Druga połówka życia...

...nie musi być gorsza od pierwszej.

Wpisy

  • piątek, 17 sierpnia 2018
    • Dobry zwyczaj - nie pożyczaj?

      Ten wierszyk słyszałam już w dzieciństwie i zawsze starałam się zwyczaju niepożyczania trzymać, aczkolwiek są w życiu sytuacje wyjątkowe i mnie też jedna taka się zdarzyła. Było to wtedy, gdy kupowałam mieszkanie i zabrakło mi ok. 20% jego ceny. O pożyczkę zwróciłam się do wujka, bo wiedziałam, że pieniądze ma i trzyma je w banku „na procent”. Zaproponowałam, że otrzyma ode mnie po roku pożyczoną kwotę wraz z odsetkami. Zgodził się, bo chciał mi pomóc, ale też nie chciał stracić. Pożyczkę wraz z odsetkami spłaciłam i jestem wujkowi za jego gest dozgonnie wdzięczna. Zapewne kredyt zaciągnięty na ten cel spłacałabym do dziś, ale o tym kilka zdań niżej…

      Mój przykład jest chyba wyjątkiem potwierdzającym regułę, aby pożyczek unikać. Dramatycznych historii, nie tylko rodzinnych, z pożyczką w tle jest całe mnóstwo, sama mogłabym przytoczyć kilka. Nie do rzadkości należą sytuacje, że pożyczka kończy znajomość, przyjaźń, miłość, etc. Znajoma osoba, która potrafiła intensywnie zabiegać o pożyczkę, raptem przestaje odbierać telefony.

      Moja koleżanka popełniła błąd zgadzając się udzielić pożyczki swojemu bliskiemu znajomemu i teraz ma kobieta problem. Minęły już wielokrotnie przekładane terminy, które miały być tymi ostatecznymi, a pieniądze nadal do niej nie wróciły i małe jest prawdopodobieństwo, aby kiedykolwiek wróciły. Kiedy ją pytam, co zamierza z tym fantem zrobić, rozkłada bezradnie ręce. Będzie musiała się ze stratą pogodzić. Twierdzi, że pożyczyła tylko tyle, ile jest w stanie ….stracić (pożyczkobiorca chciał znacznie więcej). Od razu uwzględniła ryzyko, gdyż zdawała sobie sprawę, że bliski znajomy jest w dołku finansowym, a szansy na wyjście z tego dołka są niemal zerowe. Analizując jej sytuację doszłyśmy do wniosku, że może same pieniądze nie są tu największym problemem, ale zmiana relacji, jaka nastąpiła pod wpływem owej pożyczki. Dotychczas kontakty były serdeczne, bliskie i dość częste. Od czasu pożyczki zostały one ograniczone i to koleżanka jest teraz stroną inicjującą rozmowy i spotkania ze znajomym. Niełatwo się domyślić, że temat pożyczki wraca jak bumerang i zatruwa tę relację skutecznie.

      Inną kategorią są pożyczki udzielane przez bank, czyli kredyty. Tutaj mamy z jednej strony człowieka z krwi i kości, a z drugiej bezwzględną instytucję nastawioną na zysk. Tutaj nie ma litości. Dzisiejszy świat na kredycie stoi, a większość moich młodszych znajomych z pracy mieszka w lokalach, które będą spłacać przez co najmniej 30 lat. Ja też mogłam zaciągnąć kredyt wtedy, kiedy kupowałam mieszkanie. Byłoby mnie stać i na większy metraż, i na lepszą lokalizację, choć akurat moja lokalizacja zła nie jest ;-) Jednak nie chciałam brać kredytu, po prostu nie chciałam mieć świadomości, że nadal nie mieszkam u siebie, że wciąż muszę spłacać dług. Może takie podejście wydawać się dziwne, bo dzisiaj ludzie nie przywiązują wagi do takich niuansów. Własność jest sprawą drugorzędną, można wynajmować i czuć się jak u siebie w domu. Nic nie mam przeciwko takiemu podejściu, ale sama chciałam czuć się właścicielką i już. Poza tym sporo własnych środków już miałam, a młodzi ludzie na dorobku wkładu własnego mają dziś niewiele.

      Pamiętam, kiedy już byłam „na swoim”, koleżanka poprosiła mnie o podżyrowanie kredytu. Choć miałam do niej zaufanie, to odmówiłam, choć źle się z tym potem czułam. Ona zresztą też odebrała to jako przejaw braku zaufania. Notabene kupowała komfortowe mieszkanie, dwa razy większe od dotychczasowego, co można byłoby uznać za fanaberię. Zresztą wolałabym pożyczyć jej jakąś kwotę, o ile bym ją miała (wtedy było z tym u mnie ciężko) niż dawać poręczenie kredytu. Kiedy pożyczamy, wiemy ile maksymalnie możemy stracić. W przypadku żyrowania odpowiadamy solidarnie z kredytobiorcą i w sytuacji, kiedy on nie może kredytu spłacać, wtedy musimy zrobić to za niego. Dzisiaj wszystko może wydawać się oczywiste, a perspektywa spłaty kredytu zapewniona, ale kto jest w stanie przewidzieć, co stanie się jutro. Ludzie tracą pracę, zdrowie, a nawet życie, a kredyty zostają. Banku nie interesuje, kto będzie spłacał, kiedy kredytobiorca nie może, biorą się za żyranta.

      Obejrzałam niedawno historię spłaty kredytu pokazaną mi przez kolegę z pracy. 10 lat temu wzięli z żoną 100 tys. zł na 30 lat. Dziś dług wynosi 80 tys. 10 lat spłacali głównie odsetki. Straszne. Nie chcę wchodzić w szczegóły, bo na kredytach kompletnie się nie znam. Jakie to szczęście, że nie musiałam z nich korzystać i oby tak zostało. Kolega nie sprawia wrażenia przejętego swoim zadłużeniem, a żeby było jeszcze weselej, zamierza wziąć kolejny kredyt, również na 30 lat. Byłam świadkiem jego rozmowy z konsultantem, z której wynikało, że drugi, jeszcze większy kwotowo kredyt, to żaden problem. A jeśli tak, to czemu chętni nie mieliby z takich możliwości korzystać?

      Żyje się tu i teraz – według tej zasady, po co martwić się tym, co będzie za lat 30, skoro nie wiadomo nawet, co będzie jutro. Ludzie tak myślą i tak żyją. Czy to źle czy dobrze? Zależy. Trudno się dziwić, że młody człowiek, zwłaszcza ten zakładający rodzinę, chce żyć na przyzwoitym poziomie, posiadać własne lokum, a nie mieszkać kątem u rodziców, czy wynajmować kawalerkę. W moim mieście wciąż powstają nowe osiedla, każdy metr ziemi jest wykorzystany, boom mieszkaniowy trwa. Banki zacierają ręce, bo wniosków kredytowych wciąż spływa dużo. Zyski rosną, ludzie są szczęśliwi.

      Takie mamy czasy. Z moim podejściem do pożyczania byłoby tak, że przez 20-30 lat odkładałabym pieniądze żyjąc skromnie, aby potem rozkoszować się świadomością własności „czterech ścian”. A młodzi ludzie dzisiaj nie chcą czekać, nie chcą żyć skromnie, chcą korzystać z możliwości, jakie daje im świat, chcą cieszyć się życiem. Czy można im się dziwić?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Dobry zwyczaj - nie pożyczaj?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 17 sierpnia 2018 15:48
  • piątek, 10 sierpnia 2018
    • Smęcenie

      Jeszcze kilka notek temu pisałam o szklance do połowy pełnej, a teraz mam ochotę napisać, że moja szklanka od pewnego czasu jest wciąż w połowie pusta. Czy to tylko taki etap czy jakiś zwrot? Nie wiem, ale liczę na to, że wyjdę z takiego stanu oglądu świata, bo na dłuższą metę po prostu nie mogę sama ze sobą wytrzymać ;-)

      Kolega martwi się, że mało ostatnio do niego piszę, podejrzewa, że może czymś mnie uraził, a ja zwyczajnie nie chcę smęcić. To chyba dobre określenie na stan, kiedy nasze życie kręci się wokół spraw przyziemnych i niezbyt przyjemnych. Ktoś mądry powie, że trzeba sobie wtedy znaleźć coś przyjemniejszego i będzie miał rację, ale… czasami się nie da, albo to nie działa i już.

      Koleżanka mówi, żeby dokonać … wyparcia, czyli zepchnąć niemiłe rzeczy w czeluść podświadomości, czyli przestać o nich myśleć. Czy to jest dobra metoda? Chyba dość dziecinna i niezbyt skuteczna. Bywa że problemy, o których staramy się nie myśleć, wracają ze zdwojoną siłą.

      Racjonalne wyjście jest oczywiste. Problemy są po to, aby je rozwiązywać. Po kolei, metodycznie. A jeśli czegoś boimy się zrobić, to przeciąganie w czasie, a tym bardziej wypieranie niczego dobrego nie przyniesie. Trzeba działać według zasady: zrób to, czego boisz się, a lęk zniknie. Bardzo lubię takie mądre teksty, ale wstyd przyznać, nie zawsze się do nich stosuję. Bo jestem zwyczajnym człowiekiem, nie jakimś tytanem.

