    • Przyszła emerytka

      Na razie na emeryturę się nie wybieram. Może więc nie powinnam jeszcze o tym etapie swojego życia myśleć, a może wprost przeciwnie. Nie tylko myśleć, ale jakoś się do tego przygotowywać, choćby mentalnie. Świadomość zbliżania się emeryckiego życia pozwala oswoić czające się wokół tego stanu demony. Nie chciałabym obudzić się w pierwszy wolny dzień po odejściu na emeryturę z poczuciem pustki i pytaniem: „I co ja mam teraz robić?”.

      Obserwuję ludzi, którzy po odejściu z pracy powoli wyłączają się z życia, wpadają w jakąś życiową przepaść niemocy. Niby coś by jeszcze chcieli robić, ale ciężko im się do tego zmobilizować albo znajdują przeszkody, które uniemożliwiają im ruszenie się z domu. Znajoma emerytka przyznała ze wstydem, że potrafi cały dzień przechodzić w szlafroku. A gdyby musiała iść do pracy, to musiałaby się przyzwoicie ubrać, umalować, zrobić fryzurę, po prostu by musiała, a skoro nie musi, to nie robi. Znajoma emerytka nie ma finansowych problemów, więc nawet wolontariat by ją zadowolił. Słyszała o czymś takim, ale nie wie jak to załatwić. Chciałaby też zapisać się na kurs językowy na Uniwersytecie III wieku. Wiele rzeczy by chciała, ale czas mija i nic nie udaje się jej zrealizować. Czy będę do tej znajomej podobna i też ogarnie mnie niemoc? Jak to na tej emeryturze będzie? Czy moje życie stanie się puste? To bardzo realne pytania dla osoby żyjącej w pojedynkę.

      Sporo jest problemów do przemyślenia zanim jeszcze człowiek stanie się pełnoprawnym emerytem. Z drugiej strony wiele jest aktywnych emerytek, które tryskają radością, czują się potrzebne, robią mnóstwo pożytecznych rzeczy. Może sama do tej grupy dołączę? A równie dobrze może okazać się, że na emeryturę szybko nie pójdę… pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego. Może pracodawca będzie chciał mnie jeszcze … pomęczyć, a sama też będę miała na tę codzienną mękę siłę.

      Moja inna znajoma emerytka pracuje już 5 lat od momentu osiągnięcia wieku emerytalnego i nie widzę, aby miała dosyć. Ona żyje pracą, dlatego tak mocno się jej trzyma. Aż się boję, co będzie, kiedy odejdzie, czy odnajdzie się w życiu emerytki?

      Dopóki mamy zdrowie i energię nie ma powodu, aby z pracy rezygnować. Problem w tym, że wielu pracodawców przeprowadzając redukcję etatów i w pierwszej kolejności pozbywa się osób w wieku uprawniającym do emerytury. I nie ma większego znaczenia, czy osoby te chcą czy nie chcą dalej pracować. Jeśli ktoś zostanie wypchnięty z rynku pracy w wieku 60+ to niełatwo mu na ten rynek wrócić, chyba że zadowala go praca … na kasie w supermarkecie lub w firmie sprzątającej. Kiedy obserwuję przedstawicieli takich zawodów są to w większości osoby albo młode, albo zza wschodniej granicy, albo w wieku emerytalnym.

      Emeryci, którzy pracować (dorabiać) nie muszą, nie muszą też na tej emeryturze się nudzić. Mając pieniądze ma się wiele możliwości spędzania wolnego czasu, o częstych wyjazdach, choćby do sanatoriów nie wspomnę. Znajome małżeństwo emeryckie jeździ po świecie, wreszcie mają czas odwiedzić takie miejsca, w których jeszcze nie byli, a więc np. Australia czy Nowa Zelandia. Zachwycają się też pięknem przyrody w podmiejskiej daczy, a jak im się natura znudzi wracają do swojego apartamentowca. Na co dzień uczestniczą w życiu kulturalnym stolicy, czytają książki, słuchają muzyki, za to unikają telewizyjnej sieczki. Dodam jeszcze, że opiekę lekarską mają zapewnioną na wysokim poziomie. Wydaje mi się, że są szczęśliwi, choć pewnie gdyby ich zapytać powiedzieliby, że lepiej być młodym i pracować niż być starym emerytem, którego wciąż coś boli, w kościach strzyka i niełatwo wykrzesać z siebie energię. Kiedy obserwuję owych znajomych, to niczego im nie zazdroszczę, oprócz jednego, że mają siebie, wspierają się, a to wartość bezcenna.

      Ten sielski obraz emeryckiego życia należy w naszym kraju do rzadkości. Znaczna liczba emerytów ledwo wiąże koniec z końcem i nie w głowie im dylematy, co będą na emeryturze robić. Bardziej martwi ich problem, co będą na emeryturze jeść i gdzie mieszkać. Dobrze jeśli mogą liczyć na córkę czy syna, gorzej, gdy są skazani na samych siebie i w ostateczności na opiekę społeczną. Niedawno otrzymałam z ZUS wyliczenie mojej przyszłej emerytury. Kwota nie nastraja optymistycznie, a raczej zmusza do trzymania się mocno etatu, przynajmniej tak długo, jak się da. Jednak nawet gdyby te kilka dodatkowych lat popracować, to i tak w końcu emeryckie życie nas czeka i trzeba się jakoś do niego przygotować. A może nie warto zaprzątać sobie głowę przyszłością, skoro życie jest pełne niespodzianek i może się okazać, że napisze dla nas scenariusz, który wywróci wszystkie plany do góry nogami? Może tak być, ale nie musi. Zawsze lepiej jest mieć opracowane, przemyślane alternatywy niż poddawać się biernie losowi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Przyszła emerytka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2018 15:44
  • środa, 03 października 2018
    • I po kuracji...

      Pobyt w sanatorium udany. Oczekiwania spełnione, obawy rozwiane. Miejsce pobytu urokliwe. Pobliski las sosnowy zachęcał do codziennych spacerów (a raczej w moim przypadku marszobiegów), na które w miejscu stałego zamieszkania wciąż nie mam czasu. I tu moje pierwsze zdziwienie. Pusto i głucho w tym lesie, żywego człowieka nie widać, zwłaszcza w godzinach, które dla mnie do spacerowania są najlepsze, czyli 7.00-8.00. Z tego powodu jako osoba dość strachliwa nie mogłam zagłębić się w las… musiałam zadowolić się jego częścią przylegającą do ulicy. Wokół lasu znajdują się cztery sanatoria, w każdym pewnie co najmniej 50-100 kuracjuszy. Jak to możliwe, że nikt z tej grupy nie wybiera się na poranny spacer? Najpierw myślałam, że to z powodu zbyt wczesnej pory. Ale po południu i wieczorem też niełatwo było spotkać w lesie jakiegoś kuracjusza. Może zabiegi w ciągu dnia są tak absorbujące? Nie wiem. Nie pytałam. Każdy ma prawo tak spędzać czas, jak mu pasuje.

      Za to od 15.00 w pobliskich kawiarenkach zaczynały się pląsy na wolnym powietrzu. Pogoda ku temu sprzyjająca, więc panowie i panie z wigorem ruszali w tan. Być może ta forma ruchu jest dla nich odpowiedniejsza od spacerów na leśnych ścieżkach. Sama z owych tanecznych przyjemności nie skorzystałam.

      Przedział wiekowy kuracjuszy oscylował wokół 60 i 70 plus. Sporo osób niepełnosprawnych, również na wózkach. W moim kameralnym sanatorium byłam najmłodsza i … chyba najsprawniejsza. Jako „wolny elektron” nie angażowałam się towarzysko więcej niż to było niezbędne przy wspólnych posiłkach czy zajęciach. Pozostały czas spędzałam aktywnie poza ośrodkiem.

      Posiłki były obfite, ale w przypadku mojego sanatorium za drogie. Brakowało mi tzw. bufetu szwedzkiego, zwłaszcza przy śniadaniach. Następnym razem zamierzam skorzystać z opcji nocleg plus śniadania. Przeszkadzały mi sztywne godziny posiłków: 9.00, 13.00, 18.00. Zrobienie sobie dłuższej wycieczki wiązałoby się ze stratą posiłku. W pierwszy dzień pobytu, który zaczynał się od kolacji, poszłam do restauracji, gdzie za dość niską cenę mogłam zjeść urozmaicony obiad (jesz ile chcesz) serwowany w formie bufetu szwedzkiego. Po śniadaniu o 9.00 jestem w stanie zadowolić się obiadokolacją ok. godz. 16.00, bo później posiłek nie jest mi już potrzebny.

      Z zabiegów jestem zadowolona, choć korzystałam z nich w ograniczonym zakresie, wybierając tylko to, czego nie mogę mieć w swoim miejscu zamieszkania. Po co mi masaż w sanatorium, skoro korzystam z tej przyjemności dość często w swoim mieście, gdzie mam do tego świetnego fachowca.

      Mój pobyt nie był „normalny”, tym bardziej, że trwał krótko, a turnusy z NFZ ciągną się 3 tygodnie, dlatego moje wrażenia są z pewnością mocno …zindywidualizowane. Jedno jest pewne, pomysł krótszego lub dłuższego resetu z dala od domu, zamierzam częściej realizować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „I po kuracji...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2018 15:37
  • piątek, 14 września 2018
    • Kuracjuszka

      Broniłam się przed tym długo, ale … w końcu nadszedł ten dzień. Jadę do sanatorium. Co prawda nie będzie to klasyczny pobyt, bo wyjazd jest komercyjny, dość krótki, a ewentualne zabiegi sama będę sobie ustalać. Jadę w celach wypoczynkowo-zdrowotnych, tylko i wyłącznie. Nie wiem, czy wytrzymałabym 3 tygodnie, a więc tyle, ile trwa turnus ze skierowaniem NFZ. Na moje typowe dla 50-tki dolegliwości wystarczy kilka dni ;-)

      Kiedy rozmawiałam z kolegą o sanatoryjnym życiu i zwyczajach dowiedziałam się rzeczy ... strasznych. Podobno kobiety stanowiące przytłaczającą większość kuracjuszy niemal „rzucają” się na nielicznych mężczyzn. Kolega jeździ w takie miejsca z żoną, pomimo to był narażony na zaczepki pań. Twierdzi, że w takim miejscu można się spotkać z różnymi dziwnymi zachowaniami. Kiedy stał w kolejce do zarejestrowania, tuż po przyjeździe, zaczęła go podrywać kobieta również w owej kolejce stojąca. Pani nie zniechęciła się nawet wtedy, gdy jej powiedział, ze nieopodal stoi żona. Potem obserwowali z żoną tę panią w czasie 3 tygodni pobytu i okazało się, że „prowadzała się” z kilkoma panami.

      Idąc tropem opinii kolegi wygooglałam teksty na ten temat, a wśród nich artykuł zamieszczony na stronach Gazety autorstwa Angeliki Swobody. Zainteresował mnie zarówno tekst, jak też mnóstwo zamieszczonych pod nim komentarzy, co świadczy o tym, że temat jest … gorący. Kilka zwierzeń niedawnych kuracjuszy zrobiło na mnie wrażenie. W komentarzach opinie są różne. Ludzie piszą, że generalnie w sanatorium jest nudno. Biega się od zabiegu do zabiegu, a o godz. 22 trzeba być grzecznie w łóżku. Tzw. fajfy cieszą się powodzeniem, bo są bardzo tanie. Ludzie zapominają w tańcu o problemach zdrowotnych, a przecież o to chodzi.

      Nie wiem, jak wygląda prawda, bo do tej pory byłam w miejscowościach sanatoryjnych przejazdem. Chętnie poczynię obserwację, aby wyrobić sobie na ten temat własny pogląd.

      *

      Artykuł w Gazecie jest dostępny na stronie: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,23758620,podteksty-seksualne-i-feromony-wirujace-w-powietrzu.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kuracjuszka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2018 15:42
  • piątek, 07 września 2018
    • Znajomości i przyjaźnie

      Każdy, kto korzysta z mediów społecznościowych, ma tam znajomych. Jedni mają ich mniej, drudzy więcej. Ja mam 150, więc niewielu, ale to tylko dlatego, że staram się, aby słowo „znajomy” oznaczało osobę, z którą chociaż raz się spotkałam, a nawet zamieniłam słowo. Poza tym moja aktywność na tego typu portalach jest niewielka, co nie służy poszerzaniu owego grona. Zatem po co w ogóle korzystam z Facebooka? Z ciekawości? Spojrzę od czasu do czasu, co nowego u moich znajomych się dzieje. Zamieszczają relacje, zdjęcia z wakacji, dzielą się poglądami, ale sama nie odczuwam potrzeby dzielenia się swoimi … sprawach. Gdyby ktoś z moich znajomych chciał wiedzieć, co u mnie, to chętnie mu poprzez Messengera odpowiem. Nie wpisałam też daty urodzin, bo nie chcę, aby powiadomieni o tym fakcie przez FB znajomi, zaczęli mi hurtem składać życzenia i przesyłać laurki. Jak ktoś pamięta, to pamięta, a jak nie, to też dobrze.

      Poza mediami społecznościowymi używamy słowa „znajomy” do różnych kategorii ludzi. Pani sprzedawczyni ze sklepu mięsnego może być znajomą, bo czasami zamienimy z nią kilka słów, wiemy, że ma dwójkę dzieci, męża pijaka etc. Znajomą może być też sąsiadka, która mieszka w tym samym bloku od lat 20 i którą mijamy co kilka dni, a nawet czasem do siebie dzwonimy i odwiedzamy się na krótkie pogaduszki.

      Najwięcej mamy znajomych z pracy. Współpracownicy, szefowie, pracownicy ochrony, kierowcy, z którymi stykamy się na co dzień i zawsze jakieś słowo się zagada. Koleżeństwo to już zupełnie inna relacja. Bliższa i często długoletnia. Mam koleżanki młodsze stażem i starsze. Gdybym zaczęła liczyć, to pewnie do 10 koleżanek i kolegów bym doszła. Tego typu relacje przechodzą różne fazy. Kiedy pracowałam z Kasią byłyśmy bliskimi koleżankami, a kiedy ona poszła do innej firmy, to i kontakty znacznie się rozluźniły, ale nadal uważamy się za koleżanki. Podobnie jest z Adamem, który był kolegą z pracy, a dziś jest głównie kolegą … wirtualnym, bo odległość ogranicza nam możliwość bezpośrednich kontaktów. Z jedną z koleżanek miałyśmy kiedyś bliskie kontakty, a potem nastąpiła kilkuletnia przerwa, bo jedna na drugą się obraziła za nie wiadomo co. Na szczęście obie zmądrzałyśmy i znów utrzymujemy kontakt. No właśnie, kluczowe słowo „kontakt” pozwala nam uznać, że koleżeństwo trwa. Ale jest to często relacja dość powierzchowna. Zwierzamy się, spotykamy, ale czy to wystarcza. Warto zadać sobie pytanie, do kogo bym zadzwoniła, gdybym miała jakiś poważny, życiowy problem? Do Kasi czy do Irenki, a może do Basi? Jedna ma dwójkę małych dzieci, więc pewnie zajęta. Druga wyjechała do USA niańczyć wnuki. Trzecia rzadko odbiera telefony, a i z oddzwanianiem ma problem. I w takich momentach pada pytanie o przyjaźń i przyjaciół. Określenia takie rezerwujemy na specjalne okazje.

      W dzisiejszych czasach prawdziwa przyjaźń to nie jest częste zjawisko. Kiedyś przyjaźnie trwały i trwały, niemal od dzieciństwa. Moi rodzice mieli przyjaciół od wczesnej młodości i byli sobie w tej przyjaźni wierni. A dzisiaj słowo „przyjaźń” zdewaluowało się.

      Przyjaciel nie musi być obok nas dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przyjaciel, to człowiek, do którego zadzwonimy za pięć czy dziesięć lat, a on będzie wiedział, kto do niego dzwoni i nie odmówi pomocy, czy choćby pogadania o różnych pierdołach czy pójścia na kawę.

      Dzisiaj ludzie mają mnóstwo znajomych, ale przyjaciół jak na lekarstwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Znajomości i przyjaźnie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 07 września 2018 16:01
  • piątek, 31 sierpnia 2018
    • Nie wchodzi się dwa razy...

      ...do tej samej rzeki. Przyszło mi to powiedzenie do głowy, kiedy znana mi osoba, powiedzmy Katarzyna, zdecydowała się spotkać ze swoją „starą miłością”, o czym nie omieszkała mnie poinformować. Przy okazji zaczęłam się zastanawiać, czy to znane powiedzenie właściwie interpretuję. Pobuszowałam w necie i okazało się, że popełniam dość typowy błąd. Nie chodzi bowiem o to, aby nie robić tego, co już raz się zrobiło, dla przykładu nie powinniśmy wiązać się z kimś, z kim już raz byliśmy związani. Chodzi raczej o to, że do tej samej rzeki da się wejść wiele razy, trzeba jednak pamiętać, że za każdym razem sytuacja towarzysząca kąpieli i sama woda będzie inna. Można by uznać, że powiedzenie o „wchodzeniu drugi raz do rzeki…” jest w tym kontekście bardzo zbliżone do fragmentu wiersza Wisławy Szymborskiej „nic dwa razy się nie zdarza…”

      W celu wzbogacenia wiedzy wspomnę jeszcze, że autorem tytułowego powiedzenia jest grecki filozof Heraklit z Efezu. Mędrzec uważał, że na świecie nie ma nic stałego. Wszystko przemija, zmienia się, płynie (panta rhei). „Niepodobna wstąpić dwukrotnie do tej samej rzeki" - pisał Heraklit myśląc o tym, że woda w rzece, do której weszliśmy po raz pierwszy dawno odpłynęła, a woda do której wejdziemy po raz drugi, jest już inną wodą. W polszczyźnie sentencja Heraklita została uproszczona do wersji "nie wchodzi się dwa razy do tej samej rzeki." Gdyby używano jej w pierwotnej formie, pewnie błędne zastosowanie nie zdarzałoby się tak często.

      Wracając do meritum, czyli newsa przekazanego mi przez Katarzynę. Mam do takich spotkań po latach z byłymi bliskimi sercu osobnikami sceptyczny stosunek, ale … która z nas czegoś takiego nie zrobiła, niech pierwsza rzuci kamieniem…. Jeśli takie spotkanie ma mieć cel czysto sentymentalny, tak jak „zjazd absolwentów”, to można zaryzykować. Jednak jeśli coś w naszym sercu jeszcze się tli, a jesteśmy wolni i spragnieni, to może lepiej nie odgrzewać starego kotleta, zwłaszcza, że zgodnie z tym, co stwierdził Heraklit, woda już inna, w zasadzie wszystko inne. Z drugiej strony ta inność sytuacji może być szansą, bo kiedy ludzie kiedyś od siebie odeszli, to może wtedy jeszcze do bycia razem nie dojrzeli, a teraz to już może się udać. Znam historię na potwierdzenie tej tezy. Mój kolega będący wówczas grubo po 30-tce spotkał na ulicy w wielkim mieście, całkiem przypadkiem, swoją byłą dziewczynę. Nie do uwierzenia, ale to prawda. Kiedyś coś spowodowało, że się rozstali, dziś nie pamiętam, co to było. Ten drugi raz wykorzystali na 100 procent. Mają dwójkę dzieci i stanowią fajną rodzinę.

      Pamiętam też z własnych doświadczeń „spotkanie po latach”. Miał na imię Sławek i chodziłam z nim pół roku podczas studiów. Kiedy się poznaliśmy, byliśmy świeżo po rozstaniach z poprzednimi partnerami. A kiedy się rozstaliśmy, każde z nas wróciło do poprzednika, czyli … weszliśmy drugi raz do tej samej rzeki? Obawiam się jednak, że woda w tej rzece w przypadku mojego eks niewiele się zmieniła. A jak było ze Sławkiem? Może podobnie, a może nie. Był w związku znacznie dłużej ode mnie, miał dwie córki. Kiedy nawiązaliśmy ponownie kontakt, oboje byliśmy po rozwodach. Nie pamiętam już, kto zrobił pierwszy krok, a może to był przypadek? Spotkaliśmy się na kawie, rozmowa zbytnio się nie kleiła, takie bla bla, zdawanie relacji z tego, co się w naszym życiu zmieniło. Czułam się dziwnie. On to, czy nie on? Nie poznawałam go, i wcale nie o wygląd tu chodziło. Ewidentnie, to była kompletnie inna woda w tej samej rzece.

      Nieco inne odczucia miałam spotykając się z eks małżonkiem, po ok. 5 latach od rozwodu. Coś urzędowego trzeba było załatwić, więc spotkać się musiałam. Słuchałam go, słuchałam i doszłam do wniosku, że on się nic nie zmienił, to ja się zmieniłam i to, co kiedyś postrzegałam u niego jako białe, dziś było czarne. To, czego kiedyś nie widziałam, dziś było widoczne na pierwszy rzut oka. Taka konstatacja wcale humoru nie poprawia, bo człowiek sobie uświadamia jak dużo czasu stracił na … iluzję.

      Zaczęłam od Katarzyny, więc i na jej historii skończę, bo jest ona jeszcze bardziej skomplikowana, a finału jeszcze nie znam. Otóż jej związek z panem, co to sobie przypomniał i chce się spotkać, był typowym romansem, ona wolna, on żonaty. Romans ukrywany przed otoczeniem, ale dość długi i namiętny. Przyszedł jednak taki dzień, kiedy bycie tą drugą zaczęło Katarzynie doskwierać, a pan żonaty nie chciał w swoim życiu nic zmieniać. Rozstali się. Minęło lat prawie … 15 i nagle pan dzwoni. Podobno próbował wcześniej się skontaktować, ale telefonu stacjonarnego nikt nie odbierał, a on tylko taki numer miał. W Katarzynie odżyły emocje z przeszłością z owym panem związane. Najbardziej nurtujące pytanie, jakie się po tak długiej przerwie nasuwa, brzmi, czy pan nadal ma żonę? Okazuje się, że ma i jest to ta sama kobieta, znaczy się wierny jest. Czy spotkanie z takim byłym ma sens, skoro już wtedy była to relacja toksyczna i jedynie taką może pozostać? Spotkać się tylko po to, aby zobaczyć, co się czuje po tylu latach? Spotkać się z powodu pustki i braku innych możliwości, bo Katarzyna nadal wolna?

      Sama miałabym poważne wątpliwości, bo o ile można spotkać się po latach z kimś, z kim rozstanie nastąpiło za … obopólną zgodą, a nawet jeśli nie, to przynajmniej w naszym wspomnieniach ta osoba jawi się w pozytywnym świetle, o tyle czym innym jest spotkanie z kimś, kto nie grał z nami fair, oszukiwał i po prostu … wykorzystał. Tak to widzę znając całą historię pobieżnie z opowieści Katarzyny. Ale ona widzi też rzeczy, które dla mnie kompletnie nie mają znaczenia, a więc jego inteligencję, błyskotliwość, czułość i temperament.

      Oczywiście może się okazać, że spotkanie Katarzyny z panem z przeszłości odbędzie się w atmosferze przyjacielskiej i bez większej ekscytacji z obu stron, a potem rozejdą się bez żalu. Ale może być też tak, że toksyczna relacja odżyje i zacznie się tlić i tlić, trwać i trwać przez wiele lat, bo wielkiego ognia to chyba już z tego nie będzie. To tak jak zapalić papierosa po kilku latach niepalenia. Te kilka machów papierosowego dymu powoduje, że w tym momencie znów stajemy się palaczami, bo nałogowcem zostaje się do końca życia. Mając na względzie taką analogie, lepiej nie ryzykować kontaktu z uzależniającą substancją (człowiekiem), aby nie wrócić do punktu wyjścia i nie obudzić się z przysłowiową …ręką w nocniku.

      Mówi się, że przysłowia są mądrością narodu, ale kiedy już zacznie się je interpretować to się może okazać, że każdy inaczej je rozumie. Dlatego skutki wejścia drugi raz do tej samej rzeki też są nie do przewidzenia ;-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Nie wchodzi się dwa razy...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 31 sierpnia 2018 13:10
  • piątek, 24 sierpnia 2018
    • To idzie młodość!

      Z młodymi ludźmi stykam się w pracy często, a ostatnio coraz częściej, bo nam się kadra nieco odmłodziła. Współpracuje mi się z młodymi różnie, najczęściej bez większych problemów, głównie dlatego, że jestem …młoda duchem i wyrozumiała. Pamiętam, jak kiedyś sama stawiałam pierwsze kroki w zawodzie i wiem, ile czasu potrzeba, aby się jako tako zorientować nie tylko w swoich obowiązkach, ale też w różnych niuansach ułatwiających pracę. Nauka wyniesiona ze studiów na niewiele się zda, potrzeba doświadczenia. Miałam problem z proszeniem o pomoc starszych stażem, próbowałam dawać sobie radę sama, co różnie się kończyło.

      Dzisiejsza młodzież o pomoc prosić potrafi, ale mam wątpliwości, czy ją docenia. Na niedawnym spotkaniu usłyszałam od swojej młodej współpracowniczki, że w jej słowniku nie ma słowa „niemożliwe”. No cóż, dużo entuzjazmu nie zawsze wystarcza. A może powinnam się tego od nich nauczyć? Czy w dzisiejszych czasach istnieje jeszcze relacja mistrz-uczeń? Kiedyś na zaistnienie takiej relacji była szansa, bo ludzie pracowali w jednej instytucji dość długo. Teraz pracodawcę zmienia się często. Nikt się szczególnie nie przywiązuje. Zatem kto ma uczyć młodszych „fachu”? Sama zmieniałam pracę tylko raz. Czy to dobrze czy źle? To kwestia indywidualna, jedni zmiany lubią, inni, tacy jak ja, cenią sobie „stały ląd”.

      Pamiętam, jak w poprzedniej pracy dostałam pod opiekę stażystę. Chłopak miał marzenia, które sięgały dalej niż to, co ja robiłam i czego ja mogłam go nauczyć. Jednak dzięki mnie zyskał tzw. kontakty w branży, które przydały mu się w dalszej drodze zawodowej. Nie przejawiał szczególnych zdolności w bliskiej mi dziedzinie, do której starałam się go przekonać, zainteresował się czymś pokrewnym i spełnił swoje marzenia. Podczas naszej współpracy wiele się w jego życiu zdarzyło. Spotkał miłość swojego życia, a ja tańczyłam na jego weselu. Teraz kontakt mamy sporadyczny, on ojciec dzieciom, zawodowo mocno zaangażowany, ale sentyment do tych czasów stażowania został, przynajmniej u mnie.

      W obecnej pracy nie mam okazji opiekować się stażystami, ale z młodymi ludźmi współpracuję często, a nawet kumpluje się z dwiema trzydziestkami. Młode mi się zwierzają, proszą o pomoc w dziedzinach, w których jestem lepsza. Doceniają pomoc, ale też próbują dawać sobie radę samodzielnie.

      Zdarzają się też przypadki nieciekawe. Tupet i pewność siebie widać i czuć na odległość. Nie zawsze mogę uniknąć kontaktów z takimi osobami, jednak dość szybko orientuję się z kim mam do czynienia i ograniczam relacje do niezbędnego minimum.

      Na moim zawodowym poletku w aktualnej pracy nie będzie kto przejąć pałeczki, kiedy odejdę na … zasłużoną emeryturę, na którą oczywiście wcale się nie wybieram, ale sami wiecie i rozumiecie, że nie wszystko od nas samych zależy. Nie sądzę, aby był problem z zastąpieniem mnie kimś innym, wolałabym jednak dostać taką osobę wcześniej na „wychowanie”, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu.

      W bliskim mi dziale pracuje kobieta, która już dawno osiągnęła wiek emerytalny, ale chęć do pracy nadal przejawia i jest dobra w tym, co robi, więc każde nowe kierownictwo dość szybko orientuje się w jej przydatności. Oczywiście plany rozdzielenia przynależnych do niej zadań były podejmowane, ale kończyły się fiaskiem. Każdy szef chce mieć pewność co do profesjonalizmu swojego personelu. Ostatecznie odpowiada za ich błędy. Nikt nie chce tracić czasu na poprawianie innych i przyuczanie ich. Kobieta „niezastąpiona” również tego nie chce, bo nie leży to w jej interesie. Skoro ma siły i zdrowie, a pracować lubi, dlaczego ma sobie wychować następcę, który obrośnie w piórka i zepchnie ją z zajmowanego stanowiska, bo o takich historiach nie raz się słyszało. Obserwuję tę sytuację z boku i jestem ciekawa dalszego ciągu, bo przecież kiedyś ze sceny zejść trzeba, a ktoś z młodych musi być rzucony na głęboką wodę.

      Będąc studentką trafiłam razem z kolegą na praktykę do renomowanej firmy. Pierwsze zebranie zespołu, rozdzielanie zadań i w pewnym momencie szef rzuca pomysł, że to ja mam „coś” zrobić. Ja? W życiu tego nie robiłam!! Nie dam rady! Nieśmiało proszę: to może razem z kolegą to zrobimy? Szef kiwa głową. Pojechaliśmy. Kolega dość szybko odnalazł się w temacie, w przeciwieństwie do mnie. Ja wciąż nie mogłam uwierzyć, jak można praktykantce dać tak odpowiedzialne zadanie. To był skok na głęboką wodę, ale w moim przekonaniu … do pustego basenu. Kolega inaczej na sprawę spojrzał i poradził sobie, dzięki tupetowi. Temat został załatwiony, szef nie narzekał. Ja praktykę skończyłam zgodnie z planem po miesiącu, kolega wkręcił się do jakiegoś zespołu i zaczął z nimi współpracę, już za pieniądze. A po studiach dostał tam pracę. No cóż, widocznie skok na głęboką wodę nie każdemu wychodzi, a niektórzy nawet nie chcą spróbować.

      Moje spojrzenie na ludzi młodych na zawodowej niwie jest z pewnością bardzo subiektywne. Każda firma ma swoją specyfikę, dużo zależy od kadry kierowniczej, jak postrzega relacje wiekowe w zespole, czy ceni doświadczenie starszych pracowników, czy woli energię i tupet młodych. Sztuką jest te dwa żywioły ze sobą połączyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 24 sierpnia 2018 17:52
  • piątek, 17 sierpnia 2018
    • Dobry zwyczaj - nie pożyczaj?

      Ten wierszyk słyszałam już w dzieciństwie i zawsze starałam się zwyczaju niepożyczania trzymać, aczkolwiek są w życiu sytuacje wyjątkowe i mnie też jedna taka się zdarzyła. Było to wtedy, gdy kupowałam mieszkanie i zabrakło mi ok. 20% jego ceny. O pożyczkę zwróciłam się do wujka, bo wiedziałam, że pieniądze ma i trzyma je w banku „na procent”. Zaproponowałam, że otrzyma ode mnie po roku pożyczoną kwotę wraz z odsetkami. Zgodził się, bo chciał mi pomóc, ale też nie chciał stracić. Pożyczkę wraz z odsetkami spłaciłam i jestem wujkowi za jego gest dozgonnie wdzięczna. Zapewne kredyt zaciągnięty na ten cel spłacałabym do dziś, ale o tym kilka zdań niżej…

      Mój przykład jest chyba wyjątkiem potwierdzającym regułę, aby pożyczek unikać. Dramatycznych historii, nie tylko rodzinnych, z pożyczką w tle jest całe mnóstwo, sama mogłabym przytoczyć kilka. Nie do rzadkości należą sytuacje, że pożyczka kończy znajomość, przyjaźń, miłość, etc. Znajoma osoba, która potrafiła intensywnie zabiegać o pożyczkę, raptem przestaje odbierać telefony.

      Moja koleżanka popełniła błąd zgadzając się udzielić pożyczki swojemu bliskiemu znajomemu i teraz ma kobieta problem. Minęły już wielokrotnie przekładane terminy, które miały być tymi ostatecznymi, a pieniądze nadal do niej nie wróciły i małe jest prawdopodobieństwo, aby kiedykolwiek wróciły. Kiedy ją pytam, co zamierza z tym fantem zrobić, rozkłada bezradnie ręce. Będzie musiała się ze stratą pogodzić. Twierdzi, że pożyczyła tylko tyle, ile jest w stanie ….stracić (pożyczkobiorca chciał znacznie więcej). Od razu uwzględniła ryzyko, gdyż zdawała sobie sprawę, że bliski znajomy jest w dołku finansowym, a szansy na wyjście z tego dołka są niemal zerowe. Analizując jej sytuację doszłyśmy do wniosku, że może same pieniądze nie są tu największym problemem, ale zmiana relacji, jaka nastąpiła pod wpływem owej pożyczki. Dotychczas kontakty były serdeczne, bliskie i dość częste. Od czasu pożyczki zostały one ograniczone i to koleżanka jest teraz stroną inicjującą rozmowy i spotkania ze znajomym. Niełatwo się domyślić, że temat pożyczki wraca jak bumerang i zatruwa tę relację skutecznie.

      Inną kategorią są pożyczki udzielane przez bank, czyli kredyty. Tutaj mamy z jednej strony człowieka z krwi i kości, a z drugiej bezwzględną instytucję nastawioną na zysk. Tutaj nie ma litości. Dzisiejszy świat na kredycie stoi, a większość moich młodszych znajomych z pracy mieszka w lokalach, które będą spłacać przez co najmniej 30 lat. Ja też mogłam zaciągnąć kredyt wtedy, kiedy kupowałam mieszkanie. Byłoby mnie stać i na większy metraż, i na lepszą lokalizację, choć akurat moja lokalizacja zła nie jest ;-) Jednak nie chciałam brać kredytu, po prostu nie chciałam mieć świadomości, że nadal nie mieszkam u siebie, że wciąż muszę spłacać dług. Może takie podejście wydawać się dziwne, bo dzisiaj ludzie nie przywiązują wagi do takich niuansów. Własność jest sprawą drugorzędną, można wynajmować i czuć się jak u siebie w domu. Nic nie mam przeciwko takiemu podejściu, ale sama chciałam czuć się właścicielką i już. Poza tym sporo własnych środków już miałam, a młodzi ludzie na dorobku wkładu własnego mają dziś niewiele.

      Pamiętam, kiedy już byłam „na swoim”, koleżanka poprosiła mnie o podżyrowanie kredytu. Choć miałam do niej zaufanie, to odmówiłam, choć źle się z tym potem czułam. Ona zresztą też odebrała to jako przejaw braku zaufania. Notabene kupowała komfortowe mieszkanie, dwa razy większe od dotychczasowego, co można byłoby uznać za fanaberię. Zresztą wolałabym pożyczyć jej jakąś kwotę, o ile bym ją miała (wtedy było z tym u mnie ciężko) niż dawać poręczenie kredytu. Kiedy pożyczamy, wiemy ile maksymalnie możemy stracić. W przypadku żyrowania odpowiadamy solidarnie z kredytobiorcą i w sytuacji, kiedy on nie może kredytu spłacać, wtedy musimy zrobić to za niego. Dzisiaj wszystko może wydawać się oczywiste, a perspektywa spłaty kredytu zapewniona, ale kto jest w stanie przewidzieć, co stanie się jutro. Ludzie tracą pracę, zdrowie, a nawet życie, a kredyty zostają. Banku nie interesuje, kto będzie spłacał, kiedy kredytobiorca nie może, biorą się za żyranta.

      Obejrzałam niedawno historię spłaty kredytu pokazaną mi przez kolegę z pracy. 10 lat temu wzięli z żoną 100 tys. zł na 30 lat. Dziś dług wynosi 80 tys. 10 lat spłacali głównie odsetki. Straszne. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo na kredytach kompletnie się nie znam. Jakie to szczęście, że nie musiałam z nich korzystać i oby tak zostało. Kolega nie sprawia wrażenia przejętego swoim zadłużeniem, a żeby było jeszcze weselej, zamierza wziąć kolejny kredyt, również na 30 lat. Byłam świadkiem jego rozmowy z konsultantem, z której wynikało, że drugi, jeszcze większy kwotowo kredyt, to żaden problem. A jeśli tak, to czemu chętni nie mieliby z takich możliwości korzystać?

      Żyje się tu i teraz – według tej zasady, po co martwić się tym, co będzie za lat 30, skoro nie wiadomo nawet, co będzie jutro. Ludzie tak myślą i tak żyją. Czy to źle czy dobrze? Zależy. Trudno się dziwić, że młody człowiek, zwłaszcza ten zakładający rodzinę, chce żyć na przyzwoitym poziomie, posiadać własne lokum, a nie mieszkać kątem u rodziców, czy wynajmować kawalerkę. W moim mieście wciąż powstają nowe osiedla, każdy metr ziemi jest wykorzystany, boom mieszkaniowy trwa. Banki zacierają ręce, bo wniosków kredytowych wciąż spływa dużo. Zyski rosną, ludzie są szczęśliwi.

      Takie mamy czasy. Z moim podejściem do pożyczania byłoby tak, że przez 20-30 lat odkładałabym pieniądze żyjąc skromnie, aby potem rozkoszować się świadomością własności „czterech ścian”. A młodzi ludzie dzisiaj nie chcą czekać, nie chcą żyć skromnie, chcą korzystać z możliwości, jakie daje im świat, chcą cieszyć się życiem. Czy można im się dziwić?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry zwyczaj - nie pożyczaj?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 17 sierpnia 2018 15:48
  • piątek, 10 sierpnia 2018
    • Smęcenie

      Jeszcze kilka notek temu pisałam o szklance do połowy pełnej, a teraz mam ochotę napisać, że moja szklanka od pewnego czasu jest wciąż w połowie pusta. Czy to tylko taki etap czy jakiś zwrot? Nie wiem, ale liczę na to, że wyjdę z takiego stanu oglądu świata, bo na dłuższą metę po prostu nie mogę sama ze sobą wytrzymać ;-)

      Kolega martwi się, że mało ostatnio do niego piszę, podejrzewa, że może czymś mnie uraził, a ja zwyczajnie nie chcę smęcić. To chyba dobre określenie na stan, kiedy nasze życie kręci się wokół spraw przyziemnych i niezbyt przyjemnych. Ktoś mądry powie, że trzeba sobie wtedy znaleźć coś przyjemniejszego i będzie miał rację, ale… czasami się nie da, albo to nie działa i już.

      Koleżanka mówi, żeby dokonać … wyparcia, czyli zepchnąć niemiłe rzeczy w czeluść podświadomości, czyli przestać o nich myśleć. Czy to jest dobra metoda? Chyba dość dziecinna i niezbyt skuteczna. Bywa że problemy, o których staramy się nie myśleć, wracają ze zdwojoną siłą.

      Racjonalne wyjście jest oczywiste. Problemy są po to, aby je rozwiązywać. Po kolei, metodycznie. A jeśli czegoś boimy się zrobić, to przeciąganie w czasie, a tym bardziej wypieranie niczego dobrego nie przyniesie. Trzeba działać według zasady: zrób to, czego boisz się, a lęk zniknie. Bardzo lubię takie mądre teksty, ale wstyd przyznać, nie zawsze się do nich stosuję. Bo jestem zwyczajnym człowiekiem, nie jakimś tytanem.

      Kiedy jest się osobą raczej sympatyczną, to ludzie lubią obarczać nas swoimi zmartwieniami. A ja chyba do „dobrych słuchaczy” należę i nawet jeśli chciałabym wspomnieć o swoich sprawach (posmęcić) zaprzyjaźnionym osobom, po prostu trudno się przebić. Smęcimy często najbliższym, najlepiej rodzinie, a oni smęcą nam. Dla wrażliwców ma to ten skutek, że zatruwamy w ten sposób życie tych, których kochamy, bo oni zaczynają się martwić o naszą kondycję, zarówno fizyczną jak i psychiczną. Kiedy przyzwyczai się ludzi do tego, że na swoich barkach dźwiga się wiele, to każdy chętnie dorzuci parę ciężarów, niestety.

      Koleżanka narzeka na inne koleżanki do mnie, zamiast powiedzieć im w oczy to, co ją wkurza czy irytuje. Nie lubię słuchać smęcenia, więc zdaję sobie sprawę, że sama w roli smęcącej też nie jestem… atrakcyjnym rozmówcą. Dlatego staram się nie smęcić, choć łatwo nie jest. Kiedy dopadnie nas kilka problemów na raz, trudno zebrać w kupę i tryskać humorem.

      Problemy mogą być większego i mniejszego kalibru, niektóre z nich mobilizują do działania, inne podcinają skrzydła, a najgorsze są takie problemy permanentne. Każdy z nas ma jakiś „temat”, choćby kogoś z bliskiego otoczenia, kto potrafi dopiec, a od kogo nie można się odciąć ( z różnych powodów). Czasem wystarczy jeden nieduży problem, aby „dopełnił dzieła” i spowodował popadnięcie w stan smęcenia. Mnie dobił ząb, który okazał się być do usunięcia i trzeba go będzie zastąpić w jakiś sposób (kosztowny), tym bardziej, że jest w miejscu dość widocznym. Nie tego się spodziewałam, bo rok temu mój dentysta go „uratował”, a teraz wyjechał na urlop i tzw. ekstrakcję mam przesuniętą w czasie. Ząb niby nie boli, ale odrobinkę ćmi, a może lepiej powiedzieć smęci, tak jak ja.

      Dobrze, że chociaż upał się kończy, dzięki temu odpadnie mi jeden powód do smęcenia.

      Osoby nie smęcące pozdrawiam, a ze smęcącymi łączę się w bólu i pozdrawiam jeszcze serdeczniej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2018 12:56
  • poniedziałek, 25 czerwca 2018
    • Orły bez skrzydeł

      Mistrzostwa świata w piłce nożnej z 1974 r. pamiętam bardzo dobrze, choć byłam jeszcze dzieckiem. Wyrwana ze snu w środku nocy jestem dziś w stanie podać wyniki wszystkich meczów „orłów Górskiego”. Pamiętam te ogromne emocje, zwłaszcza rozgrywany w strugach deszczu mecz z Niemcami, który miał ogromną dramaturgię i choć przegraliśmy 0:1 to jednak nasi chłopcy dali z siebie wszystko i utytłani w kałużach schodzili z boiska z podniesioną głową. Sama przepłakałam po tym meczu kilka dni i dopiero wygrana o III miejsce z Brazylią spowodowała, że łzy rozpaczy przerodziły się w łzy radości. chociaż jakiś niedosyt pozostał, bo takich okazji jak ta z 1974 r. w historii piłkarskich drużyn nie trafia się wiele. Waleczność naszych piłkarzy w tamtym okresie była niesamowita. Ambicja, odwaga i skuteczność ogromna. Tych cech zabrakło nam w mistrzostwach A.D. 2018.

      I jak dziś czytam o „orłach Nawałki” to mnie po prostu szlag trafia. Bo o żadnych porównaniach nie może być tu mowy. Reprezentacja Polski przegrała te mistrzostwa nie dlatego, że piłkarzom zabrakło umiejętności, zabrakło im tych wszystkich cech, jakie miały „orły Górskiego”, a więc ambicji, odwagi i woli walki. Nikt nie powie, że nasi piłkarze nie potrafią grać, bo to bzdura. Ich umiejętności doceniają zagraniczne kluby, a nawet FIFA (co za ironia) dała nam całkiem niedawno ósme miejsce w swoim rankingu. I co z tego, skoro ten nadmuchany balon został przekłuty i wyszło z niego takie nie wiadomo co… ot kawałek rozciągniętej gumy.

      Prawie z każdego billboardu patrzą na mnie od dłuższego czasu albo drużyna, albo Lewandowski, albo Nawałka, w niemal każdej reklamie występują piłkarze z trenerem włącznie, boję się nawet otworzyć lodówkę ze strachu, że wyskoczy z niej któryś z naszych wyżelowanych pięknisiów. Trudno się zatem dziwić, że w takiej sytuacji nasz apetyt na dobry wynik w Mistrzostwach znacznie się zaostrzył i spodziewaliśmy się zaciętych bojów o wynik. A okazało się, że bohaterowie tych wszystkich reklamowych spotów po prostu byli zmęczyli i mistrzostwa oddali bez walki. Być może szczyt ich możliwości przypadał na Euro 2016 i tej drużyny na więcej już nie stać, tylko na odcinanie kuponów z gasnącej sławy.

      Na piłce i na polityce znają się wszyscy. I niech mi nikt nie mówi, że my kobiety znamy się na piłce mniej, zwłaszcza, że nie tyle o znajomość techniki i reguł mi chodzi, raczej o postrzeganie tego widowiska sercem, a nie rozumem. I w tym jesteśmy najlepsze, bo doskonale czujemy, czy w drużynie jest „wola walki”, czy chłopaki mają serce do gry. A u naszych tego nie było. Niestety. Żal mi tych wszystkich, którzy zainwestowali czas i pieniądze, aby oglądać spotkania polskiej reprezentacji na żywo w Rosji, żal mi nawet tych, którzy sączyli piwo z rozpaczy w strefach kibica. Sama nie miałabym aż takiej determinacji i wystarcza mi przekaz telewizyjny. Oglądam mecze innych reprezentacji na tych mistrzostwach i większość z nich śledzę z wypiekami na twarzy, bo piłka grana z ambicją i determinacją, potrafi dostarczyć niesamowitych wrażeń. Nie jestem ślepa, aby nie dostrzec dobrej techniki, umiejętności przewidywania, zgrania zespołów, siły i odwagi, a więc tego wszystkiego, co składa się na styl gry. Bo można przegrać, ale schodzić z boiska z podniesioną głową, bo przegrało się po walce. To, co zaprezentowali nasi chłopcy walką nie było.

      Żal.

      Meczu o "pietruszkę" z Japonią oglądać nie będę. Nawet jeśli w naszych chłopakach coś się wtedy obudzi, ja już wiarę w nich straciłam, choć wiary w piłkę nie stracę nigdy, jak też wiary w to, że może kiedyś „orły Górskiego” znajdą godnych naśladowców, a nasza reprezentacja znów dostarczy mi niezapomnianych wrażeń. Takich jak … 44 lata temu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Orły bez skrzydeł”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2018 12:15

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa