Druga połówka życia...

...nie musi być gorsza od pierwszej.

Wpisy

  • piątek, 19 kwietnia 2019
  • środa, 06 marca 2019
    • To już jest koniec?

      Kiedy natrafiłam w necie na informację o zamknięciu bloxa spojrzałam w kalendarz, żeby upewnić się, czy to aby nie jest prima aprilis. Komu przyszedł do głowy taki ponury żart? Niemożliwe. A jednak informacja okazała się być prawdziwa i życie znów mnie zaskoczyło z tej gorszej strony.

      Zapewne po stronie właściciela, czyli Agory stoją jakieś racje, z tego co się orientuję, natury finansowej. Blox zwyczajnie się nie opłacił, dlatego musi zniknąć. Szkoda. Każda firma ma czasy lepsze i gorsze, na Gazetę i Agorę przyszedł czas trudniejszy, dlatego i decyzje bardziej drastyczne, ale czy sensowne? W ten sposób traci się najwierniejszych z wiernych. Jako czytelniczka sobotnich wydań Gazety, kupująca je głównie z powodu „Wysokich obcasów” wciąż jestem zaskakiwana wyższą ceną,  a gorszą, niestety, jakością. Kiedy zniknie blox, moje odwiedziny na portalu Gazety też zaczną być rzadsze. Szkoda. Szmat czasu tu spędziłam.

      Nie wiem jeszcze, co zrobię z blogiem. Moja aktywność w ostatnim czasie pozostawia wiele do życzenia, ale to nie znaczy, że los tego, co napisałam wcześniej, jest mi obojętny. Może go przeniosę na wordpressa, o ile będę potrafiła to zrobić, a może skopiuję teksty i przeniosę się na inną platformę. Nie wiem. Może zacznę od początku z innym tytułem, publikując część starych notek, które mają charakter ponadczasowy. Na szczęście, mój blog nie jest formą dziennika, pamiętnika, więc sporo tekstów dałoby się … zaktualizować.

      Z Internetem, z informatyką radzę sobie pewnie jak większość kobiet, czyli metodą prób i błędów udaje mi się osiągnąć cel i kompletnie mnie nie interesuje, jak do tego doszłam, przeważnie zresztą tego nie pamiętam. Nie znoszę instrukcji, po przeczytaniu których jestem zazwyczaj mniej zorientowana w temacie, niż wcześniej. A do przenoszenia bloga instrukcja jest niezbędna, bo trzeba według niej działać.  Spróbować, spróbuję. Nie poddam się bez walki.

      Jeśli zdecyduję się przenieść bloga i zrobię to skutecznie, to przez jakiś czas na starej stronie będzie (podobno) odesłanie do nowego miejsca, tak przynajmniej zrozumiałam jedną z informacji dla zainteresowanych tematem.

      A jeśli zdecyduję się bloga nie przenosić, albo pomimo prób nie uda mi się tego skutecznie zrobić, wówczas rozważę inne opcje. Gdyby ktoś chciał mnie jeszcze spotkać w jakiejś innej internetowej rzeczywistości, której sama jeszcze nie znam, proszę o kontakt na mój adres mailowy (na razie gazetowy): illona@gazeta.pl

      Adres gazetowy zmienię pewnie za jakiś czas na inny, bo kto mi zagwarantuje, że i poczta na tym portalu kiedyś nie zniknie.

      Sama oczywiście też będę zaglądać na zaprzyjaźnione strony licząc, że każdy zostawi jeszcze przed godziną 0 jakieś wskazówki, co do swojej przyszłości. Mam nadzieję, że jakoś się odnajdziemy. Do zobaczenia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „To już jest koniec?”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 06 marca 2019 18:57
  • piątek, 18 stycznia 2019
    • Chwila

      Czy coś mnie ostatnio zachwyciło? Widok ośnieżonych drzew, ptaszek na balkonie, zakochana para, dziecko na ramionach tatusia, piękna muzyka? Całe mnóstwo obiektów zachwytu. Nie zawsze potrafię (jestem w stanie) znaleźć tę chwilę na zachwyt… czymkolwiek? Bo żeby się zachwycić trzeba mieć w głowie i w sercu miejsce na ten zachwyt. A my wciąż za czymś gonimy. Rano, żeby zdążyć do pracy, wieczorem, żeby zrobić zakupy, a potem stać nad blatem kuchennym przygotowując kolację. Na koniec dnia znajdziemy jeszcze czas lub go nie znajdziemy na kilka migawek wiadomości i ulubionych seriali, a później, o ile zmęczone oczy na to pozwolą, bierzemy do ręki książkę i zasypiamy. Sen przychodzi łatwo lub trudno, wybudzamy się, myślimy o tym, co jutro nas czeka, co trzeba załatwić, o czym nie wolno nam zapomnieć. Myślimy o problemach i sprawach, które już mamy, ale też o tych, które mogą się zdarzyć. Dlaczego większość z nas budząc się w nocy nie myśli o sprawach przyjemnych, a galopujące myśli przynoszą najczęściej rzeczy przykre? Zastanawia mnie to. Może szczęśliwy człowiek śpi jak suseł i nie zdarzają mu się ani problemy z zaśnięciem, ani przerwy we śnie? Ale kto z nas jest permanentnie szczęśliwy? Takiego stanu przecież nie ma.

      Moja droga do pracy to 15 minutowy spacer alejką przez park, a potem tyle samo trwająca jazda autobusem. Mogłabym wykreślić z planu dnia ten poranny spacer i zamienić go na dojazd wyłącznie autobusem, aczkolwiek z przesiadką, ale… nie robię tego nie tylko z przyczyn zdrowotnych, ale głównie po to, aby mieć okazję do …zachwytów. Niedawne opady śniegu, które przykryły i otuliły drzewa, to dla mnie widok cudowny, przypominający zimy mojego dzieciństwa, a więc białe, mroźne i słoneczne. Brakuje mi też na co dzień w wielkim mieście perspektywy, odległości, przestrzeni, którą stwarza wspomniany park. Lubię tę moją alejkę, choć rano wiedzie pod górkę, bo mogę sobie popatrzeć i popodziwiać, o ile jest co, a przeważnie jest, tylko nie zawsze to dostrzegam. Kiedy nie widać cudów przyrody, widać dzieci biegnące do pobliskiej szkoły, biegaczy starszych i młodszych, pieski ze swoimi właścicielami. Dzieci starsze trzymają za ręce młodsze rodzeństwo, gaworzą o sprawach dla nich istotnych, tryskają energią bez względu na aurę, a ja uśmiecham się do nich i uśmiecham się do siebie.

      Kiedy zastanowię się nad tymi chwilami zachwytu, które mi się ostatnio dość często zdarzają, to przychodzi mi do głowy jedno wyjaśnienie tego, dlaczego wcześniej było ich u mnie mniej. Żeby się zachwycić trzeba w danym momencie nie mieć trosk, zwłaszcza tych dużego kalibru, bo przecież każdy jakieś problemy ma. A czy szczęście to nie jest właśnie brak trosk?

      Kiedy patrzę na ostatnie chwile z życia ŚP. Pawła Adamowicza, Prezydenta Gdańska, uwiecznione telefonem komórkowych, i słucham jego słów, pełnych wiary, radości i euforii o tym, że po raz kolejny Wielka Orkiestra Owsiaka pięknie zagrała, że Gdańsk jest najcudowniejszym miastem świata, to myślę, jak blisko jest od zachwytu do tragedii, jak ulotna jest każda chwila naszego życia, i jak nieprzewidywalna jest chwila, która po niej nastąpi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (1) Pokaż komentarze do wpisu „Chwila”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 18 stycznia 2019 19:15
  • poniedziałek, 31 grudnia 2018
    • Kolejny rok

       Oglądałam ten film kilka razy i w tym roku (albo już w następnym, bo w tym chyba nie zdążę) znów go obejrzę. „Kolejny rok” Mike'a Leigh potrafi rozbawić, zasmucić, skłonić do refleksji nad tym, co w życiu jest naprawdę ważne. W okresie sylwestrowo-noworocznym pozwala też dokonać bilansu tego, co się udało, a co jeszcze wymaga wysiłku, pomaga skupić się na …sensie życia, relacji, związków. Nie ma w nim wielkich słów, jest codzienność. Jest spokojne małżeństwo, przyjaciele na dobre i na złe, do których ciągną inni ludzie, bo ich dobra energia emanuje na otoczenie. Każdy chce z nimi posiedzieć, pogadać, napić się piwa, czy pomarzyć. Przychodzą do nich ludzie obolali, zamknięci choć jednocześnie łaknący bliskości, tacy rozbitkowie życiowi i zastanawiają się, jak to jest, że im się nie udało stworzyć takiego związku, takiego domu, takiej atmosfery. To dobry film dla wszystkich, ale samych i samotnych 50+ w szczególności.

      Jeśli jeden film okaże się dla mnie niewystarczający, to z przyjemnością obejrzę „Tacy byliśmy”, czyli wielkie love story opowiadające perypetie związku Żydówki - ambitnej działaczki politycznej i utalentowanego pisarza, z nazwiskami Barbry Streisand i Roberta Redforda w czołówce. Lubię ten film również za piękną muzykę i tytułową piosenkę.

      Nostalgiczno – refleksyjny nastrój przełomu roku pomaga mi utrzymać jeszcze jedna tradycja, kultywowana od kilku lat. Robię porządki w papierach, co wcale nie znaczy, że mam w nich jakiś szczególny bałagan. Po prostu przeglądam … przeszłość zapisaną na papierze, na zdjęciach, na dokumentach. Dotykam drobiazgów przetrzymywanych z większego lub mniejszego sentymentu: kartkę z wakacji od studenckiej miłości, legitymację z pierwszej pracy, świadectwa ukończenia kolejnych klas, listy, zdjęcia, stare monety, etc. Przy okazji pozbywam się tego, co uznaję za zbędne, dzięki czemu robi się luźniej.

      Mam też zwyczaj wycinania z gazet ciekawych artykułów, które przetrzymuję w specjalnej teczce i raz w roku przeglądam, a część ponownie czytam. To są szczególnie bliskie mi treści i na tyle ponadczasowe, że wciąż wydają mi się interesujące. W czytaniu książek zrobiłam się wybredna, co ma swoje plusy, bo sięgam do … staroci, do klasyki. Wolę przeczytać ponownie dobrą pozycję, z której coś wynika, niż tracić czas na wątpliwej jakości historie, z których nic nie wynoszę.

      Nowy Rok bez tych rytuałów byłby dla mnie niepełny.

      Wszystkim blogowym znajomym i nieznajomym życzę Dobrego Kolejnego Roku!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Kolejny rok”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 31 grudnia 2018 16:37
  • piątek, 23 listopada 2018
    • Jak dobrze (nie) mieć sąsiada...

      Dobrze mieć domek z ogródkiem, najlepiej gdzieś za miastem. Cisza zapewniona. Ale jak się tego nie ma, to ma się najczęściej mieszkanie w bloku, z jego wadami i zaletami. Do tych pierwszych zaliczyć trzeba dochodzące z różnych stron odgłosy świadczące o tym, że obok naszego mieszkania też toczy się życie. Całkowita cisza w zasadzie nie istnieje, a kiedy zdarzy się taka chwila, to doprawdy nie wiadomo, co z nią zrobić i zaczynamy nawet odczuwać dyskomfort. ;-)

      Z pozoru najgorsze wydają się dźwięki … wiertarki, młotka, tłuczka, odkurzacza itp. Mają one jednak tę zaletę, że są niedługie, choć intensywne. Poza tym każdy remont czy sprzątanie kiedyś się kończą, więc sąsiedzi są wobec siebie wyrozumiali, bo nikt nie jest w tej dziedzinie bez grzechu. Osobiście najtrudniej znoszę odgłosy dobywające się z … rur wodociągowo-kanalizacyjnych. Mam wrażenie, że kiedyś ich nie słyszałam, a może po prostu nie zwracałam na nie uwagi.

      Moje mieszkanie łączy się z jednej strony z łazienką młodej sąsiadki, której plan porannych ablucji znam już na pamięć. Szum wody w rurach potrafi mnie skutecznie zdekoncentrować, ale też zagłuszyć inne dźwięki. Z kolej moja łazienka sąsiaduje z dużym pokojem drugiej, nieco starszej sąsiadki, a to znaczy, że szum wody w moich rurach też jest u niej słyszalny. Kiedyś wspomniała w rozmowie, że wiedziała o moim powrocie z wyjazdu, bo usłyszała szum wody w łazience. No cóż, to co sami robimy nam przeszkadza zapewne mniej. Trudno zresztą stwierdzić, czy te dźwięki rzeczywiście są aż tak irytujące. Raz tak, raz nie, to zależy od tego, co wtedy robimy. Kiedy sama jestem już na nogach, nie mam problemu z żadnymi dźwiękami.

      Najgorzej jest nocą, kiedy budzi mnie poranna krzątanina sąsiada z góry, który wstaje o godz. 3 lub 4 nad ranem. Oprócz dźwięków łazienkowych dochodzi jeszcze głośne radio (bo chyba słabo słyszy) i szuranie po podłodze. Zastanawiałam się, czy nie porozmawiać z tym panem. Ale co mu powiem? Żeby nie chodził po własnym mieszkaniu, albo nie korzystał z łazienki, albo nie wstawał o tak nieludzkiej porze? Wolnoć Tomku w swoim domku…

      Nie wiem, czy sąsiad pracuje czy nie, zdarza się, że wraca do domu ok. 7 rano z walizeczką na kółkach. Jak wchodzi po schodach niesposób go nie usłyszeć. Podejrzewam, że może pracować na nocne zmiany, np. jako portier, być może stąd takie dziwne pory wstawania. Mieszka w naszym bloku od niedawna. Prawdopodobnie sam. Lat może mieć zarówno 60 jak i 70. Wysoki i nieszczupły. Kiedy wracam wieczorem do domu nie dostrzegam w jego oknach światła. Natomiast dźwięki kroków i szumów łazienkowych do mnie docierają. Czyżby nie włączał światła? Człowiek nietoperz? Lubi zagadywać sąsiadów z bloku, zwłaszcza młodych, do moich uszu dolatują czasami skrawki rozmowy. Mnie nie zaczepia, wystarczy „dzień dobry”. Kiedyś w mroźny dzień paradował bez skarpet w plastikowych chodakach.

      Nie mam pojęcia, czy z jego zdrowiem psychicznym jest wszystko w porządku. Człowiek sam siebie nie jest w stanie zdiagnozować, a co tu mówić o innych. Gdyby nie był moim sąsiadem z góry, nie byłabym zainteresowana jego osobą. Ale jestem na niego skazana, no chyba że zmieniłabym mieszkanie, co raczej w grę nie wchodzi.

      Tłumaczę sobie, że zawsze mogłoby być gorzej. Mogłabym mieć nad swoją głową rodzinę z czwórką dzieci albo kilku studentów urządzających całonocne imprezy. A mam tylko pracującego starszego pana z zaburzonym zegarem biologicznym snu. Jedno tylko nie daje mi spokoju. Kiedyś w tym samym mieszkaniu na górze, w którym mieszka ów sąsiad, mieszkała rodzina, w tym niepełnosprawny, jeżdżący na wózku mężczyzna. Jak to możliwe, że wtedy ich nie słyszałam, ja w ogóle nie wiedziałam, że ktoś nade mną mieszka.

      Widocznie miałam wtedy ważniejsze sprawy na głowie….

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „Jak dobrze (nie) mieć sąsiada...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 23 listopada 2018 20:41
  • niedziela, 04 listopada 2018
    • Listopadowe refleksje...

      W pierwszych dniach listopada słowa "Śpieszmy się kochać..." nabierają szczególnego znaczenia. Odwiedzając groby bliskich zastanawiamy się, czy udało nam się wystarczająco kochać i okazywać tę miłość, dostatecznie zrozumieć czy docenić, a może nawet przebaczyć, jeśli był ku temu powód. W wielu przypadkach może nie tyle mamy poczucie winy, że coś w relacjach z bliskimi się nie udało, ale czujemy niedosyt, bo zbyt późno dojrzeliśmy do refleksji, że można było inaczej, więcej, bliżej i że tak naprawdę to od nas zależało.

      Powtarzam często, że innych nie możemy zmienić, możemy zmienić tylko siebie… i chyba większość z nas uzna słuszność tego stwierdzenia na podstawie własnych doświadczeń. Kiedy więc ktoś z naszych bliskich lub dalszych nie spełnia oczekiwań, jest wobec nas niesprawiedliwy, a nawet zwyczajnie zły, to mamy dwa wyjścia, odciąć się (odejść) od tej osoby, a jeśli to niemożliwe, ignorować jej złe emocje i najzwyczajniej w świecie nie brać ich do siebie. Można kogoś kochać, ale już niekoniecznie lubić. Wiele jest takich relacji, choćby między rodzeństwem. Żyją jak pies z kotem, albo są wobec siebie obojętni albo nie mają kontaktu. Pojawia się wtedy poczucie winy, bo przecież to rodzina, a więzy krwi są najważniejsze. Ale nic na to nie można poradzić, skoro emocje biorą górę i bliscy sobie ludzie potrafią się na siebie obrazić i nie odzywać latami, bywa że z bardzo prozaicznych powodów.

      Dlatego stojąc nad grobami tych, którym już nic nie jesteśmy w stanie powiedzieć, wyjaśnić, dać, czy okazać, może warto zastanowić się nad relacjami z tymi, którzy jeszcze wśród nas są i mamy jeszcze szanse na to, aby coś między sobą zmienić.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Listopadowe refleksje...”
      Tagi:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      niedziela, 04 listopada 2018 18:02
  • piątek, 05 października 2018
    • Przyszła emerytka

      Na razie na emeryturę się nie wybieram. Może więc nie powinnam jeszcze o tym etapie swojego życia myśleć, a może wprost przeciwnie. Nie tylko myśleć, ale jakoś się do tego przygotowywać, choćby mentalnie. Świadomość zbliżania się emeryckiego życia pozwala oswoić czające się wokół tego stanu demony. Nie chciałabym obudzić się w pierwszy wolny dzień po odejściu na emeryturę z poczuciem pustki i pytaniem: „I co ja mam teraz robić?”.

      Obserwuję ludzi, którzy po odejściu z pracy powoli wyłączają się z życia, wpadają w jakąś życiową przepaść niemocy. Niby coś by jeszcze chcieli robić, ale ciężko im się do tego zmobilizować albo znajdują przeszkody, które uniemożliwiają im ruszenie się z domu. Znajoma emerytka przyznała ze wstydem, że potrafi cały dzień przechodzić w szlafroku. A gdyby musiała iść do pracy, to musiałaby się przyzwoicie ubrać, umalować, zrobić fryzurę, po prostu by musiała, a skoro nie musi, to nie robi. Znajoma emerytka nie ma finansowych problemów, więc nawet wolontariat by ją zadowolił. Słyszała o czymś takim, ale nie wie jak to załatwić. Chciałaby też zapisać się na kurs językowy na Uniwersytecie III wieku. Wiele rzeczy by chciała, ale czas mija i nic nie udaje się jej zrealizować. Czy będę do tej znajomej podobna i też ogarnie mnie niemoc? Jak to na tej emeryturze będzie? Czy moje życie stanie się puste? To bardzo realne pytania dla osoby żyjącej w pojedynkę.

      Sporo jest problemów do przemyślenia zanim jeszcze człowiek stanie się pełnoprawnym emerytem. Z drugiej strony wiele jest aktywnych emerytek, które tryskają radością, czują się potrzebne, robią mnóstwo pożytecznych rzeczy. Może sama do tej grupy dołączę? A równie dobrze może okazać się, że na emeryturę szybko nie pójdę… pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego. Może pracodawca będzie chciał mnie jeszcze … pomęczyć, a sama też będę miała na tę codzienną mękę siłę.

      Moja inna znajoma emerytka pracuje już 5 lat od momentu osiągnięcia wieku emerytalnego i nie widzę, aby miała dosyć. Ona żyje pracą, dlatego tak mocno się jej trzyma. Aż się boję, co będzie, kiedy odejdzie, czy odnajdzie się w życiu emerytki?

      Dopóki mamy zdrowie i energię nie ma powodu, aby z pracy rezygnować. Problem w tym, że wielu pracodawców przeprowadzając redukcję etatów i w pierwszej kolejności pozbywa się osób w wieku uprawniającym do emerytury. I nie ma większego znaczenia, czy osoby te chcą czy nie chcą dalej pracować. Jeśli ktoś zostanie wypchnięty z rynku pracy w wieku 60+ to niełatwo mu na ten rynek wrócić, chyba że zadowala go praca … na kasie w supermarkecie lub w firmie sprzątającej. Kiedy obserwuję przedstawicieli takich zawodów są to w większości osoby albo młode, albo zza wschodniej granicy, albo w wieku emerytalnym.

      Emeryci, którzy pracować (dorabiać) nie muszą, nie muszą też na tej emeryturze się nudzić. Mając pieniądze ma się wiele możliwości spędzania wolnego czasu, o częstych wyjazdach, choćby do sanatoriów nie wspomnę. Znajome małżeństwo emeryckie jeździ po świecie, wreszcie mają czas odwiedzić takie miejsca, w których jeszcze nie byli, a więc np. Australia czy Nowa Zelandia. Zachwycają się też pięknem przyrody w podmiejskiej daczy, a jak im się natura znudzi wracają do swojego apartamentowca. Na co dzień uczestniczą w życiu kulturalnym stolicy, czytają książki, słuchają muzyki, za to unikają telewizyjnej sieczki. Dodam jeszcze, że opiekę lekarską mają zapewnioną na wysokim poziomie. Wydaje mi się, że są szczęśliwi, choć pewnie gdyby ich zapytać powiedzieliby, że lepiej być młodym i pracować niż być starym emerytem, którego wciąż coś boli, w kościach strzyka i niełatwo wykrzesać z siebie energię. Kiedy obserwuję owych znajomych, to niczego im nie zazdroszczę, oprócz jednego, że mają siebie, wspierają się, a to wartość bezcenna.

      Ten sielski obraz emeryckiego życia należy w naszym kraju do rzadkości. Znaczna liczba emerytów ledwo wiąże koniec z końcem i nie w głowie im dylematy, co będą na emeryturze robić. Bardziej martwi ich problem, co będą na emeryturze jeść i gdzie mieszkać. Dobrze jeśli mogą liczyć na córkę czy syna, gorzej, gdy są skazani na samych siebie i w ostateczności na opiekę społeczną. Niedawno otrzymałam z ZUS wyliczenie mojej przyszłej emerytury. Kwota nie nastraja optymistycznie, a raczej zmusza do trzymania się mocno etatu, przynajmniej tak długo, jak się da. Jednak nawet gdyby te kilka dodatkowych lat popracować, to i tak w końcu emeryckie życie nas czeka i trzeba się jakoś do niego przygotować. A może nie warto zaprzątać sobie głowę przyszłością, skoro życie jest pełne niespodzianek i może się okazać, że napisze dla nas scenariusz, który wywróci wszystkie plany do góry nogami? Może tak być, ale nie musi. Zawsze lepiej jest mieć opracowane, przemyślane alternatywy niż poddawać się biernie losowi.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (4) Pokaż komentarze do wpisu „Przyszła emerytka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 05 października 2018 15:44
  • środa, 03 października 2018
    • I po kuracji...

      Pobyt w sanatorium udany. Oczekiwania spełnione, obawy rozwiane. Miejsce pobytu urokliwe. Pobliski las sosnowy zachęcał do codziennych spacerów (a raczej w moim przypadku marszobiegów), na które w miejscu stałego zamieszkania wciąż nie mam czasu. I tu moje pierwsze zdziwienie. Pusto i głucho w tym lesie, żywego człowieka nie widać, zwłaszcza w godzinach, które dla mnie do spacerowania są najlepsze, czyli 7.00-8.00. Z tego powodu jako osoba dość strachliwa nie mogłam zagłębić się w las… musiałam zadowolić się jego częścią przylegającą do ulicy. Wokół lasu znajdują się cztery sanatoria, w każdym pewnie co najmniej 50-100 kuracjuszy. Jak to możliwe, że nikt z tej grupy nie wybiera się na poranny spacer? Najpierw myślałam, że to z powodu zbyt wczesnej pory. Ale po południu i wieczorem też niełatwo było spotkać w lesie jakiegoś kuracjusza. Może zabiegi w ciągu dnia są tak absorbujące? Nie wiem. Nie pytałam. Każdy ma prawo tak spędzać czas, jak mu pasuje.

      Za to od 15.00 w pobliskich kawiarenkach zaczynały się pląsy na wolnym powietrzu. Pogoda ku temu sprzyjająca, więc panowie i panie z wigorem ruszali w tan. Być może ta forma ruchu jest dla nich odpowiedniejsza od spacerów na leśnych ścieżkach. Sama z owych tanecznych przyjemności nie skorzystałam.

      Przedział wiekowy kuracjuszy oscylował wokół 60 i 70 plus. Sporo osób niepełnosprawnych, również na wózkach. W moim kameralnym sanatorium byłam najmłodsza i … chyba najsprawniejsza. Jako „wolny elektron” nie angażowałam się towarzysko więcej niż to było niezbędne przy wspólnych posiłkach czy zajęciach. Pozostały czas spędzałam aktywnie poza ośrodkiem.

      Posiłki były obfite, ale w przypadku mojego sanatorium za drogie. Brakowało mi tzw. bufetu szwedzkiego, zwłaszcza przy śniadaniach. Następnym razem zamierzam skorzystać z opcji nocleg plus śniadania. Przeszkadzały mi sztywne godziny posiłków: 9.00, 13.00, 18.00. Zrobienie sobie dłuższej wycieczki wiązałoby się ze stratą posiłku. W pierwszy dzień pobytu, który zaczynał się od kolacji, poszłam do restauracji, gdzie za dość niską cenę mogłam zjeść urozmaicony obiad (jesz ile chcesz) serwowany w formie bufetu szwedzkiego. Po śniadaniu o 9.00 jestem w stanie zadowolić się obiadokolacją ok. godz. 16.00, bo później posiłek nie jest mi już potrzebny.

      Z zabiegów jestem zadowolona, choć korzystałam z nich w ograniczonym zakresie, wybierając tylko to, czego nie mogę mieć w swoim miejscu zamieszkania. Po co mi masaż w sanatorium, skoro korzystam z tej przyjemności dość często w swoim mieście, gdzie mam do tego świetnego fachowca.

      Mój pobyt nie był „normalny”, tym bardziej, że trwał krótko, a turnusy z NFZ ciągną się 3 tygodnie, dlatego moje wrażenia są z pewnością mocno …zindywidualizowane. Jedno jest pewne, pomysł krótszego lub dłuższego resetu z dala od domu, zamierzam częściej realizować.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (3) Pokaż komentarze do wpisu „I po kuracji...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 03 października 2018 15:37
  • piątek, 14 września 2018
    • Kuracjuszka

      Broniłam się przed tym długo, ale … w końcu nadszedł ten dzień. Jadę do sanatorium. Co prawda nie będzie to klasyczny pobyt, bo wyjazd jest komercyjny, dość krótki, a ewentualne zabiegi sama będę sobie ustalać. Jadę w celach wypoczynkowo-zdrowotnych, tylko i wyłącznie. Nie wiem, czy wytrzymałabym 3 tygodnie, a więc tyle, ile trwa turnus ze skierowaniem NFZ. Na moje typowe dla 50-tki dolegliwości wystarczy kilka dni ;-)

      Kiedy rozmawiałam z kolegą o sanatoryjnym życiu i zwyczajach dowiedziałam się rzeczy ... strasznych. Podobno kobiety stanowiące przytłaczającą większość kuracjuszy niemal „rzucają” się na nielicznych mężczyzn. Kolega jeździ w takie miejsca z żoną, pomimo to był narażony na zaczepki pań. Twierdzi, że w takim miejscu można się spotkać z różnymi dziwnymi zachowaniami. Kiedy stał w kolejce do zarejestrowania, tuż po przyjeździe, zaczęła go podrywać kobieta również w owej kolejce stojąca. Pani nie zniechęciła się nawet wtedy, gdy jej powiedział, ze nieopodal stoi żona. Potem obserwowali z żoną tę panią w czasie 3 tygodni pobytu i okazało się, że „prowadzała się” z kilkoma panami.

      Idąc tropem opinii kolegi wygooglałam teksty na ten temat, a wśród nich artykuł zamieszczony na stronach Gazety autorstwa Angeliki Swobody. Zainteresował mnie zarówno tekst, jak też mnóstwo zamieszczonych pod nim komentarzy, co świadczy o tym, że temat jest … gorący. Kilka zwierzeń niedawnych kuracjuszy zrobiło na mnie wrażenie. W komentarzach opinie są różne. Ludzie piszą, że generalnie w sanatorium jest nudno. Biega się od zabiegu do zabiegu, a o godz. 22 trzeba być grzecznie w łóżku. Tzw. fajfy cieszą się powodzeniem, bo są bardzo tanie. Ludzie zapominają w tańcu o problemach zdrowotnych, a przecież o to chodzi.

      Nie wiem, jak wygląda prawda, bo do tej pory byłam w miejscowościach sanatoryjnych przejazdem. Chętnie poczynię obserwację, aby wyrobić sobie na ten temat własny pogląd.

      *

      Artykuł w Gazecie jest dostępny na stronie: http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,152121,23758620,podteksty-seksualne-i-feromony-wirujace-w-powietrzu.html

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (7) Pokaż komentarze do wpisu „Kuracjuszka”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 14 września 2018 15:42
  • piątek, 07 września 2018
    • Znajomości i przyjaźnie

      Każdy, kto korzysta z mediów społecznościowych, ma tam znajomych. Jedni mają ich mniej, drudzy więcej. Ja mam 150, więc niewielu, ale to tylko dlatego, że staram się, aby słowo „znajomy” oznaczało osobę, z którą chociaż raz się spotkałam, a nawet zamieniłam słowo. Poza tym moja aktywność na tego typu portalach jest niewielka, co nie służy poszerzaniu owego grona. Zatem po co w ogóle korzystam z Facebooka? Z ciekawości? Spojrzę od czasu do czasu, co nowego u moich znajomych się dzieje. Zamieszczają relacje, zdjęcia z wakacji, dzielą się poglądami, ale sama nie odczuwam potrzeby dzielenia się swoimi … sprawach. Gdyby ktoś z moich znajomych chciał wiedzieć, co u mnie, to chętnie mu poprzez Messengera odpowiem. Nie wpisałam też daty urodzin, bo nie chcę, aby powiadomieni o tym fakcie przez FB znajomi, zaczęli mi hurtem składać życzenia i przesyłać laurki. Jak ktoś pamięta, to pamięta, a jak nie, to też dobrze.

      Poza mediami społecznościowymi używamy słowa „znajomy” do różnych kategorii ludzi. Pani sprzedawczyni ze sklepu mięsnego może być znajomą, bo czasami zamienimy z nią kilka słów, wiemy, że ma dwójkę dzieci, męża pijaka etc. Znajomą może być też sąsiadka, która mieszka w tym samym bloku od lat 20 i którą mijamy co kilka dni, a nawet czasem do siebie dzwonimy i odwiedzamy się na krótkie pogaduszki.

      Najwięcej mamy znajomych z pracy. Współpracownicy, szefowie, pracownicy ochrony, kierowcy, z którymi stykamy się na co dzień i zawsze jakieś słowo się zagada. Koleżeństwo to już zupełnie inna relacja. Bliższa i często długoletnia. Mam koleżanki młodsze stażem i starsze. Gdybym zaczęła liczyć, to pewnie do 10 koleżanek i kolegów bym doszła. Tego typu relacje przechodzą różne fazy. Kiedy pracowałam z Kasią byłyśmy bliskimi koleżankami, a kiedy ona poszła do innej firmy, to i kontakty znacznie się rozluźniły, ale nadal uważamy się za koleżanki. Podobnie jest z Adamem, który był kolegą z pracy, a dziś jest głównie kolegą … wirtualnym, bo odległość ogranicza nam możliwość bezpośrednich kontaktów. Z jedną z koleżanek miałyśmy kiedyś bliskie kontakty, a potem nastąpiła kilkuletnia przerwa, bo jedna na drugą się obraziła za nie wiadomo co. Na szczęście obie zmądrzałyśmy i znów utrzymujemy kontakt. No właśnie, kluczowe słowo „kontakt” pozwala nam uznać, że koleżeństwo trwa. Ale jest to często relacja dość powierzchowna. Zwierzamy się, spotykamy, ale czy to wystarcza. Warto zadać sobie pytanie, do kogo bym zadzwoniła, gdybym miała jakiś poważny, życiowy problem? Do Kasi czy do Irenki, a może do Basi? Jedna ma dwójkę małych dzieci, więc pewnie zajęta. Druga wyjechała do USA niańczyć wnuki. Trzecia rzadko odbiera telefony, a i z oddzwanianiem ma problem. I w takich momentach pada pytanie o przyjaźń i przyjaciół. Określenia takie rezerwujemy na specjalne okazje.

      W dzisiejszych czasach prawdziwa przyjaźń to nie jest częste zjawisko. Kiedyś przyjaźnie trwały i trwały, niemal od dzieciństwa. Moi rodzice mieli przyjaciół od wczesnej młodości i byli sobie w tej przyjaźni wierni. A dzisiaj słowo „przyjaźń” zdewaluowało się.

      Przyjaciel nie musi być obok nas dwadzieścia cztery godziny na dobę. Przyjaciel, to człowiek, do którego zadzwonimy za pięć czy dziesięć lat, a on będzie wiedział, kto do niego dzwoni i nie odmówi pomocy, czy choćby pogadania o różnych pierdołach czy pójścia na kawę.

      Dzisiaj ludzie mają mnóstwo znajomych, ale przyjaciół jak na lekarstwo.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (2) Pokaż komentarze do wpisu „Znajomości i przyjaźnie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 07 września 2018 16:01

Wyszukiwarka

Tagi

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny

Opcje Bloxa