      Kiedy jest się osobą raczej sympatyczną, to ludzie lubią obarczać nas swoimi zmartwieniami. A ja chyba do „dobrych słuchaczy” należę i nawet jeśli chciałabym wspomnieć o swoich sprawach (posmęcić) zaprzyjaźnionym osobom, po prostu trudno się przebić. Smęcimy często najbliższym, najlepiej rodzinie, a oni smęcą nam. Dla wrażliwców ma to ten skutek, że zatruwamy w ten sposób życie tych, których kochamy, bo oni zaczynają się martwić o naszą kondycję, zarówno fizyczną jak i psychiczną. Kiedy przyzwyczai się ludzi do tego, że na swoich barkach dźwiga się wiele, to każdy chętnie dorzuci parę ciężarów, niestety.

      Koleżanka narzeka na inne koleżanki do mnie, zamiast powiedzieć im w oczy to, co ją wkurza czy irytuje. Nie lubię słuchać smęcenia, więc zdaję sobie sprawę, że sama w roli smęcącej też nie jestem… atrakcyjnym rozmówcą. Dlatego staram się nie smęcić, choć łatwo nie jest. Kiedy dopadnie nas kilka problemów na raz, trudno zebrać w kupę i tryskać humorem.

      Problemy mogą być większego i mniejszego kalibru, niektóre z nich mobilizują do działania, inne podcinają skrzydła, a najgorsze są takie problemy permanentne. Każdy z nas ma jakiś „temat”, choćby kogoś z bliskiego otoczenia, kto potrafi dopiec, a od kogo nie można się odciąć ( z różnych powodów). Czasem wystarczy jeden nieduży problem, aby „dopełnił dzieła” i spowodował popadnięcie w stan smęcenia. Mnie dobił ząb, który okazał się być do usunięcia i trzeba go będzie zastąpić w jakiś sposób (kosztowny), tym bardziej, że jest w miejscu dość widocznym. Nie tego się spodziewałam, bo rok temu mój dentysta go „uratował”, a teraz wyjechał na urlop i tzw. ekstrakcję mam przesuniętą w czasie. Ząb niby nie boli, ale odrobinkę ćmi, a może lepiej powiedzieć smęci, tak jak ja.

      Dobrze, że chociaż upał się kończy, dzięki temu odpadnie mi jeden powód do smęcenia.

      Osoby nie smęcące pozdrawiam, a ze smęcącymi łączę się w bólu i pozdrawiam jeszcze serdeczniej.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 10 sierpnia 2018 12:56
  • poniedziałek, 25 czerwca 2018
    • Orły bez skrzydeł

      Mistrzostwa świata w piłce nożnej z 1974 r. pamiętam bardzo dobrze, choć byłam jeszcze dzieckiem. Wyrwana ze snu w środku nocy jestem dziś w stanie podać wyniki wszystkich meczów „orłów Górskiego”. Pamiętam te ogromne emocje, zwłaszcza rozgrywany w strugach deszczu mecz z Niemcami, który miał ogromną dramaturgię i choć przegraliśmy 0:1 to jednak nasi chłopcy dali z siebie wszystko i utytłani w kałużach schodzili z boiska z podniesioną głową. Sama przepłakałam po tym meczu kilka dni i dopiero wygrana o III miejsce z Brazylią spowodowała, że łzy rozpaczy przerodziły się w łzy radości. chociaż jakiś niedosyt pozostał, bo takich okazji jak ta z 1974 r. w historii piłkarskich drużyn nie trafia się wiele. Waleczność naszych piłkarzy w tamtym okresie była niesamowita. Ambicja, odwaga i skuteczność ogromna. Tych cech zabrakło nam w mistrzostwach A.D. 2018.

      I jak dziś czytam o „orłach Nawałki” to mnie po prostu szlag trafia. Bo o żadnych porównaniach nie może być tu mowy. Reprezentacja Polski przegrała te mistrzostwa nie dlatego, że piłkarzom zabrakło umiejętności, zabrakło im tych wszystkich cech, jakie miały „orły Górskiego”, a więc ambicji, odwagi i woli walki. Nikt nie powie, że nasi piłkarze nie potrafią grać, bo to bzdura. Ich umiejętności doceniają zagraniczne kluby, a nawet FIFA (co za ironia) dała nam całkiem niedawno ósme miejsce w swoim rankingu. I co z tego, skoro ten nadmuchany balon został przekłuty i wyszło z niego takie nie wiadomo co… ot kawałek rozciągniętej gumy.

      Prawie z każdego billboardu patrzą na mnie od dłuższego czasu albo drużyna, albo Lewandowski, albo Nawałka, w niemal każdej reklamie występują piłkarze z trenerem włącznie, boję się nawet otworzyć lodówkę ze strachu, że wyskoczy z niej któryś z naszych wyżelowanych pięknisiów. Trudno się zatem dziwić, że w takiej sytuacji nasz apetyt na dobry wynik w Mistrzostwach znacznie się zaostrzył i spodziewaliśmy się zaciętych bojów o wynik. A okazało się, że bohaterowie tych wszystkich reklamowych spotów po prostu byli zmęczyli i mistrzostwa oddali bez walki. Być może szczyt ich możliwości przypadał na Euro 2016 i tej drużyny na więcej już nie stać, tylko na odcinanie kuponów z gasnącej sławy.

      Na piłce i na polityce znają się wszyscy. I niech mi nikt nie mówi, że my kobiety znamy się na piłce mniej, zwłaszcza, że nie tyle o znajomość techniki i reguł mi chodzi, raczej o postrzeganie tego widowiska sercem, a nie rozumem. I w tym jesteśmy najlepsze, bo doskonale czujemy, czy w drużynie jest „wola walki”, czy chłopaki mają serce do gry. A u naszych tego nie było. Niestety. Żal mi tych wszystkich, którzy zainwestowali czas i pieniądze, aby oglądać spotkania polskiej reprezentacji na żywo w Rosji, żal mi nawet tych, którzy sączyli piwo z rozpaczy w strefach kibica. Sama nie miałabym aż takiej determinacji i wystarcza mi przekaz telewizyjny. Oglądam mecze innych reprezentacji na tych mistrzostwach i większość z nich śledzę z wypiekami na twarzy, bo piłka grana z ambicją i determinacją, potrafi dostarczyć niesamowitych wrażeń. Nie jestem ślepa, aby nie dostrzec dobrej techniki, umiejętności przewidywania, zgrania zespołów, siły i odwagi, a więc tego wszystkiego, co składa się na styl gry. Bo można przegrać, ale schodzić z boiska z podniesioną głową, bo przegrało się po walce. To, co zaprezentowali nasi chłopcy walką nie było.

      Żal.

      Meczu o "pietruszkę" z Japonią oglądać nie będę. Nawet jeśli w naszych chłopakach coś się wtedy obudzi, ja już wiarę w nich straciłam, choć wiary w piłkę nie stracę nigdy, jak też wiary w to, że może kiedyś „orły Górskiego” znajdą godnych naśladowców, a nasza reprezentacja znów dostarczy mi niezapomnianych wrażeń. Takich jak … 44 lata temu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Orły bez skrzydeł”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 25 czerwca 2018 12:15
  • środa, 30 maja 2018
    • Kto czyta, ten błądzi...

      Czy zdarzyło się Wam kiedykolwiek sięgnąć po książkę, dzieło literackie, bestseller, o którym słyszeliście same pozytywne opinie, który otrzymał mnóstwo nagród, włącznie z Noblem w dziedzinie literatury, a Was po prostu taka książka rozczarowała i musieliście ją odłożyć? Mnie się zdarzyło i zdarza. Czy dlatego, że po takich zachwalanych książkach dużo więcej się spodziewam? Niekoniecznie. A może dlatego, że moja percepcja nie jest wysokich lotów, a gust czytelniczy niezbyt wysublimowany? Może.

      Podobno Polacy mało czytają, co potwierdzają wyniki badań. Wbrew tym niechlubnym statystykom, sama czytam dużo, intensywnie i namiętnie, a podobny „głód” czytania dostrzegam u bliższych lub dalszych znajomych, o blogerach nie wspominając. Nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, abym nie przeczytała chociaż kilku stron książki dziennie, tym bardziej, że korzystając z e-czytnika, mam to zadanie ułatwione. Niemal każdą wolną chwilę poświęcam czytaniu, w autobusie, u fryzjera, w przychodni, wszędzie tam, gdzie trzeba poczekać, a nie lubię czekać … bezczynnie.

      Ostatnio nie mam szczęścia do lektur, co jest bardzo frustrujące. Czytany aktualnie „Macbeth”, głównie z powodu miłości do autora, nie porwał mnie, ale przeczytam do końca. Podobnie mam z książkami mistrza thrillera, Harlana Cobena. Czytam, ale bez większego entuzjazmu. Zdarza mi się nierzadko odłożyć książkę, najczęściej po kilkudziesięciu stronach, ale bywa też, że daję książce szansę licząc, że może jakimś cudem „wciągnę się” w jej treść i bywa, że dochodzę do połowy, a potem rezygnuję. Szkoda czasu na coś, co jest dla mnie zwyczajnie nudne, nie wnosi żadnej wartości do mojego czytelniczego życia.

      Często rozczarowujące okazują się dla mnie książki określane mianem bestsellerów. Wydawałoby się, że pozycja przyciągająca tysiące (miliony) czytelników, musi mieć w sobie coś, czego ja (chyba) nie dostrzegam. Tak było np. z „Pępowiną” Majgull Axelsson. Dałam tej książce szansę dochodząc do setnej strony i czekając na jakikolwiek impuls, który zachęcałby mnie do dalszej lektury. Rozczarowałam się, pomimo tylu przeczytanych wcześniej dobrych recenzji na temat tej książki. Podobne doświadczenia miałam z młodym, zdolnym i bardzo płodnym autorem kryminałów, Remigiuszem Mrozem. Po przeczytaniu jego (chyba) pierwszej książki „Kasacja”, postanowiłam nie sięgać po kolejne. Tak samo miałam z Katarzyną Bondą, chociaż jej chyba dam jeszcze kiedyś szansę. Dla mnie książka, bez względu na gatunek, musi mieć to „coś” i trudno mi lapidarnie określić, co pod tym słowem rozumiem, dotyczy to i treści, i stylu, i tempa, i sensu (przesłania). Nawet kryminał, a więc pozycja czytana z założenia dla relaksu, może do mnie trafiać lub nie, może mi się czytać dobrze lub fatalnie.

      O gustach się nie dyskutuje. Bywa jednak tak, że gusta czytelnicze innych mają wpływ na nasze własne wybory. Jeśli w rankingu najwyżej ocenianych książek znajduje się pozycja X, to mniemam, że w najgorszym wypadku przynajmniej ją przeczytam. Nic bardziej mylącego. Przeglądając opinie na temat książek na specjalistycznych portalach, można trafić na opinie diametralnie różne. Jedni pieją z zachwytu, inni nie zostawiają suchej nitki. Którą opinią się kierować? Najlepiej wyrobić sobie własne zdanie. Ale w sytuacji, kiedy książka kosztuje dziś nie mniej niż 39,99 zł, wskazana byłaby w tej kwestii rozwaga. Gdyby nie możliwość czytania e-booków, już dawno bym zbankrutowała. Raz w roku robię porządki w biblioteczce i za każdym razem odkładam książki „do oddania”. Niektórych nie pozbędę się nigdy, bo wiem, że będę do nich wracać. Dobra książka to taka, która za każdym kolejnym czytaniem dostarcza nowych wrażeń i składnia do innych refleksji. Tak miałam niedawno po przeczytaniu po raz trzeci „Lalki”.

      Kwestia, czym się kierować w wyborze kolejnej książki jest dla mnie, jako osoby czytającej nałogowo, szalenie ważna. Kiedy nie mam „zapasu” odczuwam wyraźny niepokój. Muszę mieć przynajmniej jedną książkę czekającą w kolejce. Mój kolega czyta to, co wcześniej przeczytała jego żona, a bywa też, że sugeruje się moimi podpowiedziami. Koleżanka korzysta z publicznej wypożyczalni i kiedy nie ma w niej książki, którą ktoś jej polecił, albo pyta pracującą tam panią albo po prostu bierze z półki … pierwszą lepszą pozycję. Sama czytam zachęcona recenzjami, z klasyki sięgam po to, co polecają niektóre rankingi, np. 100 najlepszych powieści według „The New York Timesa”. Przejrzałam wiele blogów o książkach, udało mi się znaleźć na wielu z nich jakieś podpowiedzi, ale bardzo często były one nietrafione, więc i ten sposób zarzuciłam.

      Książek jest teraz całe mnóstwo, tych nowych dopiero co wydanych i tych starych po raz n-ty wznawianych. Książka to przecież towar. Ma kusić i przyciągać. Reklamy zachęcają do zakupu. Wybór ogromny. Ale im większy wybór to i większy dylemat, co wybrać i czym w tym wyborze się kierować. Wolę delektować się jedną dobrą i dla mnie wartościową pozycją, niż połykać bestsellerową sieczkę. Problem w tym, że zanim trafi się na jakąś wartościową (w naszym mniemaniu), trochę sieczki trzeba zjeść.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kto czyta, ten błądzi...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 30 maja 2018 15:44
  • piątek, 18 maja 2018
    • Kobieta nierdzewna

      Kobiety mają do wieku stosunek różny, w zależności od wieku. Młodsze sobie dodają, aby zyskać na dorosłości, starsze odejmują, aby uszczknąć coś jeszcze z młodości. Jedne chciałyby swój wiek ukryć, choć nie zawsze się da, bo najczęściej jest on wypisany na twarzy, inne natomiast podchodzą do tematu wieku realistycznie i … pogodnie, czyli są z nim pogodzone. Sama należę do tej drugiej kategorii, choć wcześniej zdarzało mi się odrobinę oszukiwać, ale tylko płeć brzydką ;-)

      Kobiety w wieku 50+ to mój … target, więc z przyjemnością i zainteresowaniem przyglądam się swoim rówieśniczkom, zwłaszcza tym, które mogą mnie zainspirować do czegoś pozytywnego. Kiedy trafiłam na wywiad z Elą Hübner, autorką bloga „Fajna baba nie rdzewieje” (http://fajna-baba-nie-rdzewieje.pl) pomyślałam, że to coś dla mnie. Nie sposób nie zgodzić się z zawartymi w tym wywiadzie opiniami, że kobiety powinny znać swoją wartość, żyć aktywnie i mieć w nosie to, co myślą i mówią na ich temat inni. Faktem jest, że wiele pięćdziesiątek jest pełnych energii i wiary w siebie, znajdują czas na robienie rzeczy, których wcześniej nie udało im się zrobić, mogą skupić się na sobie, wskoczyć w czerwoną sukienkę i pomalować usta na czerwono. Sama lubię zwłaszcza to ostatnie.

      Podstawową zasadą Eli jest to, że nie ukrywa swojego wieku, jest z niego dumna i zadowolona z tego, kim jest i jaka jest. Owszem ciało się zmienia, ale mamy czas na akceptowanie tych zmian, przyzwyczajanie się do nich. Nie warto się łudzić. Młodsze się nie staniemy, a usilne próby odmładzania się mogą przynieść skutki przeciwne do zamierzonych. Najważniejszym czynnikiem odmładzającym jest uśmiech, energia i życzliwość. A są to dobra ogólnodostępne i darmowe.

      Spotkałam niedawno panią w wieku nobliwym w miejscu nieciekawym, a mianowicie w szpitalu, gdzie miałyśmy okazję spędzić w swoim towarzystwie kilka godzin. Od samego początku poczułam do niej sympatię, uśmiechnięta, życzliwa, ciepła. Zwłaszcza ten uśmiech rozświetlający jej twarz powodował, że wiek 80 lat wydawał się jakąś abstrakcją. A okazuje się, że życie wcale jej nie rozpieszczało. Niedawno pożegnała męża, wspaniałego człowieka, z którym spędziła ponad pół wieku i którym opiekowała się w ciężkiej chorobie przez ostatnie lata. Pomyślałam, że chyba nie ma rzeczy, która mogłaby ją wyprowadzić z równowagi. Zapytałam, skąd ten wewnętrzny spokój, dystans i pogoda ducha? Stwierdziła, że kiedyś taka nie była, że wraz z wiekiem nauczyła się cierpliwości i wewnętrznego spokoju.

      Coś w tym jest. W drugiej połówce życia już niczego nie musimy udowadniać, nie musimy już gonić za karierą czy nowym partnerem. Możemy skupić się na rzeczach naprawdę ważnych, np. na relacjach z bliskimi czy realizacji planów, na które kiedyś nie było czasu. Nigdy nie jest się „za starym” na spełnianie marzeń, tych z kategorii mniej lub bardziej realistycznych. I nie chodzi nawet o to, aby je spełnić, ale aby przynajmniej spróbować. Ela, która nie rdzewieje, podaje przykłady 75-letniej pani po wylewie ćwiczącej jogę i 69-latki, która pojechała na obóz rockowy, aby nauczyć się grać na perkusji. Są jednak panie, które uważają, że po 50-tce ich życie już minęło, dlatego koncentrują się na prowadzeniu domu, pomocy w wychowaniu wnuków, a zapominają o tym, aby zrobić coś dla siebie, a nawet nie za bardzo wiedzą, co mogłyby dla siebie zrobić, bo wciąż zajmują się innymi.

      My, 50-latki mamy do przeżycia, jak dobrze pójdzie, co najmniej 20-30 lat. Ten czas można wykorzystać na to, aby czegoś nowego się nauczyć albo coś nowego przeżyć. Każdego dnia mamy na to szansę. Wystarczy być otwartym na nowe i nie rozpamiętywać przeszłości, której już nie damy rady zmienić. Dlatego nie odkładajmy życia na jutro, bo jutro może zwyczajnie nie nadejść.

      *

      Na blogu: http://fajna-baba-nie-rdzewieje.pl/ można znaleźć wiele rad i pomysłów na życie po 50-tce. W zakładce „Klub nierdzewnych” trafiłam na świetny przykład integrowania się dojrzałych kobiet z podwarszawskiego Józefowa, które poznały się przy okazji programu PRO Kobieta 50+, ale teraz realizują własne pomysły. Godny naśladowania wzór, szkoda tylko, że takich przykładów jest tak niewiele. A przecież w towarzystwie lepiej się ćwiczy, chodzi, ogląda, śpiewa czy tańczy. Szkoda, że Ela - autorka bloga nie podjęła się takiej integracyjnej działalności. Kiedy widzę samotnie biegające czy chodzące z kijkami kobiety zastanawiam się, czy one chcą same to robić, czy po prostu nie mają z kim. Ja obstawiam to drugie. Szkoda. Może jak sama przejdę na emeryturę spróbuję założyć klub nierdzewnych w mojej okolicy?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Kobieta nierdzewna”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 18 maja 2018 15:52
  • piątek, 11 maja 2018
    • Cisza

      Czas biegnie nieubłaganie, wciąż go brakuje, a ten, który jest nie zawsze dobrze wykorzystujemy. Ci, którzy pracują narzekają na nawał zajęć, a ci, którzy już odpoczywają na emeryturze, narzekają na … wszystko. Tęsknimy za czymś, czego akurat nie możemy mieć, a kiedy już to osiągamy, tęsknimy za czymś innym. Czy można być zadowolonym ze swojego status quo i żyć sobie „tu i teraz” nie stresując się niepewną przyszłością? Taka postawa byłaby wskazana, ale nie znam zbyt wielu osób, które to potrafią. Każdy za czymś goni, jedni za prozą życia, a inni za marzeniami.

      Czy wraz z wiekiem problemów przybywa, czy ubywa? Niełatwo to zważyć. Może jest ich tyle samo, ale po prostu są inne. Kiedyś dużo się działo, odkrywało się świat i poznawało ludzi z młodzieńczą naiwnością, która pozwalała wierzyć, że nasze życie kiedyś zmieni się, oczywiście zmieni się na lepsze. Marzenia to jest to, co dominowało w myślach i snach, a dziś marzeń coraz mniej, a jeśli są to bardziej realistyczne. Człowiek już wie, że musi dostosowywać zamiary do sił, bo czasy kiedy było odwrotnie bezpowrotnie minęły. Kiedy rano wstajesz i nic Cię nie boli, to już jest powód do radości. Nieprawdaż?!

      Przeczytałam ostatnio wywiad z brytyjską pisarką Sarą Maitland mieszkającą na szkockim pustkowiu: „Uprawianie ciszy” (Wysokie obcasy, 28.04.2018). Kobieta sama, ale nie samotna - tak o sobie mówi. Ludzie twierdzą, że na pewno jest nieszczęśliwa. A ona uwielbia życie w pojedynkę i bardzo rzadko czuje się samotna. Bycie samemu i samotność to dwie różne rzeczy: pierwsza wiąże się z dokonaniem wyboru, a druga nie jest ani wyborem ani szczęściem. Samotnym można być wszędzie, bo to raczej stan ducha, będący udziałem wielu ludzi we współczesnym świecie, ludzi otoczonych rodziną, przyjaciółmi, współpracownikami. Można być wśród ludzi i czuć się samotnym.

      Sara rozstała się z mężem po wielu latach małżeństwa. Na początku było jej trudno, dzieci wyprowadziły się i w domu zrobiło się cicho. Zafascynowała ją ta cisza. Znalazła dom pośród niczego, w którym zamieszkała. Wydała w tym czasie książkę o kulturowej historii ciszy, a potem drugą książkę „How to Be Alone”. Sama przeczytała wiele publikacji dotyczących ludzi żyjących w pojedynkę i uderzyło ją, czemu jest tak dużo negatywnych opinii na temat takiego wyboru życiowego. Czemu przyjmuje się założenie, że są to ludzie z nieuświadomioną depresją, smutni, niesympatyczni, tacy, którzy nie lubią innych ludzi. Sara jest zaprzeczeniem tego stereotypu. Z jednej strony wierzymy, że pewność siebie, kochanie siebie ma wielką wartość, a z drugiej strony nie chcemy spędzać czasu z tym wspaniałym kimś, czyli z sobą. A ci, którzy chcą spędzać czas samotnie, bywają postrzegani jako smutni dziwacy. Skąd taki stereotyp? Sara twierdzi, że ze strachu przed odkryciem naszej wewnętrznej pustki. Bycie samemu trzeba – jej zdaniem – oswajać, bo taki stan przytrafia się w życiu często i zazwyczaj w trudnych sytuacjach, np. kiedy ktoś bliski odchodzi na zawsze. Trzeba umieć się w takim stanie odnaleźć i nie traktować go jako zło konieczne, a dostrzegać też jego pozytywy. Bycie samemu sprzyja kreatywności, można tworzyć, pisać, malować, wymyślać. Do twórczej pracy samotność jest wręcz niezbędna.

      Nie wszystkim jednak samotność służy. Łatwo to sprawdzić. Wystarczy wyjechać na samotny weekend i jeśli nasze samopoczucie już pierwszego dnia będzie pikować w dół, to znaczy, że taka opcja nie jest dla nas. Nic na siłę. Sara zachęca ludzi, aby próbowali pobyć sami ze sobą, choćby pół godziny dziennie wygospodarowali dla siebie i dla swoich swobodnie płynących myśli. Wyłączyć telewizor, radio, komputer, zamknąć drzwi i posiedzieć.

      Czy Sara boi się starości w pojedynkę? Bycie z kimś w związku tylko ze strachu, jest - jej zdaniem - samolubne. Oczywiście, że z wiekiem mamy coraz więcej ograniczeń, dlatego trzeba być na różne warianty przygotowanym. W przypadku Sary jest to mały domek blisko farmy jej brata. Na razie jednak radzi sobie nieźle, również finansowo.

      W doświadczaniu samotności nie chodzi o oderwanie się od ludzi - uważa Sara. Wręcz przeciwnie – umiejętność przebywania sam na sam ze sobą prowadzi do odnalezienia w sobie przestrzeni na innego człowieka. Nie musisz nic od niego wymagać, żeby poczuć się lepiej. Życie w pojedynkę uczy większej tolerancji wobec innych i wobec siebie samej też.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Cisza”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 11 maja 2018 15:02
  • czwartek, 21 grudnia 2017
    • Zdrowie nasze kochane...

      Nie ma ważniejszej kwestii niż zdrowie… Kiedy nic nam nie dolega, nasze priorytety są bardzo różne. Planujemy podróże, marzymy o lepszej pracy, o wygranej w toto-lotka. Rozważamy zmianę mieszkania, jego wyposażenia lub remontu. Ale gdy zdrowie zaczyna szwankować, wszystko inne traci na znaczeniu. Liczy się tylko to, aby wrócić do zdrowia.

      Docierają do mnie od czasu do czasu wiadomości o problemach zdrowotnych ludzi z bliższego i dalszego otoczenia. Ktoś planuje operacje, ktoś przechodzi rehabilitacje, ktoś musi zdecydować, jaką metodę walki z groźną chorobą wybrać. Słucham, wspieram, próbuję doradzić, ale wiem, że nikt, pomimo dużej empatii, nie jest w stanie wczuć się w stan psychiczny osoby chorej. Tym bardziej, że ludzie reagują na takie sytuacje różnie i potrzebują innej metody wsparcia. Niektórzy nie przyjmują do wiadomości powagi sytuacji i żyją tak, jakby nic się nie stało, realizują wcześniejsze plany z jedną tylko poprawką… na leczenie. Może to jest właściwe podejście. Choroba nie może zdominować naszej codzienności, wypełnić bez reszty każdy jego element, bo wtedy tracimy z pola widzenia pozytywne aspekty dotychczasowego życia, które mogą dać nam siłę do walki.

      Patrzę na ludzi, których znam niemal całe dorosłe lub zawodowe życie, i widzę jak czas i choroby odciskają piętno na ich twarzach. Niby to są nadal ci sami ludzie, z którymi kiedyś szaleliśmy na firmowych imprezach, pląsaliśmy na tanecznym parkiecie, piliśmy wino, paliliśmy papierosy, a nasze przyszłe życie wydawało się być pasmem sukcesów i zabawy. Niby ci sami, ale już z inną hierarchią ważności spraw. Jedni na diecie, inni zagorzali abstynenci, większość z awersją do papierosowego dymka. Rozmowy nie są tak wesołe i błyskotliwe jak kiedyś. Proza życia kładzie się cieniem na każdym dniu. Próbujemy się nie dawać tej prozie, organizujemy coś, angażujemy się, pocieszamy zakupem kolejnej sukienki, do której włożenia okazji mamy coraz mniej. Myśl pozytywnie! – krzyczą poradniki, radzą młodsze koleżanki i koledzy. Jak to łatwo powiedzieć ;-)

      Z moim osobistym zdrowiem jest różnie. Staram się raz w roku robić porządny przegląd, którego wyniki nie zawsze są zadowalające. Najczęściej potrzebna jest dalsza diagnostyka, której poddaję się bez entuzjazmu i która najczęściej niczego nie stwierdza. I całe szczęście!

      W tym roku, na progu zimy dopadło mnie silne przeziębienie, którego objawy trwają i trwają. Ból gardła, katar, ogólne osłabienie. Pierwszy tydzień próbowałam przeleżeć z uwagi na stan podgorączkowy, kilka dni urlopu, trochę zwolnienia, antybiotyk i wydawało się, że wracam do żywych. Owszem wracam, ale bardzo wolno. Nigdy nie miałam tendencji do infekcji. Nie wiedziałam, co to znaczy mieć gorączkę i musieć leżeć w łóżku. Widocznie te dobre czasy już minęły. A może ten rok jest wyjątkowy, bo prawdziwa zima wciąż nie może nadejść, a wirusy i bakterie mają w takich warunkach używanie. Wielu moich bliższych i dalszych znajomych też narzeka na tegoroczną aurę, która sprzyja infekcjom.

      Dlatego składając sobie świąteczne życzenia właśnie zdrowie stawiamy na pierwszym miejscu, bo na resztę można mieć jakiś, mniejszy lub większy wpływ.

      Zatem pod choinkę i sobie, i wszystkim, którzy tu czasem zajrzą życzę zdrowia, zdrowia i jeszcze raz zdrowia.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Zdrowie nasze kochane...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      czwartek, 21 grudnia 2017 14:43
  • piątek, 06 października 2017
    • Szklanka do połowy pełna

      Na każdą sytuację czy problem można spojrzeć z różnych punktów widzenia.Oczami optymisty, co wcale nie znaczy, że przez „różowe okulary”, albo można problem wyolbrzymić i dostrzegać wyłącznie jego gorszą stronę. Inaczej mówiąc, szklanka może być dla nas do połowy pusta, albo do połowy pełna. Można się zdołować myśleniem w kategoriach: i znów mi się to przytrafiło, dlaczego właśnie mnie, jestem do niczego, problemy to widocznie moja specjalność, inni mają lepiej, nie mam szczęścia w życiu, znów wszyscy mają do mnie pretensje… Takie myślenie powoduje, że sytuacja realnie niedobra staje się fatalna, urasta w naszej głowie do monstrualnych rozmiarów, bo taki wymiar sami jej nadajemy. Przy okazji możemy sobie w ten sposób porządnie dokopać, co i na zdrowie nam nie wyjdzie.

      Obserwuję tego typu postawę niezmiernie często, a może i mnie samej takie dołujące myślenie od czasu do czasu się zdarza, bo skąd bym tak dobrze potrafiła dostrzec je u innych. Staram się jednak bardzo mocno pracować nad tym, aby minimalizować negatywne myślenie, wypierać złe, szkodliwe emocjonalnie skojarzenia, a eksponować wszelkie przejawy pozytywnego nastawienia do życia. Taką pracę nad sobą można zacząć od drobiazgów. Kiedy zmieniałam tytuł bloga na „Drugą połówkę życia” miałam ochotę dopisać pod tytułem słowa „może być lepsza od pierwszej” i to wcale nie dlatego, że tak mocno w to wierzę, po prostu po to, żeby te słowa, na które będę często zerkać, zapadały we mnie gdzieś głębiej i być może w jakiś niepojęty rozumowo sposób miały wpływ na moje dalsze losy. Jeśli czegoś bardzo chcemy, to nawet jeśli wydaje nam się to trudne, nierealne, wręcz śmieszne, to prawdopodobieństwo osiągnięcia takiego rezultatu z pewnością wzrośnie, kiedy będziemy sobie swoje pobożne życzenia powtarzać. Tak działają afirmacje. Co do tytułu bloga, to pozostałam jednak przy wersji, że druga połówka nie musi być gorsza od pierwszej, co znaczy, że zwyciężyła we mnie realistka, chyba taka po prostu jestem, choć jak wspomniałam mocno pracuję nad myśleniem pozytywnym. Z prostego powodu. Z pragmatyzmu. To się zwyczajnie opłaca.

      Zacznijmy od zdrowia. Chyba każdy lekarz przyzna, że osoby uśmiechnięte, zadowolone z życia mniej chorują i żyją dłużej, a nawet jeśli nie dłużej to z pewnością przyjemniej. Pomimo ciężkiej, odpowiedzialnej pracy, pomimo obiektywnych trudności, kłopotów rodzinnych, jedni potrafią być pogodni, a do innych strach podchodzić, bo ich mina odstrasza nawet tych, którzy chcieliby powiedzieć im coś miłego. Jedni potrafią cieszyć się jakimś dobrym wydarzeniem w swoim życiu, inni zawsze znajdą coś, co ich radość zmąci.

      Weźmy pierwszy przykład z brzegu, bo z mojej firmowej łączki. Od kiedy koleżanka otrzymała awans, wciąż dostrzega zawistne spojrzenia i zachowania współpracowników. Coraz więcej zdarza się sytuacji konfliktowych, których źródła dopatruje w awansie. Kiedy próbuję delikatnie oponować, że może nie powinna tych kwestii tak mocno łączyć, słyszę w jej głosie irytację. Ona po prostu wie najlepiej, że chodzi o awans. A ja sobie myślę, że może częściowo chodzi, a może i nie, a koleżanka zwyczajnie projektuje swój punkt widzenia na innych. Uznała, że jej awans na pewno wzbudzi zazdrość (słusznie lub nie) więc swoim „radarem” dostrzega i eksponuje wszystko, co da się takiemu myśleniu podporządkować. I nawet jeśli pewne sytuacje i zachowania zdarzyłyby się i bez awansu, to zostają wpisane w określony scenariusz. Obserwuję to wszystko z boku i myślę sobie, że zamiast cieszyć się sukcesem zawodowym i nastawić na przyjmowanie gratulacji (sic), koleżanka przeżywa stres, nie może po nocach spać, boli ją głowa, zrobiła się jakaś taka wycofana. Mam wrażenie jakby wystawiła jakieś kolce w obronie przed potencjalnymi atakami, bo ona najlepiej wie, że wszyscy współpracownicy są zawistni i wściekli z powodu jej awansu. Może tak jest w istocie, a może nie, ale ona myśląc w ten sposób, robi sobie krzywdę. Jakby sama siebie za ten awans karała, jakby sama uznała go za niesprawiedliwy. Radosne wydarzenie okazało się wręcz katastrofalne i to dla wszystkich w zespole, w którym pracuje. Ona nieszczęśliwa, współpracownicy albo niezadowoleni albo zdezorientowani. A wystarczyłoby po prostu uznać fakty i podejść do tematu bez emocji, realistycznie: dostałam awans, bo na niego zasłużyłam i jestem z tego dumna, a wobec współpracowników będę zachowywać się tak jak przed awansem, nawet jeśli część z nich będzie próbowała moją radość zmącić. I tyle.

      Nie mamy wpływu na innych ludzi. Są jacy są. Mamy jedynie wpływ na swoje zachowanie. Nasza postawa może nam pomóc, a może zaszkodzić. W przypadku koleżanki wybór postawy „oblężonej twierdzy” zaszkodził nie tylko jej samej. Czy było warto? Nie sądzę. Zapewne za jakiś czas wszystko w jej zespole wróci do normy. Może ktoś inny dostanie awans, i wtedy będzie trzeba zmierzyć się z tym wydarzeniem, ale już z drugiej strony.

      Wracając do tematu przewodniego. Bycie pesymistą jest nieopłacalne, bo takim ludziom ciężko znaleźć przyjaciół i najczęściej są samotnikami. Kto lubi słuchać wiecznych narzekań? Może jedynie inni notoryczni ...narzekacze. Zdarza się, że dwie panie ograniczają swój dialog do wymiany informacji o aktualnych badaniach, chorobach i pogrzebach, a nawet jeśli wesołe wydarzenie się w ich życiu trafi, to zawsze znajdą dziurę w całym, która przesłoni im całą resztę, o ile dziura może coś przesłonić. :-)

      Moja znajoma, tym razem spoza firmy, miała kiedyś czarną serię wydarzeń w swoim otoczeniu rodzinnym i towarzyskim, którymi epatowała telefonicznych interlokutorów do tego stopnia, że sama zaczęłam się jej telefonów obawiać. Czy znów nasłucham się szczegółowo opowiedzianej historii o kimś ciężko chorym, kogo w życiu nie widziałam? Miałam wrażenie, że rola tych wydarzeń dla znajomej była tak ogromna, że żadne inne tematy w owym czasie dla niej nie istniały. Kompletnie nieistotne było to, czy osoba po drugiej stronie telefonicznego kabla jest takimi historiami zainteresowana. Świat pełen jest dramatycznych wydarzeń i ludzkich tragedii. Nie jesteśmy w stanie znaleźć w sobie aż takich pokładów współczucia, aby pochylać się nad każdym nieszczęściem, bo nie starczyłoby nam czasu na normalne życie, w jako takim zdrowiu psychicznym. Jeśli nie mamy na coś wpływu, to musimy nauczyć się nie chłonąć emocjonalnie z każdej ludzkiej tragedii, dlatego i w tym przypadku wskazany jest umiar.

      Każdy z nas ma w gronie swoich bliższych i dalszych znajomych osoby, do których chętnie dzwoni, chętnie się spotka, z przyjemnością odwiedzi, ale są też tacy, z którymi kontakt ograniczamy, albo w ogóle z niego rezygnujemy, no chyba że jest to ktoś z rodziny, wtedy zwycięża poczucie obowiązku i z bólem serca ten kontakt utrzymujemy. Ze spotkania i rozmowy z kimś negatywnie i pesymistycznie nastawionym do życia wychodzimy wykończeni, jakby zarazili nas tym swoim marudzeniem. Trzeba mieć w sobie dużo siły, aby wytrzymać w związku z takim osobnikiem, a takie małżeństwa bywają. Moja sąsiadka to fajna, pogodna babka, natomiast jej mąż to mruk i hipochondryk. Widzę jak kobieta wyrywa się do świata, do innych ludzi, aby nie musieć siedzieć w domu i kontemplować wraz z mężem … starość. Może kiedyś jej mąż był zupełnie innym człowiekiem. Zapewne go kochała, albo pomimo tego malkontenctwa, albo za coś kompletnie innego, czego gołym okiem nie widać.

      Inny przykład. Mam pewną znajomą, niemłodą panią, od której wynajmowałam mieszkanie i którą lubiłam, głównie za jej optymizm. Kiedy przeprowadziłam się do własnego lokum, nasze kontakty osłabły, ale przynajmniej raz w roku starałam się do niej dzwonić lub odwiedzać. Ostatnie lata i z racji wieku, i z powodu szwankującego zdrowia są dla niej trudne. Wpadałam raz w roku z kwiatami na imieniny, ale od pewnego czasu traktuję to już jako ciężki obowiązek a nie przyjemność, jak kiedyś bywało. I nie jest to wyłącznie kwestia powtarzanych w kółko tych samych historyjek, a raczej zafiksowania się na temacie rozczarowania sercowego, jakiego owa pani doznała. Nie wnikając w szczegóły, trudno znaleźć w sobie tyle cierpliwości, aby słuchać, z jakim strasznym mężczyzną miała do czynienia. Te negatywne emocje, jakie siedzą w tej pani, źle na mnie działają i kiedy od niej wychodzę jestem bardzo zmęczona i przygnębiona. Rozumiem już dlaczego wokół niej tak mało ludzi, dlaczego wciąż narzeka, że czuje się samotna, że nikt jej nie odwiedza, że nie ma do kogo ust otworzyć.

      Temat patrzenia na rzeczywistość zgodnie z zasadą „szklanki do połowy pełnej” staje się szalenie istotny, kiedy wkraczamy już w wiek ... zaawansowany. Wtedy rzeczywiście obiektywnie mamy coraz mniej powodów do radości, ale wtedy tym bardziej uśmiech i dobre emocje, pomimo wszystko są nam potrzebne, choć wymaga to znacznie więcej wysiłku niż kiedyś.

      Niektóre moje znacznie młodsze koleżanki z pracy poruszające się środkami komunikacji miejskiej narzekają na „starsze panie” (okazuje się później, że w wieku ok. 50-60 lat), które są nieprzyjemne, nieprzyjazne, wręcz złośliwe. Koleżanka będąca obecnie w zaawansowanej ciąży twierdzi, że takie kobiety patrzą na nią z wyraźnym niesmakiem, zwłaszcza kiedy wypadałoby, aby ustąpiły jej miejsca. Taka opinia nie napawa mnie radością. Sama staram się nie wyglądać i nie zachowywać się jak zołza, choć może nie zawsze mi się to udaje.

      Temat „szklanki do połowy pełnej” ma jeszcze jeden aspekt, o którym nie sposób zapomnieć, to kwestia posiadania pieniędzy, majątku. Staram się zawsze myśleć i doceniać to, co mam, a nie dręczyć się tym, czego nie mam i na co mnie nie stać. Unikam porównań, nie zazdroszczę bogactwa. Kiedy mijam wieczorem nowoczesne apartamentowce widzę, w jak niewielu mieszkaniach pali się światło. Jest ok. 20.00, a lokatorzy na tych strzeżonych osiedlach zapewne jeszcze pracują po to, aby spłacać kredyt za te piękne pokoje, w których tak rzadko przebywają. Czy to ma sens? Nigdy nie wiadomo, jakim kosztem został czyjś majątek zdobyty i czy w efekcie było warto ten koszt ponieść. Może odbyło się to kosztem rodziny, dobrych relacji między małżonkami czy dziećmi. Można zdobyć jakąś „rzecz”, a stracić uczucie, bliskość, emocjonalną więź. Cieszmy się więc z tego, co posiadamy, zwłaszcza z tego, co nie da się przeliczyć na pieniądze.

      I kiedy zdarzają się gorsze dni, kiedy wszystko jawi się w czarnych kolorach, od rana pada deszcz, korek na mieście, spóźnienie do pracy, złe spojrzenie koleżanki, złośliwy urzędnik, głośny sąsiad, ból głowy, itp. itd. pamiętajmy wtedy, że mamy wybór, albo poddać się temu nastrojowi, a nawet pogłębić go rozkładając każdą niemiłą sytuację na czynniki pierwsze, albo zrobić szybki reset, zapomnieć i pomyśleć o czymś przyjemnym, zrobić sobie prezent, pójść do kina, zrobić cokolwiek, co w naszym przypadku działa najskuteczniej. A ja sama, kiedy będę miała zły dzień wrócę do tego wpisu, przeczytam go uważnie i od razu mi się humor poprawi. Ostatecznie na tym polega autoterapia :-) 

      Ps. Dopiero po skończeniu tego wpisu dowiedziałam się, że dziś przypada światowy dzień uśmiechu. Ale się wstrzeliłam!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Szklanka do połowy pełna”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 06 października 2017 16:04
  • piątek, 01 września 2017
    • Oponka

      Ja wiem z czego moja oponka się bierze i wiem, że pozbycie się jej nie stanowiłoby większego problemu ;-) Wystarczyłoby zrezygnować z lodów, naleśników i makaronów (to główne grzeszki) i jedzenia po godz. 19.00. Oczywiście gdybym tylko chciała, a raczej umiała, to zrobić. Znam jednak kobiety, które nie wiedzą skąd ich oponka się bierze, może z powietrza? Bo przecież jedzą jak wróbelek, rezygnują z pełnego obiadu, tu coś skubną, tam coś skubną…zatem skąd ten tłuszczyk?

      Osobiście nie znam nikogo, kto ma nadwagę, a jednocześnie zdrowo się odżywia (dietetycznie) i nie ma żadnych kulinarnych słabostek. Znajome kobiety narzekające, że ich waga stoi w miejscu, a przecież tak mało w ciągu dnia zjadają, zapominają o pewnych drobiazgach, np. o kilku herbatniczkach albo orzeszkach wieczorową porą. Są to oczywiście minimalne ilości, prawie nic. Skoro takie nic, to czemu nie potrafimy z tego NIC zrezygnować i wtedy sprawdzić, czy waga drgnie.

      Sama walczę z oponką od dawna, choć BMI mam prawidłowe. Jej istnienie spędza mi sen z powiek i nie chodzi tu wyłącznie o kwestię wyglądu, choć i to nie jest mi obojętne. Chodzi głównie o to, że otyłość brzuszna jest po prostu niebezpieczna dla zdrowia. Z pozbycia się oponki mogą więc wynikać same plusy, więc dlaczego wciąż nam się to nie udaje?

      Wiemy teoretycznie, co robić, aby uporać się z tym problemem, a jednocześnie tak trudno nam zerwać z ćwiczonymi przez lata nawykami. Bo jedzenie, sposób jedzenia, ulubione potrawy, to jest element naszej charakterystyki, to są zachowania powtarzane od dzieciństwa, to w jakiejś części nasze „ja”. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy po lekcjach w szkole wpadałam do domu z okrzykiem „jeść!”, pamiętam też, że pomimo zaspokojenia głodu, prosiłam o dokładkę. Podjadanie też było na porządku dziennym i nie byłam w rodzinie w tym odosobniona. Bo nawyki żywieniowe wynosimy z domu, także obserwując dorosłych, głównie rodziców. Stałe godziny posiłków, zjadane przy wspólnym stole, w dobrym nastroju i przyjaznej atmosferze – tak być powinno. W moim domu rodzinnym tak nie było. Każdy wracał o innej porze ze szkoły, z pracy, każdy jadł wtedy, gdy miał na to czas.

      Niewiele znam kobiet tyjących wraz z wiekiem równomiernie, co wizualnie źle nie wygląda, bo proporcje są zachowane. Większość moich rówieśniczek tyje albo w brzuszek albo w biodra, nieproporcjonalnie i wygląda to… nieciekawie. Każda z nas wie, że w jedzeniu, jak w każdej innej dziedzinie życia, najlepiej zachować UMIAR. Problem w tym, że nasze kobiece hormonalne burze i emocjonalne huśtawki, są w stanie obrócić w niwecz, najlepsze chęci.

      Im człowiek starszy, tym problem większy. Wystarczy rozejrzeć się po ulicach naszych miast. Obserwuję kobiety w wieku zbliżonym do swojego i niewiele z nich ma szczupłą sylwetkę. Tu nawet nie chodzi o szczupłość, ale o proporcjonalność, o której już wspomniałam. Zdecydowana większość ma większą lub mniejszą nadwagę. Wkraczając w wiek dojrzały i około menopauzalny warto byłoby uświadomić sobie jedną prawdę, otóż metabolizm zwolnił, więc trzeba jeść mniej niż kiedyś. A my co robimy? Albo nic sobie z tego nie robimy, albo jemy więcej. No bo stres, dołek psychiczny, problemy rodzinne, etc. Doprawdy świetnie to rozumiem, że wraz z wiekiem coraz mniej jest powodów do radości, a znacznie więcej do smutku , więcej pogrzebów niż ślubów, ale… trzeba to jakoś przyjąć na klatę i nie dokładać sobie jeszcze dyskomfortu z powodu wciąż przyciasnej garderoby, o problemach zdrowotnych nie wspominając. I chociaż w wieku 40-50 radykalne chudnięcie nie jest wskazane, to taka kilkukilogramowa oponka mogłaby zniknąć bez śladu, gdyby…. wziąć się do roboty. Odstawić to, co najbardziej szkodzi, i zacząć się ruszać. Tylko tyle i aż tyle.

      Każda z nas ma swoje własne wymówki. Jedna rzuciła palenie i rzuciła się na jedzenie, co zaowocowało 20 kg nadwagi nie wiadomo kiedy. A teraz bardzo trudno tak dużą wagę zbić, bo… w miejsce papierosów pojawiły się pożądane cukierki, bułeczki, kluseczki, etc. Druga cierpi na niedoczynność tarczycy (sama należę do tej kategorii), co oczywiście tłumaczyło tycie, ale tylko do momentu rozpoczęcia suplementacji hormonów tarczycy. Kiedy już niedoborów nie ma, to nie ma też obiektywnych powodów do tycia. Trzecia zrzuci winę na klimakterium i spowolniony metabolizm, i też będzie miała rację, ale tylko do momentu, kiedy świadomie nie dostosuje się do nowej sytuacji, a więc nie zmniejszy dotychczasowych porcji jedzenie i nie zerwie z niezdrowymi nawykami, które do tej pory przechodziły jej bezkarnie. Doprawdy wiele mamy takich i podobnych argumentów, którymi tłumaczymy sobie własną… bezsilność wobec problemu.

      Sama też nie mam się czym pochwalić, bo gdybym miała patent na sukces, to już dawno pożegnałabym się z własną oponką, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbuję, nie walczę, nie szukam rozwiązań. Zgodnie z zasadą, że problem tkwi w głowie, szukam wsparcia w mądrych publikacjach o zdrowym odżywianiu. Przeczytałam ich już wiele, interesują mnie zwłaszcza teksty o emocjonalnym (psychicznym) aspekcie jedzenia, gdyż wydaje mi się szczególnie ważny. Jeść trzeba, nie da się pożywienia odstawić jak np. papierosów, problem zaczyna się wtedy, gdy jedzenie staje się swoistym narkotykiem, źródłem przyjemności, przyjacielem, wrogiem, ucieczką, próbą zaspokojenia emocjonalnego głodu, substytutem miłości. W czeluściach internetowych zasobów znalazłam tekst pt. „Jedzenie jak narkotyk”, który dał mi do myślenia (www.blog.wrelacji.pl).

      Próbowałam sobie samej wyjaśnić, dlaczego największe porcje jedzenia konsumuję wieczorem po powrocie do domu, czyli niezgodnie z mądrą zasadą, że kolację należy oddać wrogowi. Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że nie jadam na mieście obiadu, a do pracy biorę wyłącznie „zdrowe jedzenie”, czyli sałatki warzywne, więc wracając do domu czuję się wygłodzona. Ale to chyba za cienki argument, bo przecież mogłabym zjeść na kolację małą porcję, a nie dużą. Mogłabym nie kupować po drodze deserku w postaci półlitrowego pojemnika lodów? A może jestem głodna nie tylko jedzenia, może też uwagi, zainteresowania, uczuć? Może wejście do pustego mieszkania wywołuje u mnie nieprzyjemne poczucie osamotnienia? Być może dlatego rzucam się natychmiast do przygotowywania jedzenia, a potem do obfitej konsumpcji, bo uciekam od takich myśli i emocji? Kiedy pojawiają się jakieś niechciane emocje, sięgamy po kolejną porcję jedzenia w przekonaniu, że to pomoże nam uporać się z nimi, a efektem jest tylko zepchnięcie ich gdzieś w podświadomość, skąd i tak następnym razem wyjdą. Serwując sobie ciastko na smutki, dokładamy problem poczucia winy i dodatkowych kilogramów, bo przecież smutek, a właściwie problem, który go wywołał, nie zniknął. Pomysłów na uniknięcie wieczornych uczt w domu mam wiele, np. jeść na mieście (ale …nie lubię, a jeśli już to sporadycznie), gotować na parę dni i mieć przygotowane coś do podgrzania (ale…wolę świeże), wracać późno do domu, najlepiej po zajęciach jogi czy pilatesu i zjadać coś małego, np. jabłko. Żaden z tych pomysłów na dłuższą metę w moim przypadku nie sprawdza się.

      Oczywiście każdy z nas wie, czy ma problem z jedzeniem, czy nie? Czy uważa, że jego sposób odżywiania się jest prawidłowy i adekwatny do wieku czy nie? Nie jest moim zamiarem sugerowanie komukolwiek, że „ciastko na smutki” od czasu do czasu to zły pomysł. Ja oceniam go jako nienajlepszy, dla kogoś innego może być dobry i niech się tego trzyma. Zdarza mi się słyszeć teksty w rodzaju: dlaczego mam sobie odmawiać czegoś słodkiego, przecież człowiek ma tak niewiele przyjemności, i miałby sobie jeszcze odmawiać kawałka ciasta? No cóż, sama też często podążam takim tokiem rozumowania, kiedy jest mi źle i smutno, choć zdaję sobie sprawę, że to dość żałosne tłumaczenie.

      Wracając z pracy do domu, przynosimy ze sobą nie tylko siatki z zakupami, ale też całodzienny stres, niezałatwione sprawy, niewypowiedziane żale, pretensje, gniew, ale bywa też, że przynosimy radość z jakiegoś sukcesu, fajny komplement, rozpierającą nas energię z jakiegoś powodu, ale nie mamy komu o tym opowiedzieć, nie ma z kim się tym podzielić, bo albo nikt w domu na nas nie czeka, albo nikogo to nie interesuje. Kto nas przytuli, kto sprawi, że poczujemy błogi spokój, na kim możemy wyładować gniew, agresję (gryząc i żując)? Jedzenie, nasz przyjaciel i wróg jednocześnie.

      Relacje z jedzeniem są odzwierciedleniem naszej relacji z życiem, odbiciem naszych wierzeń i przekonań – czytam w tekście „Jedzenie jak narkotyk”. Aby ta relacja była zdrowa musimy przestać traktować jedzenie jako pocieszenie, sposób na stłumienie emocji czy poradzenie sobie ze stresem i nauczyć się znosić to, co ukryte i co wydaje się być nie do zniesienia. Może to być brak spokoju, pewności siebie, miłości, pustka. Jedzeniem zagłuszamy siebie, gdy życie wydaje się zbyt trudne, to odwracanie się od teraźniejszości, od bycia, tu i teraz.

      W cytowanej publikacji znalazłam sposób na opanowanie chęci sięgnięcia po coś do zjedzenia. Otóż, dobrze jest zatrzymać się na chwilę, poobserwować ciało, uspokoić oddech, spróbować uświadomić sobie, co czuję i zadać sobie pytanie - czy jestem głodna? Jeśli jedzenie służy nam do zagłuszania czegoś, unikania, trzeba nauczyć się dopuszczać do siebie owe trudne myśli i emocje. One nas nie zniszczą, a pozwalając im dojść do świadomości, sprawiamy, że stracą swoją moc. Gotowość do konfrontacji z uczuciami takimi jak smutek, strach, gniew i poszukiwanie tego, co kryje się pod nimi, np. lęk przed odtrąceniem, opuszczeniem, samotnością, odbiera im siłę rażenia. Przyglądajmy się swoim emocjom z ciekawością i życzliwością, zwłaszcza tym, za którymi nie przepadamy i które próbujemy zagłuszyć.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (0)
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 01 września 2017 15:54
  • czwartek, 24 sierpnia 2017
    • Zazdrość

      Kilka dni temu zadzwoniła do mnie Paulina i płaczliwym głosem oświadczyła, że zrywa z chłopakiem.

      - Jak to?! - pytam - przecież było wam tak dobrze.

      Znają się z Wojtkiem od dwóch lat. Ona 25, on 29 lat. Zakochani, szczęśliwi, zaczęli myśleć o ślubie. Widziałam go kilka razy na imprezach rodzinnych i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Fajny chłopak, da się lubić. Z opowiadań Pauliny wynikało, że świetnie się dogadują, a na obrazie tej znajomości nie ma żadnej rysy… no może oprócz jednej.

      Chodzi o jego przyjaciółkę z biura. Kobieta ma męża i trójkę małych dzieci. Znają się z Wojtkiem długo. Przeżyli razem wiele różnych sytuacji na niwie zawodowej. Dobrze im się współpracuje. Spotykają się również poza pracą, wspólne imprezy nie są rzadkością. Jej mąż chyba nie widzi nic złego w tej zażyłości, a przynajmniej tego nie okazuje. Natomiast Paulina nie może się z tym faktem pogodzić. Dąsała się z tego powodu już wielokrotnie. W ostatnich dniach znów się pokłócili. Chodziło o imprezę u Wojtka, na którą on chce zaprosić przyjaciółkę, a Paulina sobie tego nie życzy. „Nie będę jej usługiwać” – twierdzi.

      - Jesteś zazdrosna? – pytam.

      - Nie o to chodzi – mówi Paulina. Nie zabraniam mu mieć kolegów i koleżanek, ale ja nie muszę się z nimi spotykać; skoro on wie, że ja nie toleruję tej kobiety, to nie powinien jej zapraszać.

      - Ale dlaczego jej nie tolerujesz? – próbuję dociec przyczyn.

      - Bo on więcej jej mówi niż mnie, bo to jej zwierza się z problemów, bo spędza z nią za dużo czasu, bo wysyłają sobie smsy o każdej porze dnia i nocy, bo …

      - Czyli jednak zazdrość – pomyślałam.

      Z jednej strony rozumiem postawę Pauliny, ale z drugiej uważam, że sprawa nie jest warta aż takich emocji, a stawianie ultimatum „albo ona albo ja” nie ma sensu. Przed poznaniem Pauliny Wojtek nie miał dziewczyny przez kilka lat. Jego przyjaciółka, jej rodzina, stali się dla niego bardzo bliscy. Spędzał z nimi dużo czasu. Czy poznanie Pauliny miałoby oznaczać jakąś radykalną zmianę w tych relacjach? A może to Paulina powinna się nauczyć żyć w takim „trójkącie”?

      Nie wiem. Każdy związek jest inny. Zapewne Paulina z Wojtkiem jakoś się dogadają. Kiedy jest miłość, resztę da się jakoś załatwić. Nie zazdroszczę Paulinie tej … zazdrości. Sama mając dwadzieścia parę lat wielokrotnie ją czułam i nie było to miłe uczucie. Zrobiłam pod wpływem zazdrości kilka głupstw, zwłaszcza jednej sytuacji nie zapomnę, a nawet trochę się tego wstydzę.

      To była moja studencka miłość na pierwszym roku. Dość szybko dowiedziałam się, że przede mną była Grażyna, sympatia ze szkoły średniej. Ja mieszkałam w akademiku, mój chłopak Marek z matką i siostrą w bloku, w innej części miasta. Nie pamiętam już, kto poinformował mnie o istnieniu owej Grażyny, chyba niedoszła teściowa. Natrafiłam przypadkiem na ich wspólne zdjęcia. Dlaczego byłam o nią zazdrosna, skoro ona była „była”, a ja aktualna? Docierały do mnie sygnały, że Grażyna nie może się od mojego chłopaka „odczepić”, wydzwania, a nawet przychodzi do domu. Słyszałam też, że źle się prowadzi, pije alkohol, balanguje, etc. Oczywiście Marek robił z siebie albo ofiarę jej namolności albo miłosiernego Samarytanina, który pomaga upadłej duszyczce.

      Aż zdarzyło się coś, co niemal zwaliło mnie z nóg. Od czasu do czasu dzwoniłam do mieszkania Marka z automatu w akademiku i zdarzało się, że odbierała niedoszła teściowa albo siostra. Tym razem usłyszałam damski głos, ale kompletnie mi nieznany. Nieco skonsternowana poprosiłam do telefonu Marka, może on mi to wyjaśni. I słyszę…”KOTKU, telefon do ciebie”. Ożeż ty! Rzuciłam słuchawką. Załamana wróciłam do pokoju w akademiku. Koniec z Markiem – oświadczyłam koleżankom. Spojrzały na mnie z politowaniem, bo już nie raz to słyszały.

      Następnego dnia była niedziela, pojechałam jak zwykle do kościoła na studencką mszę. Kiedy wyszłam na zewnątrz czekał na mnie Marek. Nie chciałam z nim rozmawiać. Skierowałam się w przeciwną stronę. On za mną. Zaczęłam biec. On też. W końcu złapał mnie za rękę i nie chciał puścić. Już nie pamiętam, dlaczego dałam się wciągnąć do pobliskiej kawiarni, chyba po prostu wstydziłam się ludzi, patrzących na szarpiącą się parę. No i zaczęło się tłumaczenie. Jak łatwo się domyślić, ten damski głos w słuchawce to była Grażyna. Podobno przyszła oddać pieniądze, które kiedyś Marek jej pożyczył. Podobno była pod wpływem alkoholu i złapała za słuchawkę telefonu, bo siedziała bliżej. Podobno nic między nimi nie zaszło, bo on już nic do niej nie czuje. A do mnie czuje… Słuchałam, słuchałam, nie wierzyłam, wierzyłam. Miałam mętlik w głowie. Chciałam uciec, aby nie musieć tego wszystkiego słuchać. Jednak upór Marka przyniósł rezultaty. Po jakimś czasie zmiękłam, ale NIE ZAPOMNIAŁAM.

      To ziarenko zazdrości, które we mnie zakiełkowało, nie dawało mi spokoju. Każde spóźnienie, każdy nieodebrany telefon, każdy wyjazd wywoływały u mnie niepokój. A może znów spotkał się z tą Grażyną? Znałam jej adres. Mieszkała z rodzicami rzut beretem od Marka, co tym bardziej mnie frustrowało i potęgowało podejrzenia. Pewnego wieczoru nie odbierał telefonu, a powinien być w domu. Próbowałam kilka razy. Bezskutecznie. W mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, że zapewne znów spotkał się z byłą dziewczyną. Godzina była już późna, ulice puste, a mnie nosiło do tego stopnia, że postanowiłam pojechać na drugi koniec miasta, najpierw pod blok Marka, a potem w okolice mieszkania Grażyny. Szukałam na parkingu jego samochodu, gdyż przypuszczałam, że tym razem to on jest u niej, skoro u niego w mieszkaniu nie paliło się światło. Samochodu nie było. Z duszą na ramieniu krążyłam po osiedlu w zimnie i deszczu, aż w końcu zrezygnowana wróciłam do akademika. Sama nie wiem, czego oczekiwałam, chyba chciałam złapać Marka na gorącym uczynku, udowodnić mu kłamstwo. Niczego nie udowodniłam, jedynie zmarzłam i zmokłam. Całe szczęście, że nikt mnie nie napadł, bo nie była to spokojna dzielnica, a godzina zdecydowanie nieodpowiednia do spacerów między blokami. Oczywiście nie przyznałam się Markowi do swojej nocnej eskapady. Nie byłam z siebie dumna. Nie pamiętam już, jak tłumaczył się z nieobecności w domu, kiedy dzwoniłam. Zapewne jak zwykle mało wiarygodnie, a ja jak zwykle wysłuchałam, ale swoje wiedziałam. Brak zaufania może zniszczyć każdy związek, dlatego, jak łatwo się domyślić, mój związek z Markiem przeszedł do historii. A z dzisiejszej perspektywy mogę tylko stwierdzić, że dobrze się stało. Bo to zły mężczyzna był. A Grażyna? Słyszałam, że jeszcze pojawiała się w jego życiu długo potem, kiedy mnie już w tym życiu nie było. Może byli sobie pisani?

      Dzisiaj wspominając tamten czas, mogę sobie żartować, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Czy byłam zazdrosna, bo tak bardzo mi na Marku zależało? Nie wiem. Wiem, że nie chciałam być oszukiwana, więc to raczej kwestia ambicji. A może u źródła zazdrości tkwił brak asertywności? Osoba pewna siebie określi jasne granice, których partner nie może przekraczać, w przeciwnym razie po prostu odchodzi, a nie żyje w niepewności i dyskomforcie. 

      Mówi się, że nie ma miłości bez zazdrości. Być może lekka zazdrość podwyższa temperaturę związku, podkręca namiętność, ale taka zazdrość, jaką ja czułam błąkając się nocą między blokami Marka i Grażyny z pewnością nie była czymś normalnym, a już na pewno nie była zdrowa. Kiedy więc słucham Pauliny wyczuwam te same, niezdrowe emocje, z którymi sama kiedyś się zmagałam, i wiem, że nic dobrego z tych emocji nie wyniknie, ale… to jest już jej życie. Niech dokonuje własnych wyborów i sama za nie płaci, jako i ja zapłaciłam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Zazdrość”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      czwartek, 24 sierpnia 2017 15:57

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa