...nie musi być gorsza od pierwszej.
piątek, 01 września 2017

Ja wiem z czego moja oponka się bierze i wiem, że pozbycie się jej nie stanowiłoby większego problemu ;-) Wystarczyłoby zrezygnować z lodów, naleśników i makaronów (to główne grzeszki) i jedzenia po godz. 19.00. Oczywiście gdybym tylko chciała, a raczej umiała, to zrobić. Znam jednak kobiety, które nie wiedzą skąd ich oponka się bierze, może z powietrza? Bo przecież jedzą jak wróbelek, rezygnują z pełnego obiadu, tu coś skubną, tam coś skubną…zatem skąd ten tłuszczyk?

Osobiście nie znam nikogo, kto ma nadwagę, a jednocześnie zdrowo się odżywia (dietetycznie) i nie ma żadnych kulinarnych słabostek. Znajome kobiety narzekające, że ich waga stoi w miejscu, a przecież tak mało w ciągu dnia zjadają, zapominają o pewnych drobiazgach, np. o kilku herbatniczkach albo orzeszkach wieczorową porą. Są to oczywiście minimalne ilości, prawie nic. Skoro takie nic, to czemu nie potrafimy z tego NIC zrezygnować i wtedy sprawdzić, czy waga drgnie.

Sama walczę z oponką od dawna, choć BMI mam prawidłowe. Jej istnienie spędza mi sen z powiek i nie chodzi tu wyłącznie o kwestię wyglądu, choć i to nie jest mi obojętne. Chodzi głównie o to, że otyłość brzuszna jest po prostu niebezpieczna dla zdrowia. Z pozbycia się oponki mogą więc wynikać same plusy, więc dlaczego wciąż nam się to nie udaje?

Wiemy teoretycznie, co robić, aby uporać się z tym problemem, a jednocześnie tak trudno nam zerwać z ćwiczonymi przez lata nawykami. Bo jedzenie, sposób jedzenia, ulubione potrawy, to jest element naszej charakterystyki, to są zachowania powtarzane od dzieciństwa, to w jakiejś części nasze „ja”. Pamiętam jakby to było dziś, kiedy po lekcjach w szkole wpadałam do domu z okrzykiem „jeść!”, pamiętam też, że pomimo zaspokojenia głodu, prosiłam o dokładkę. Podjadanie też było na porządku dziennym i nie byłam w rodzinie w tym odosobniona. Bo nawyki żywieniowe wynosimy z domu, także obserwując dorosłych, głównie rodziców. Stałe godziny posiłków, zjadane przy wspólnym stole, w dobrym nastroju i przyjaznej atmosferze – tak być powinno. W moim domu rodzinnym tak nie było. Każdy wracał o innej porze ze szkoły, z pracy, każdy jadł wtedy, gdy miał na to czas.

Niewiele znam kobiet tyjących wraz z wiekiem równomiernie, co wizualnie źle nie wygląda, bo proporcje są zachowane. Większość moich rówieśniczek tyje albo w brzuszek albo w biodra, nieproporcjonalnie i wygląda to… nieciekawie. Każda z nas wie, że w jedzeniu, jak w każdej innej dziedzinie życia, najlepiej zachować UMIAR. Problem w tym, że nasze kobiece hormonalne burze i emocjonalne huśtawki, są w stanie obrócić w niwecz, najlepsze chęci.

Im człowiek starszy, tym problem większy. Wystarczy rozejrzeć się po ulicach naszych miast. Obserwuję kobiety w wieku zbliżonym do swojego i niewiele z nich ma szczupłą sylwetkę. Tu nawet nie chodzi o szczupłość, ale o proporcjonalność, o której już wspomniałam. Zdecydowana większość ma większą lub mniejszą nadwagę. Wkraczając w wiek dojrzały i około menopauzalny warto byłoby uświadomić sobie jedną prawdę, otóż metabolizm zwolnił, więc trzeba jeść mniej niż kiedyś. A my co robimy? Albo nic sobie z tego nie robimy, albo jemy więcej. No bo stres, dołek psychiczny, problemy rodzinne, etc. Doprawdy świetnie to rozumiem, że wraz z wiekiem coraz mniej jest powodów do radości, a znacznie więcej do smutku , więcej pogrzebów niż ślubów, ale… trzeba to jakoś przyjąć na klatę i nie dokładać sobie jeszcze dyskomfortu z powodu wciąż przyciasnej garderoby, o problemach zdrowotnych nie wspominając. I chociaż w wieku 40-50 radykalne chudnięcie nie jest wskazane, to taka kilkukilogramowa oponka mogłaby zniknąć bez śladu, gdyby…. wziąć się do roboty. Odstawić to, co najbardziej szkodzi, i zacząć się ruszać. Tylko tyle i aż tyle.

Każda z nas ma swoje własne wymówki. Jedna rzuciła palenie i rzuciła się na jedzenie, co zaowocowało 20 kg nadwagi nie wiadomo kiedy. A teraz bardzo trudno tak dużą wagę zbić, bo… w miejsce papierosów pojawiły się pożądane cukierki, bułeczki, kluseczki, etc. Druga cierpi na niedoczynność tarczycy (sama należę do tej kategorii), co oczywiście tłumaczyło tycie, ale tylko do momentu rozpoczęcia suplementacji hormonów tarczycy. Kiedy już niedoborów nie ma, to nie ma też obiektywnych powodów do tycia. Trzecia zrzuci winę na klimakterium i spowolniony metabolizm, i też będzie miała rację, ale tylko do momentu, kiedy świadomie nie dostosuje się do nowej sytuacji, a więc nie zmniejszy dotychczasowych porcji jedzenie i nie zerwie z niezdrowymi nawykami, które do tej pory przechodziły jej bezkarnie. Doprawdy wiele mamy takich i podobnych argumentów, którymi tłumaczymy sobie własną… bezsilność wobec problemu.

Sama też nie mam się czym pochwalić, bo gdybym miała patent na sukces, to już dawno pożegnałabym się z własną oponką, ale nikt mi nie zarzuci, że nie próbuję, nie walczę, nie szukam rozwiązań. Zgodnie z zasadą, że problem tkwi w głowie, szukam wsparcia w mądrych publikacjach o zdrowym odżywianiu. Przeczytałam ich już wiele, interesują mnie zwłaszcza teksty o emocjonalnym (psychicznym) aspekcie jedzenia, gdyż wydaje mi się szczególnie ważny. Jeść trzeba, nie da się pożywienia odstawić jak np. papierosów, problem zaczyna się wtedy, gdy jedzenie staje się swoistym narkotykiem, źródłem przyjemności, przyjacielem, wrogiem, ucieczką, próbą zaspokojenia emocjonalnego głodu, substytutem miłości. W czeluściach internetowych zasobów znalazłam tekst pt. „Jedzenie jak narkotyk”, który dał mi do myślenia (www.blog.wrelacji.pl).

Próbowałam sobie samej wyjaśnić, dlaczego największe porcje jedzenia konsumuję wieczorem po powrocie do domu, czyli niezgodnie z mądrą zasadą, że kolację należy oddać wrogowi. Pierwsze wyjaśnienie jest takie, że nie jadam na mieście obiadu, a do pracy biorę wyłącznie „zdrowe jedzenie”, czyli sałatki warzywne, więc wracając do domu czuję się wygłodzona. Ale to chyba za cienki argument, bo przecież mogłabym zjeść na kolację małą porcję, a nie dużą. Mogłabym nie kupować po drodze deserku w postaci półlitrowego pojemnika lodów? A może jestem głodna nie tylko jedzenia, może też uwagi, zainteresowania, uczuć? Może wejście do pustego mieszkania wywołuje u mnie nieprzyjemne poczucie osamotnienia? Być może dlatego rzucam się natychmiast do przygotowywania jedzenia, a potem do obfitej konsumpcji, bo uciekam od takich myśli i emocji? Kiedy pojawiają się jakieś niechciane emocje, sięgamy po kolejną porcję jedzenia w przekonaniu, że to pomoże nam uporać się z nimi, a efektem jest tylko zepchnięcie ich gdzieś w podświadomość, skąd i tak następnym razem wyjdą. Serwując sobie ciastko na smutki, dokładamy problem poczucia winy i dodatkowych kilogramów, bo przecież smutek, a właściwie problem, który go wywołał, nie zniknął. Pomysłów na uniknięcie wieczornych uczt w domu mam wiele, np. jeść na mieście (ale …nie lubię, a jeśli już to sporadycznie), gotować na parę dni i mieć przygotowane coś do podgrzania (ale…wolę świeże), wracać późno do domu, najlepiej po zajęciach jogi czy pilatesu i zjadać coś małego, np. jabłko. Żaden z tych pomysłów na dłuższą metę w moim przypadku nie sprawdza się.

Oczywiście każdy z nas wie, czy ma problem z jedzeniem, czy nie? Czy uważa, że jego sposób odżywiania się jest prawidłowy i adekwatny do wieku czy nie? Nie jest moim zamiarem sugerowanie komukolwiek, że „ciastko na smutki” od czasu do czasu to zły pomysł. Ja oceniam go jako nienajlepszy, dla kogoś innego może być dobry i niech się tego trzyma. Zdarza mi się słyszeć teksty w rodzaju: dlaczego mam sobie odmawiać czegoś słodkiego, przecież człowiek ma tak niewiele przyjemności, i miałby sobie jeszcze odmawiać kawałka ciasta? No cóż, sama też często podążam takim tokiem rozumowania, kiedy jest mi źle i smutno, choć zdaję sobie sprawę, że to dość żałosne tłumaczenie.

Wracając z pracy do domu, przynosimy ze sobą nie tylko siatki z zakupami, ale też całodzienny stres, niezałatwione sprawy, niewypowiedziane żale, pretensje, gniew, ale bywa też, że przynosimy radość z jakiegoś sukcesu, fajny komplement, rozpierającą nas energię z jakiegoś powodu, ale nie mamy komu o tym opowiedzieć, nie ma z kim się tym podzielić, bo albo nikt w domu na nas nie czeka, albo nikogo to nie interesuje. Kto nas przytuli, kto sprawi, że poczujemy błogi spokój, na kim możemy wyładować gniew, agresję (gryząc i żując)? Jedzenie, nasz przyjaciel i wróg jednocześnie.

Relacje z jedzeniem są odzwierciedleniem naszej relacji z życiem, odbiciem naszych wierzeń i przekonań – czytam w tekście „Jedzenie jak narkotyk”. Aby ta relacja była zdrowa musimy przestać traktować jedzenie jako pocieszenie, sposób na stłumienie emocji czy poradzenie sobie ze stresem i nauczyć się znosić to, co ukryte i co wydaje się być nie do zniesienia. Może to być brak spokoju, pewności siebie, miłości, pustka. Jedzeniem zagłuszamy siebie, gdy życie wydaje się zbyt trudne, to odwracanie się od teraźniejszości, od bycia, tu i teraz.

W cytowanej publikacji znalazłam sposób na opanowanie chęci sięgnięcia po coś do zjedzenia. Otóż, dobrze jest zatrzymać się na chwilę, poobserwować ciało, uspokoić oddech, spróbować uświadomić sobie, co czuję i zadać sobie pytanie - czy jestem głodna? Jeśli jedzenie służy nam do zagłuszania czegoś, unikania, trzeba nauczyć się dopuszczać do siebie owe trudne myśli i emocje. One nas nie zniszczą, a pozwalając im dojść do świadomości, sprawiamy, że stracą swoją moc. Gotowość do konfrontacji z uczuciami takimi jak smutek, strach, gniew i poszukiwanie tego, co kryje się pod nimi, np. lęk przed odtrąceniem, opuszczeniem, samotnością, odbiera im siłę rażenia. Przyglądajmy się swoim emocjom z ciekawością i życzliwością, zwłaszcza tym, za którymi nie przepadamy i które próbujemy zagłuszyć.

czwartek, 24 sierpnia 2017

Kilka dni temu zadzwoniła do mnie Paulina i płaczliwym głosem oświadczyła, że zrywa z chłopakiem.

- Jak to?! - pytam - przecież było wam tak dobrze.

Znają się z Wojtkiem od dwóch lat. Ona 25, on 29 lat. Zakochani, szczęśliwi, zaczęli myśleć o ślubie. Widziałam go kilka razy na imprezach rodzinnych i zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. Fajny chłopak, da się lubić. Z opowiadań Pauliny wynikało, że świetnie się dogadują, a na obrazie tej znajomości nie ma żadnej rysy… no może oprócz jednej.

Chodzi o jego przyjaciółkę z biura. Kobieta ma męża i trójkę małych dzieci. Znają się z Wojtkiem długo. Przeżyli razem wiele różnych sytuacji na niwie zawodowej. Dobrze im się współpracuje. Spotykają się również poza pracą, wspólne imprezy nie są rzadkością. Jej mąż chyba nie widzi nic złego w tej zażyłości, a przynajmniej tego nie okazuje. Natomiast Paulina nie może się z tym faktem pogodzić. Dąsała się z tego powodu już wielokrotnie. W ostatnich dniach znów się pokłócili. Chodziło o imprezę u Wojtka, na którą on chce zaprosić przyjaciółkę, a Paulina sobie tego nie życzy. „Nie będę jej usługiwać” – twierdzi.

- Jesteś zazdrosna? – pytam.

- Nie o to chodzi – mówi Paulina. Nie zabraniam mu mieć kolegów i koleżanek, ale ja nie muszę się z nimi spotykać; skoro on wie, że ja nie toleruję tej kobiety, to nie powinien jej zapraszać.

- Ale dlaczego jej nie tolerujesz? – próbuję dociec przyczyn.

- Bo on więcej jej mówi niż mnie, bo to jej zwierza się z problemów, bo spędza z nią za dużo czasu, bo wysyłają sobie smsy o każdej porze dnia i nocy, bo …

- Czyli jednak zazdrość – pomyślałam.

Z jednej strony rozumiem postawę Pauliny, ale z drugiej uważam, że sprawa nie jest warta aż takich emocji, a stawianie ultimatum „albo ona albo ja” nie ma sensu. Przed poznaniem Pauliny Wojtek nie miał dziewczyny przez kilka lat. Jego przyjaciółka, jej rodzina, stali się dla niego bardzo bliscy. Spędzał z nimi dużo czasu. Czy poznanie Pauliny miałoby oznaczać jakąś radykalną zmianę w tych relacjach? A może to Paulina powinna się nauczyć żyć w takim „trójkącie”?

Nie wiem. Każdy związek jest inny. Zapewne Paulina z Wojtkiem jakoś się dogadają. Kiedy jest miłość, resztę da się jakoś załatwić. Nie zazdroszczę Paulinie tej … zazdrości. Sama mając dwadzieścia parę lat wielokrotnie ją czułam i nie było to miłe uczucie. Zrobiłam pod wpływem zazdrości kilka głupstw, zwłaszcza jednej sytuacji nie zapomnę, a nawet trochę się tego wstydzę.

To była moja studencka miłość na pierwszym roku. Dość szybko dowiedziałam się, że przede mną była Grażyna, sympatia ze szkoły średniej. Ja mieszkałam w akademiku, mój chłopak Marek z matką i siostrą w bloku, w innej części miasta. Nie pamiętam już, kto poinformował mnie o istnieniu owej Grażyny, chyba niedoszła teściowa. Natrafiłam przypadkiem na ich wspólne zdjęcia. Dlaczego byłam o nią zazdrosna, skoro ona była „była”, a ja aktualna? Docierały do mnie sygnały, że Grażyna nie może się od mojego chłopaka „odczepić”, wydzwania, a nawet przychodzi do domu. Słyszałam też, że źle się prowadzi, pije alkohol, balanguje, etc. Oczywiście Marek robił z siebie albo ofiarę jej namolności albo miłosiernego Samarytanina, który pomaga upadłej duszyczce.

Aż zdarzyło się coś, co niemal zwaliło mnie z nóg. Od czasu do czasu dzwoniłam do mieszkania Marka z automatu w akademiku i zdarzało się, że odbierała niedoszła teściowa albo siostra. Tym razem usłyszałam damski głos, ale kompletnie mi nieznany. Nieco skonsternowana poprosiłam do telefonu Marka, może on mi to wyjaśni. I słyszę…”KOTKU, telefon do ciebie”. Ożeż ty! Rzuciłam słuchawką. Załamana wróciłam do pokoju w akademiku. Koniec z Markiem – oświadczyłam koleżankom. Spojrzały na mnie z politowaniem, bo już nie raz to słyszały.

Następnego dnia była niedziela, pojechałam jak zwykle do kościoła na studencką mszę. Kiedy wyszłam na zewnątrz czekał na mnie Marek. Nie chciałam z nim rozmawiać. Skierowałam się w przeciwną stronę. On za mną. Zaczęłam biec. On też. W końcu złapał mnie za rękę i nie chciał puścić. Już nie pamiętam, dlaczego dałam się wciągnąć do pobliskiej kawiarni, chyba po prostu wstydziłam się ludzi, patrzących na szarpiącą się parę. No i zaczęło się tłumaczenie. Jak łatwo się domyślić, ten damski głos w słuchawce to była Grażyna. Podobno przyszła oddać pieniądze, które kiedyś Marek jej pożyczył. Podobno była pod wpływem alkoholu i złapała za słuchawkę telefonu, bo siedziała bliżej. Podobno nic między nimi nie zaszło, bo on już nic do niej nie czuje. A do mnie czuje… Słuchałam, słuchałam, nie wierzyłam, wierzyłam. Miałam mętlik w głowie. Chciałam uciec, aby nie musieć tego wszystkiego słuchać. Jednak upór Marka przyniósł rezultaty. Po jakimś czasie zmiękłam, ale NIE ZAPOMNIAŁAM.

To ziarenko zazdrości, które we mnie zakiełkowało, nie dawało mi spokoju. Każde spóźnienie, każdy nieodebrany telefon, każdy wyjazd wywoływały u mnie niepokój. A może znów spotkał się z tą Grażyną? Znałam jej adres. Mieszkała z rodzicami rzut beretem od Marka, co tym bardziej mnie frustrowało i potęgowało podejrzenia. Pewnego wieczoru nie odbierał telefonu, a powinien być w domu. Próbowałam kilka razy. Bezskutecznie. W mojej głowie pojawiła się natrętna myśl, że zapewne znów spotkał się z byłą dziewczyną. Godzina była już późna, ulice puste, a mnie nosiło do tego stopnia, że postanowiłam pojechać na drugi koniec miasta, najpierw pod blok Marka, a potem w okolice mieszkania Grażyny. Szukałam na parkingu jego samochodu, gdyż przypuszczałam, że tym razem to on jest u niej, skoro u niego w mieszkaniu nie paliło się światło. Samochodu nie było. Z duszą na ramieniu krążyłam po osiedlu w zimnie i deszczu, aż w końcu zrezygnowana wróciłam do akademika. Sama nie wiem, czego oczekiwałam, chyba chciałam złapać Marka na gorącym uczynku, udowodnić mu kłamstwo. Niczego nie udowodniłam, jedynie zmarzłam i zmokłam. Całe szczęście, że nikt mnie nie napadł, bo nie była to spokojna dzielnica, a godzina zdecydowanie nieodpowiednia do spacerów między blokami. Oczywiście nie przyznałam się Markowi do swojej nocnej eskapady. Nie byłam z siebie dumna. Nie pamiętam już, jak tłumaczył się z nieobecności w domu, kiedy dzwoniłam. Zapewne jak zwykle mało wiarygodnie, a ja jak zwykle wysłuchałam, ale swoje wiedziałam. Brak zaufania może zniszczyć każdy związek, dlatego, jak łatwo się domyślić, mój związek z Markiem przeszedł do historii. A z dzisiejszej perspektywy mogę tylko stwierdzić, że dobrze się stało. Bo to zły mężczyzna był. A Grażyna? Słyszałam, że jeszcze pojawiała się w jego życiu długo potem, kiedy mnie już w tym życiu nie było. Może byli sobie pisani?

Dzisiaj wspominając tamten czas, mogę sobie żartować, ale wtedy do śmiechu mi nie było. Czy byłam zazdrosna, bo tak bardzo mi na Marku zależało? Nie wiem. Wiem, że nie chciałam być oszukiwana, więc to raczej kwestia ambicji. A może u źródła zazdrości tkwił brak asertywności? Osoba pewna siebie określi jasne granice, których partner nie może przekraczać, w przeciwnym razie po prostu odchodzi, a nie żyje w niepewności i dyskomforcie. 

Mówi się, że nie ma miłości bez zazdrości. Być może lekka zazdrość podwyższa temperaturę związku, podkręca namiętność, ale taka zazdrość, jaką ja czułam błąkając się nocą między blokami Marka i Grażyny z pewnością nie była czymś normalnym, a już na pewno nie była zdrowa. Kiedy więc słucham Pauliny wyczuwam te same, niezdrowe emocje, z którymi sama kiedyś się zmagałam, i wiem, że nic dobrego z tych emocji nie wyniknie, ale… to jest już jej życie. Niech dokonuje własnych wyborów i sama za nie płaci, jako i ja zapłaciłam.

środa, 16 sierpnia 2017

To nie musiało się zdarzyć. Mogłam tego uniknąć, gdybym była przewidująca…

A może to miało się zdarzyć, jeśli ktoś wierzy w przeznaczenie? I trzeba tylko dziękować Bogu, że wyszłam z tego praktycznie bez szwanku.

W poprzednim wpisie wspomniałam o ulotności chwili, nieprzewidywalności życia… i znów coś z tej samej serii się zdarzyło. Wracałam do siebie z długiego weekendu. Jechałam miejskim autobusem na dworzec kolejowy. Nie miałam biletu na pociąg i chciałam wyskoczyć szybko z autobusu, aby dotrzeć błyskawicznie do kas dworcowych. Ustawiłam się więc przy drzwiach, zanim autobus się zatrzymał. Stała już tam pewna pani w średnim wieku. Jej obecność trochę mi przeszkadzała, bo lubię nie tylko trzymać się poręczy, ale także mieć jakąś „blokadę”, taką na wypadek hamowania. Nie przypuszczałam, że takie gwałtowne hamowanie zdarzy się właśnie tym momencie. A jednak… Jakiś samochód zajechał drogę naszemu autobusowi i kierowca wcisnął hamulec do końca. Obie ze wspomnianą panią runęłyśmy na podłogę autobusu. Ułamek sekundy. Nawet nie pisnęłam. Miałam wrażenie, że mój upadek był niegroźny. Może lewe ramię coś poczuło. Byłam w szoku. Ktoś próbował pomóc mi wstać, podziękowałam i sama się podniosłam. „Towarzyszka niedoli” była chyba w gorszym stanie, bo wstać nie mogła, ktoś jej pomagał, kierowca się tłumaczył, a ja… ruszyłam na dworzec, bo przecież bilet, bo przecież pociąg….

Po zakupieniu biletu zaczęłam czuć ból w prawej dłoni, dwa palce były szczególnie obolałe, ale ruszać nimi mogłam, więc raczej niezłamane. Czułam, że lewe ramię jest stłuczone i jakiś siniak w tym miejscu będzie, ale uznałam to wszystko za drobne urazy. Byłam ciekawa, co stało się z moją „towarzyszką niedoli”. Ponieważ pociąg miał kilkuminutowe opóźnienie, wróciłam na przystanek. Zobaczyłam ją. Akurat zmierzała powoli w kierunku dworca. Zapytałam jak się czuje. Okazało się, że odczuwa ból kręgosłupa, bo padając uderzyła w krawędź podestu. Wahała się, czy nie zrezygnować z planowanego wyjazdu i nie wrócić do domu. Obie wyraziłyśmy nadzieję, że konsekwencje upadku nie okażą się dla żadnej z nas groźne. Pożegnałam się.

Nadjechał pociąg. Nie miałam ochoty na lekturę, palce bolały, samopoczucie oscylowało w dolnych granicach skali. A miałam jeszcze plany na popołudnie i wieczór. Zrezygnowałam z nich. Palce spuchły, a dziś dodatkowo zsiniały. Zastosowałam środki na stłuczenia i opuchliznę, na razie bez większego efektu. Siniak na ramieniu robi duuuże wrażenie.

Całkiem niedawno byłam świadkiem podobnej sytuacji, ale na szczęście nie byłam poszkodowana. Starszy mężczyzna stał przy drzwiach autobusu, który gwałtownie zahamował, a pan runął do tyłu jak długi. Na domiar złego był to człowiek niepełnosprawny, podpierał się kulą. Jego upadek wyglądał groźnie. Razem z innymi pasażerami pomogłam panu wstać, twierdził, że nic go nie boli i nie potrzebuje pomocy. Trzymając go pod rękę poczułam zapach alkoholu, a godzina była poranna. Może ten alkohol w jakimś stopniu go znieczulił – pomyślałam, a może rzeczywiście nic mu się nie stało, zgodnie z zasadą „pijany ma szczęście” .

Ze wszystkich publicznych środków transportu preferuję pociągi. Gwałtowne hamowanie pociągu zdarza się incydentalnie i sama nigdy tego nie przeżyłam, a podróżuję pociągami często. W mieście muszę korzystać z autobusu i tramwaju, oba te środki transportu poruszają się wśród innych użytkowników dróg i gwałtowne hamowanie zdarza się bardzo często. Przed kilku laty też miałam przygodę w autobusie. Wskutek gwałtownego hamowania wylądowałam na podłodze, tym razem poleciałam do przodu z pozycji siedzącej, walnęłam głową w podłogę, na szczęście niegroźnie.

Jakie wnioski z tych historii płyną? Oczywiście trzeba uważać i przewidywać. Wstawać i przemieszczać się do drzwi, kiedy autobus już staje, a nie kiedy dopiero dojeżdża do przystanku. Starałam się zawsze tej zasady trzymać, gdyby nie „towarzyszka niedoli” zapewne tym razem też jakoś bym się … uratowała przed upadkiem. Inny wniosek jest taki, aby po ewentualnym upadku spokojnie usiąść i ocenić, co nas boli, a nie lecieć gdzieś, np. do pociągu na łeb na szyję. Można wymienić się namiarami ze świadkami zajścia, spisać numer autobusu. Nigdy nie wiadomo, co może się zdarzyć, kiedy szok minie. Znane są historie osób, które będąc w szoku po wypadku samochodowym potrafią przejść kilka kilometrów i sprawiać wrażenie zdrowych i całych.

Na szczęście moje obrażenia są nieznaczne, choć dokuczliwe. Oczywiście, zamierzam bardziej uważać, ale … czy pewnych sytuacji da się uniknąć? Przecież …gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by się położył.

środa, 09 sierpnia 2017

Zdarzyło się to przed rokiem. Pamiętam ten dzień dobrze. Był piękny, słoneczny poranek. Zadzwonił budzik. Pora wstawać… pomyślałam i podniosłam głowę. Jednak ona nie chciała mnie słuchać i wróciła na poduszkę. Kolejna próba i to samo. Co jest? Leżę 5 minut, patrzę w sufit, czuję, że wszystko wiruje. Co się dzieje, co robić? Telefon pod ręką, na szczęście. Okno daleko. Drzwi jeszcze dalej. Próbuję sturlać się na podłogę, udaje mi się jakoś dotrzeć do okna i szeroko je otworzyć, w nocy było tylko uchylone. Co dalej? Dzwonić gdzieś czy czekać? Co mi jest? Czuję się bezradna. Nie mogę wstać, ale jestem całkiem przytomna i myślę, że chyba nic gorszego już mnie nie spotka. Spędzam na podłodze w pozycji siedzącej kilka minut, a potem próbuję się przemieścić w kierunku łazienki. Wolno, bardzo wolno, udaje mi się podnieść i dojść do łazienki trzymając się po drodze wszystkiego, czego można się chwycić. Uff, udało się. Po kolejnych minutach czułam się już mniej przerażona, a zawroty głowy osłabły. Uspokoiłam się. Może to tylko chwilowe i zaraz wszystko wróci do normy. I wróciło, prawie. Po godzinie mogłam już podjąć próbę wyjścia z mieszkania.

Z duszą na ramieniu ruszyłam w kierunku przystanku autobusowego. Czułam się niepewnie, chyba bardziej ze strachu, od czasu do czasu miałam wrażenie niestabilności. Dotarłam do pracy. Zadzwoniłam do przychodni i za godzinę siedziałam już w gabinecie lekarskim. Od tego momentu zaczęła się moja wielomiesięczna przygoda ze służbą zdrowia, której celem było poszukiwanie przyczyn owych zawrotów. Po roku mogę stwierdzić, że przyczyny nie znaleziono. Zawroty minęły, oby bezpowrotnie.

I w związku z tą rocznicą naszły mnie pewne refleksje. Pierwsza dotyczy mieszkania w pojedynkę, co dotychczas w ogóle mi nie przeszkadzało, ale…w pewnym wieku przestaje być … bezpieczne. W przypadku małżeństwa, nawet żyjącego jak pies z kotem, to jedno drugiemu szklankę poda, nie mówiąc już o wezwaniu pogotowia. A ja, kiedy straciłabym przytomność, to nikt by tego nie zauważył. Gdyby to było rano, to w pracy zaczęliby się niepokoić, ale dopiero po kilku godzinach. Szansą są w tym przypadku stałe godziny kontaktu z rodziną. Brak telefonu zostałby odczytany jako sygnał, że coś jest nie tak. I tak jednak parę godzin by upłynęło, a przecież w niektórych sytuacjach każda minuta ma znaczenie. I to jest naprawdę poważny minus mieszkania w pojedynkę, którego kiedyś w ogóle nie brałam pod uwagę. A lata płyną, jestem coraz starsza…i różne dolegliwości mogą się pojawiać.

Dotarło do mnie, że trzeba się do różnych wariantów przyszłości przygotować, choćby do sytuacji, że nie mogę wstać z łóżka, albo że muszę natychmiast jechać do szpitala. Przede wszystkim trzeba mieć grono ludzi, na których w takich sytuacjach można liczyć. Nie jest to sprawa prosta zważywszy na fakt, że moja rodzina mieszka w innym mieście.

Inna refleksja w rok po owym zdarzeniu dotyczy …dziedziczenia przypadłości. Kiedy poinformowałam swoją rodzicielkę o zawrotach głowy, a zrobiłam to w miesiąc po pierwszym incydencie, stwierdziła rozbrajająco, że ona też takowe miała i było to prawie dokładnie w moim wieku. Nic o tym nie wiedziałam, albo zapomniałam. Okazało się, że i w jej przypadku zawroty minęły tak szybko jak się pojawiły, a lekarz starej daty stwierdził, że to po prostu objaw … klimakterium. Nauczona tym doświadczeniem wypytuję mamę o jej dolegliwości, aby w razie czego być na nie przygotowana i nie wpadać w panikę, kiedy się pojawią. Już wiem, że będę miała problemy z kręgosłupem, w zasadzie to już mam, ale może być, niestety, gorzej, dlatego próbuję temu jakoś zaradzić ćwicząc i trzymając dietę. Z tarczycą jest tak, że ja mam niedoczynność, a mama nadczynność, zresztą wszystkie kobiety w rodzinie mają problemy z tarczycą.

Kolejna refleksja, o naturze bardziej egzystencjalnej, dotyczy ulotności chwili, kruchości życia. Człowiek kładzie się wieczorem spać, a rano może już się nie obudzić. Kiedy słyszę o wypadkach, zwłaszcza w okolicy mojego domu i firmy, to myślę, że to mogłabym być ja. Nie trzeba się wcale śpieszyć, nie trzeba przebiegać na czerwonym świetle, aby stać się ofiarą wypadku. Można zwyczajnie stać na przystanku, albo przechodzić na pasach, i zginąć w ułamku sekundy. Można przechodzić obok bloku mieszkalnego i na głowę może nam spaść … samobójca (taka historia wydarzyła się kiedyś w stolicy). Można myć okno w kuchni, za mocno się wychylić, i spaść z 9 piętra (to też się naprawdę gdzieś zdarzyło). Mijam pewne miejsce wracając z pracy, gdzie przez wiele miesięcy stał zapalony znicz. Nie wiedziałam, co tam się stało. Przeszukałam zasoby Internetu i trafiłam na krótką notkę, że na skrzyżowaniu takim a takim doszło do śmiertelnego wypadku. Zderzenie dwóch samochodów spowodowało, że jeden z nich wpadł na chodnik i potrącił młodego chłopaka czekającego przed przejściem dla pieszych na zielone światło. Kiedy czekam na tym przejściu, a obok śmigają samochody, myślę o nim, jego życiu, rodzinie, planach i marzeniach. To też mogłam być ja albo ktoś inny. Nikt nie wie, co go czeka za rogiem. Czy takie refleksje mają sens? Dla mnie mają. Myślę, że świadomość ulotności, kruchości życia, przypominanie sobie o tym w różnych sytuacjach, ma wiele zalet. Zmusza nas do działania i nie odkładania ważnych spraw na tzw. jutro, mobilizuje do spędzania czasu produktywnie, bo każda godzina staje się cenna, do okazywania uczuć bliskim i dalszym, do poszukiwania sensu własnej egzystencji, a przynajmniej do zastanawiania się nad tym.

piątek, 04 sierpnia 2017

Kiedyś umierało się w domu, ostatecznie w szpitalu. Dziś miejscem odejścia na wieczny spoczynek stają się coraz częściej tzw. domy spokojnej starości albo domy opieki. Kiedyś oddanie rodzica do takiego domu zdarzało się rzadko i traktowane było jako coś …nagannego. Dziś jest to zjawisko powszechne i nie wzbudza już kontrowersji, a raczej zrozumienie. Zapewne dla nikogo nie jest to łatwa decyzja, a podjęcie jej może skutkować wyrzutami sumienia, zwłaszcza w przyszłości, kiedy już rodzica zabraknie. Z drugiej strony trzeba mieć świadomość, jak wiele wysiłku, kosztów i wyrzeczeń wiąże się z opieką nad osobą starszą, tym bardziej taką, która cierpi na poważne schorzenia, związane nie tylko z zaawansowanym wiekiem.

Moja koleżanka Kasia stanęła ostatnio przed takim dylematem i choć decyzję już podjęła, wciąż dręczy ją poczucie winy. Jej Mama ma prawie 90 lat i wiele chorób, o demencji nie wspominając. Dotychczas mieszkała sama, choć Kasia mieszkając w tej samej dzielnicy bywała u niej codziennie, ponadto zatrudniała opiekunkę na kilka godzin dziennie. Przyszedł taki dzień, że organizm rodzicielki zbuntował się na kilku frontach i trzeba było wezwać pogotowie. Szpital zrobił, co mógł, a po kilku tygodniach uznał, że stan jest… stabilny i można pacjentkę wypisać do domu. Problem w tym, że dotychczasowe możliwości opieki, jakie Kasia posiadała, okazały się zdecydowanie niewystarczające w obecnej sytuacji zdrowotnej jej Mamy.

I tu pojawił się problem. Co będzie lepsze i dla kogo? Czy Kasia jako osoba pracująca jest w stanie zapewnić Mamie odpowiednią opiekę, nawet przy pomocy innych osób? Czy lepiej poszukać odpowiedniego domu, gwarantującego całodobową opiekę lekarską i pielęgniarską? Znalezienie takiego domu, wbrew pozorom, nie jest sprawą prostą, a opłaty też są niebagatelne. Kasia znalazła takie miejsce i w porozumieniu z rodziną postanowiła umieścić tam Mamę. I choć kontakt z nią jest znacznie utrudniony, to Kasia czuje, jakby rodzicielka miała do niej o to żal, a może sama mając poczucie winy dostrzega coś, czego w rzeczywistości nie ma. Kiedy odwiedza ją, Matka odwraca głowę i zamyka oczy, jakby nie chciała jej widzieć. Rozmawiałam z Kasią w ostatnich dniach wielokrotnie i choć znamy się kilkadziesiąt lat, nigdy nie widziałam jej tak załamanej jak teraz. Podjęcie tej decyzji kosztowało ją wiele, ale czy miała inne wyjście?

Podobną sytuację miał dwa lata temu mój kolega mieszkający w Niemczech, ale on nie miał żadnych wątpliwości jak postąpić, ani tym bardziej nie miał poczucia winy. Po prostu wynajął mieszkanie swojej rodzicielki, a pieniądze z wynajmu przeznaczył na pokrycie kosztów jej pobytu w domu opieki, dopłacając jeszcze solidarnie z rodzeństwem pewną sumę, gdyż miesięczny koszt takiego pobytu jest tam bardzo wysoki. Kolega nie wspominał mi, aby kiedykolwiek tej decyzji żałował, po prostu uznał ją za najlepszą z możliwych.

Każdy człowiek, który staje przed takim dylematem, bierze odpowiedzialność za taką decyzję i będzie musiał z nią żyć do końca swoich dni. Chyba nie ma złych, ani dobrych wyborów, najczęściej są tylko realnie możliwe.

wtorek, 11 lipca 2017

Kolega przysłał mi zdjęcia ze swojego urlopowego wyjazdu, na którym miałam odnaleźć aktualną „kobietę jego życia”. Na zdjęciu było kilka kobiet w wieku zbliżonym do pięćdziesiątki. Na jedną z pań zwróciłam szczególną uwagę, bo na pierwszy rzut oka wyglądała na zdecydowanie młodszą od innych pań z towarzystwa. Przyjrzałam się dokładniej i doszłam do wniosku, że to chyba typowa „dzidzia-piernik”, czyli kobieta dojrzała ubierająca się jak … młódka. Owa pani miała bardzo obcisłe jeansy z szerokim paskiem z klamrą, różową, lekko falbaniastą bluzkę z odsłoniętym ramieniem i … czarnym ramiączkiem i jeszcze kilka drobiazgów, które do takich, a nie innych skojarzeń mnie skłoniły. 

Następnego dnia kolega przysłał mi znów kilka zdjęć, na których ponownie odnalazłam ową panią, tym razem w kwiaciastej sukience mini, wyjątkowo krótkim mini. Pomyślałam, że widocznie pani taki styl odpowiada, ma do tego prawo i nie musi przejmować się tym, że ktoś o niej powie „dzidzia-piernik”. Osobiście jednak staram się takiego stylu unikać i ubierać tak, aby na powyższe określenie nie zasłużyć, czyli … stosownie do wieku, chociaż w miarę nowocześnie. Są przecież ubrania ponadczasowe, eleganckie bez względu na wiek. Promotorką takiego stylu wśród dojrzałych Polek jest Krystyna Bałakier, na której bloga często zaglądam i zachęcam do tego znajome kobiety.

Na swojej modowej drodze unikania stylu „dzidzi-piernik” dostrzegam dwie rafy, które staram się z różnym skutkiem omijać. Pierwsza z nich to moje … młodsze koleżanki. Mam takie dwie 30+, z którymi często wybieram się na zakupowe szaleństwa, i zdarza mi się zapomnieć, że nie jesteśmy równolatkami i to, co one kupują niekoniecznie pasuje do mnie i odwrotnie. One kupują dziurawe i wygniecione spodnie, na które ja nawet spojrzeć nie chcę :-) One odkrywają ramiona i plecy, a ja szukam czegoś, co ładnie je zakryje. Różnimy się oczywiście w preferencjach, ale zdarza mi się … zaszaleć kupując coś, co dziewczynom się podoba, a ja mam potem wątpliwości, czy na pewno będę w tym wyglądać wystarczająco … dojrzale. Np. dziewczyny namawiają mnie do założenia trampek do sukienki, a ja wciąż nie mogę się na taką ... ekstrawagancję zdobyć.

Drugi problem sprowadza się do pojemnej szafy skrywającej w swoich czeluściach ubrania sprzed 5, 10, a nawet 20 lat, które wyjątkowo lubię, a które albo już mi nie pasują, albo w jakiś niewyjaśniony sposób zbiegły się w sobie. :-)

Kiedy patrzę na kobietę ze zdjęć przesłanych przez kolegą, to myślę, że być może wpadła w pułapkę pojemnej szafy i zakłada rzeczy kupione przed wieloma laty. A może po prostu zawsze nosiła się młodzieżowo i trudno jej pogodzić się z faktem, że czas biegnie nieubłaganie i kiedyś taki styl przestaje wyglądać …apetycznie.

Z jednej strony jestem zwolenniczką modowej wolności, z drugiej nie przepadam za skrajnościami, najlepszy jest jak zwykle "złoty środek".

Ps. Zainteresowanym tematem polecam tekst Krystyny Bałakier pt. Jak nie zostać dzidzią piernik.

piątek, 07 lipca 2017

Każdy kiedyś zaczynał … od nowa. Nowa szkoła, nowa praca, nowe miejsce zamieszkania, nowy związek, a często po prostu nowe życie. Niektórzy zapewne robili to w swoim życiu wielokrotnie, może lubią zmiany, a może po prostu tak im się życie układa. Mnie chodzi o zaczynanie od nowa w pełnym tego słowa znaczeniu. Po prostu wychodzisz z domu z walizką, w której masz cały swój dobytek. Zostawiasz w tyle całe swoje dotychczasowe życie, w tym partnera, z którym spędziłaś ileś tam lat. W tym sensie sama zaczynałam od nowa tylko raz i wystarczy.

Zainspirowana historiami kobiet, których blogi miałam ostatnio okazję poczytać, a także swoimi własnymi doświadczeniami, postanowiłam wrócić myślami do tych szczególnych dni w moim życiu, z pewnością przełomowych. Może kiedyś w tym miejscu o nich wspominałam, choć nie jestem zwolenniczką grzebania się w przeszłości, ani nie przeceniam waloru terapeutycznego takich wynurzeń. A jednak czasem warto do wspomnień wrócić, aby spojrzeć na wszystko z nieco innej perspektywy niż rok, 5, czy 10 lat temu.

A było to tak… Miałam 35 lat, męża, pracę, lokum, gdzie czułam się gospodynią pełną gębą. Patrząc z boku prowadziłam całkiem fajne życie. Ale przyszedł taki dzień, że została mi z tego jedynie skromnie wynagradzana praca. Pamiętam jak stojąc na przystanku autobusowym i trzymając torbę podróżną w ręku, wiedziałam, że już nigdy w to miejsce nie wrócę. Po raz pierwszy byłam tego pewna. Bo wcześniej podejmowałam próby odejścia nie raz. Zdarzyło mi się nawet wynająć i opłacać pokój przez kilka miesięcy, aby następnie stwierdzić, że to nie ten moment, że jeszcze do odejścia nie dojrzałam. Każdy ma swój punkt krytyczny. Kiedy słyszę apele skierowane do kobiet tkwiących w toksycznych związkach, aby uciekały jak najdalej, to sobie myślę: jak to łatwo powiedzieć. Trzeba to przeżyć, aby wiedzieć, co się wtedy z człowiekiem dzieje. Dla mnie najlepszym słowem opisującym ten stan jest hibernacja, emocjonalna i fizyczna. Niby żyjesz, niby funkcjonujesz, ale jakby to nie było Twoje życie, jakbyś grała rolę w jakimś podrzędnym filmie. Nie możesz podjąć żadnej decyzji, bo czujesz się sparaliżowana. Wiesz, że coś jest nie tak, że to coś złego, że powinnaś coś z tym zrobić, ale jeszcze nie widzisz światełka w tunelu i tkwisz w tym wszystkim siłą bezwładności. Słowa tracą swoje prawdziwe znaczenie, uczucia nie mogą dojść do głosu. Jest z Tobą coraz gorzej, cierpisz na bezsenność, jesz albo za dużo, albo za mało, palisz jak smok, czasami pijesz za dużo, aby w ogóle przestać cokolwiek czuć. Błędne koło.

I nadchodzi ten dzień, kiedy odchodzisz. Mniejsza o ten ostateczny impuls. Dla jednej kobiety to będzie kolejna nieprzespana noc w oczekiwaniu na męża pijaka, dla drugiej policzek od damskiego boksera, dla trzeciej wyzwiska czy po prostu o jedno słowo za dużo. Taka przysłowiowa kropla, która przelewa czarę goryczy.

Odchodzi się w nieznane. Najczęściej w znacznie gorsze warunki lokalowe. W moim przypadku byłam zmuszona wynająć pokój przy starszej pani, bo na wynajęcie samodzielnego mieszkania nie było mnie stać. Poziom życia może nie obniżył mi się drastycznie, ale jego komfort z pewnością. Mój pokój składał się z łóżka, stołu, krzesła i regału z książkami w języku francuskim. Na szczęście miałam pracę, zresztą wtedy nie było jeszcze z pracą tak źle jak obecnie, więc nie miałabym problemu ze znalezieniem innego zajęcia odpowiadającego kwalifikacjom. Nie chciałam już jednak żadnych zmian, zadowalałam się tym, co miałam i dziękowałam za to Bogu.

Byłam sama. Rodzina mieszkała w innym mieście. Wspierali mnie w decyzji o rozwodzie. Były mąż podejmował jeszcze kilka prób przekonania mnie do powrotu, a w sądzie stwierdził, że nadal mnie kocha (sic). Nie potrzebowałam adwokata, sama napisałam pozew i dla świętego spokoju zrezygnowałam z orzekania o winie. Nie było podziału majątku. Mieszkanie było odrębną własnością męża. Zabrałam z niego wyłącznie swoje (nawet nie nasze wspólne) rzeczy. Zrobiłam wszystko, aby jak najszybciej uwolnić się od przeszłości i od niego.

35 lat to był dobry wiek na odejście. Można było zacząć od nowa. Można było stworzyć nowy, tym razem szczęśliwy związek. Można było… Okazji nie brakowało, brakowało czegoś nieokreślonego, chyba przekonania, że szczęście jest możliwe, jeśli się na nie otworzyć. A ja może byłam zamknięta, a może przestałam je rozpoznawać. Wydawało mi się, że to ta druga strona musi chcieć, musi wiedzieć, musi czuć, że ja sama ewentualnie mogę się albo zgodzić albo nie. W życiu trzeba wiedzieć, czego się chce i do tego dążyć. A ja po rozwodzie nic nie wiedziałam, nie wiedziałam, czy chcę związać się z kimś ponownie.

Odejść fizycznie jest łatwiej niż uwolnić się psychicznie od tego wszystkiego, co się przeżyło. Rozwód jest porażką dla obu stron. Trauma porozwodowa nie mija bez śladu po tygodniu, miesiącu czy roku. Czasami ciągnie się znacznie dłużej i przejawia się w różnych naszych zachowaniach, w strachu przed bliskością, w niepewności i braku wiary w drugiego człowieka, albo w przekonaniu, że „wszyscy faceci to świnie”. Poczucie własnej wartości, jeśli nawet kiedyś było, po rozwodzie leci na łeb na szyję i trudno jest je odbudować. Często potrzeba wielu lat, aby wrócić do równowagi. Sama straciłam niejedną zawodową szansę, na własne życzenie, gdyż nie wierzyłam w swoje możliwości. Powoli jednak i mozolnie pięłam się w górę. Awansowałam, zarabiałam więcej, praca przynosiła mi satysfakcję i absorbowała mnie na tyle, aby nie odczuwać pustki. W dość krótkim czasie dorobiłam się własnego lokum. Intensywne życie zawodowe i towarzyskie, dobra kondycja fizyczna, stabilizacja finansowa, to wszystko sprawiało, że byłam zadowolona, nie czułam presji na bycie z kimś na stałe, tym bardziej, że zawsze ktoś interesujący się pojawiał. Jednak ten beztroski czas szybko minął, potem zaczęły się gorsze dni, jak to w życiu bywa, problemy zdrowotne, rodzinne, odejścia bliskich, stagnacja zawodowa, etc.

Kiedy patrzę na tamtą przeszłość z dzisiejszej perspektywy … nie żałuję. Nie żałuję tego, czego nie zrobiłam, a dziś wiem, że mogłam to zrobić, gdybym chciała, nie wiem tylko, czy dałoby mi to szczęście, bo tego nigdy się nie wie.

Nie żałuję, bo wiem, że gdybym chciała, to mogłabym…

 

PS. Gdybym dziś zaczynała od nowa, wyjechałabym za granicę, najlepiej tam, gdzie są piękne krajobrazy i gdzie ludzie się uśmiechają i odnoszą z szacunkiem do innych, zwłaszcza do osób starszych :-)

wtorek, 04 lipca 2017

Na progu urlopowego wypoczynku zadaję sobie pytanie, czy jestem w stanie zapełnić ten wolny czas fajnymi zajęciami? Bo przecież… ile można leżeć na plaży lub spacerować? Ile można przeczytać książek? Ile można zjeść lokalnych specjałów? Ile można słuchać opowieści różnej treści wyjazdowego towarzystwa?

A może po prostu kompletnie nic nie robić? Ostatecznie po to bierze się urlop, aby przestać zapełniać sobie czas, odpocząć od załatwiania, wykonywania, spełniania obowiązków. Ale czy jest to w ogóle fizycznie możliwe, aby niczym się nie zajmować, zresetować umysł, po prostu … oderwać się od ziemi.

Taki stan wydaje mi się bardzo pożądany, ale czy to może się udać. Kiedy pytam bliższych i dalszych znajomych o urlopowe zajęcia odpowiadają, że wreszcie …robią to, na co w ciągu całego roku brakuje im czasu i wymieniają np. nieprzeczytane książki, nieobejrzane filmy, koncerty, tańce i inne rozrywki. Świat tak dużo nam przecież oferuje. Kochający podróże i w ten sposób spędzający swoje urlopy nie muszą się nawet zastanawiać nad zajęciami, bo sama podróż jest już wystarczająco absorbująca. Ale co robić, kiedy nie potrafi się nic nie robić, a tkwi się w jednym miejscu, bez partnera „od serca”, a ewentualne towarzystwo albo ma podobne dylematy albo spędza czas na zajęciach dla nas mało pociągających, np. w barze?

Niedawno koleżanka wydzwaniała do mnie z tzw. wczasów jęcząc, że ma już dość wypoczynku, jest nim okrutnie zmęczona i najchętniej wróciłaby do domu i do pracy. A może nie potrafimy nic nie robić, bez poczucia winy? Po prostu leniuchować słodko ładując w ten sposób akumulatory na kolejne wyzwania, jakie w ciągu roku nas czekają. Delektować się ciszą, pustką, jakby jechać na „jałowym biegu”. Może brak zadań i taka cisza wywołują myśli, od których na co dzień się ucieka albo spycha głęboko w podświadomość, a więc myśli o przemijaniu i nieuchronnym końcu wszystkiego?

Trafiłam w necie na opis eksperymentu psychologów z uniwersytetów Harvarda i Virginii, z którego wynika, że łatwiej nam znieść rażenie prądem niż wytrzymać 15 minut samotnej refleksji. Zadanie było proste. Chodziło o to, by przez 15 minut siedzieć na krześle w zupełnie pustym pokoju i myśleć na dowolnie wybrany przez siebie temat. Jednak dla większości zbadanych przez psychologów ludzi wytrzymanie kwadransa bez zajęcia okazało się zbyt trudne. Wielu wolało nawet zaaplikować sobie niegroźny, ale bolesny elektrowstrząs, niż po prostu spokojnie siedzieć. Na wynik badania nie miały wpływu płeć, wiek, wykształcenie i pozycja społeczna uczestników. Perspektywę samotnego milczenia wszyscy znosili równie źle.

Ciekawe wnioski, choć chyba w moim przypadku „samotne milczenie” nie jest aż tak straszną perspektywą, zważywszy, że od dłuższego czasu sama mieszkam :-)

środa, 17 maja 2017

Różnice wieku w związkach są zjawiskiem powszechnym i już dawno przestały bulwersować opinię publiczną. Chodzi oczywiście o znaczne różnice, a nie takie 5 czy 10 lat, których często gołym okiem nie widać. Uwarunkowania genetyczne, ale też różne środki wspomagające naturę (i nie chodzi wyłącznie o operacje plastyczne) powodują, że wyglądamy coraz młodziej… jak na swój wiek. Choć z drugiej strony niektórzy wyglądają znacznie gorzej niż ich wiek wskazuje. Na wygląd trzeba sobie zapracować – mówiła nieodżałowana Irena Kwiatkowska w „Czterdziestolatku”.

A więc wiek i wygląd nie zawsze idą w parze. Podobnie jest z wiekiem i dojrzałością emocjonalną (psychiczną). Można być dojrzałym nastolatkiem i niedojrzałym 40-latkiem. Wydaje mi się, że właśnie kwestie takie jak wygląd i dojrzałość leżą u podstaw związków z dużą różnicą wieku. Jedna strona bardziej ceni wygląd, druga dojrzałość. Są jednak związki wymykające się prostym interpretacjom, np. państwo Macron. Nowy prezydent Francji mówi w ten sposób: razem z żoną nie jesteśmy może jak większość par, które się spotyka, ale jesteśmy parą, jakie się zdarzają. Po prostu.

Kiedy nauczycielka literatury francuskiej Brigitte Trogneux poznała Emanuela Macrona miała 40 lat, a on był jej 15-letnim uczniem. Była mężatką i matką trójki dzieci. Trogneux prowadziła także zajęcia teatralne, w których uczestniczył Macron. Jako 16-latek przekonał swoją nauczycielkę i przyszłą żonę, żeby razem napisali sztukę teatralną. Wspólna praca nad tekstem przekształciła się w romans. Rodzice przyszłego kandydata na prezydenta zabronili mu jednak kontaktów z nauczycielką i wysłali do Paryża. Jednak ich wysiłki okazały się bezskuteczne. Para pobrała się w 2007 roku, po rozwodzie Brigitte. Na ślubie pan młody podziękował dzieciom Brigitte za to, że go zaakceptowały i przyjęły do rodziny.

Mogłoby się wydawać, że to historia jak z bajki, gdyby nie … ambicje młodego polityka. Kiedy Emmanuel Macron stanął w szranki wyborcze, jego życie prywatne zostało poddane dokładnej wiwisekcji. W mediach rozgorzała burzliwa dyskusja o jego małżeństwie, pojawiło się mnóstwo złośliwych komentarzy i ataków na panią Macron. Ona sama zdaje się krytyką nie przejmować. Natomiast reakcja jej męża dotycząca "zbyt dużej różnicy wieku" była w kampanii zdecydowana. Emmanuel Macron zarzucił wszystkim krytykom mizoginię i… homofonię. W rozmowie z jedną z gazet stwierdził: Gdyby moja żona była ode mnie o 20 lat młodsza, nikt nie kwestionowałby naszego związku. To jest proste. Jestem w związku ze starszą od siebie kobietą. Według niektórych muszę w związku z tym być nieujawnionym gejem albo żigolakiem, co jest objawem mizoginii i homofobii. Gdybym był gejem, nie ukrywałbym się.

Nic dodać, nic ująć.

Zwycięstwo w wyborach prezydenckich Emmanuela Macrona jest z pewnością również sukcesem jego żony. Sam często o tym wspomina, jak wiele jej zawdzięcza. To dzięki niej jestem, kim jestem.

Patrząc na nich myślę, że i tak najważniejsze jest niewidoczne dla oczu.

środa, 10 maja 2017

 wypadałoby coś napisać. Obiło mi się o uszy, że po dwóch latach braku wpisów na blogu, jest on usuwany przez administratora. Prawda to, czy kłamstwo, ważne, że taka perspektywa zmobilizowała mnie do działania.

Czytałam niedawno wywiad ze znanym reżyserem Kazimierzem Kutzem, człowiekiem już dość wiekowym (88 l.), który pisze felietony do gazety i bardzo sobie ten obowiązek chwali. Godne podziwu. „To cotygodniowe pisanie nie pozwala mi skapcanieć, mam wymuszony wysiłek intelektualny, a ciało się podporządkowuje”- mówi K. Kutz. Słowo klucz to „musieć”. Gdybym podjęła takie zobowiązanie, że każdego tygodnia mam oddać tekst "do druku" i jeszcze dostałabym za niego honorarium, to zapewne wywiązywałabym się z takiego obowiązku. Większość z nas tak ma. Jak mus to mus. Pamiętam z czasów studenckich, jak trudno było zebrać się do nauki przed egzaminem i jak mocno mobilizował zbliżający się termin. Praktyką było zakuwanie w ostatnią przedegzaminową noc, czego skutki bywały różne. Najlepiej byłoby uczyć się systematycznie, wtedy i wiedza ma szansę ugruntować się w głowie, i przed egzaminem nie trzeba się spinać zarywając noce. Oczywiście każdy zna takie mądre rady, ale większość ich nie stosuje. Obowiązek to takie zło konieczne, choć nie dla wszystkich. Są ludzie, dla których praca jest jednocześnie pasją, przyjemnością i Bóg wie czym jeszcze. Tylko takim pozazdrościć, bo przecież większość z nas niechętnie zrywa się bladym świtem i gdyby nie „poczucie obowiązku” zostalibyśmy w domowych pieleszach. Nawet jeśli dobrze oceniamy nasze samopoczucie w pracy. Okazuje się, że siedmiu na dziesięciu zatrudnionych Polaków deklaruje, że w pracy czuje się dobrze. Daje nam to trzecie miejsce w Europie, zaraz za Niemcami i Brytyjczykami. Trochę mnie te wyniki raportu Edenred-Ipsos „Barometr pracownika: samopoczucie i motywacja pracowników” zaskoczyły. A jeszcze większe zdziwienie wywołało stwierdzenie z tych samych badań, że mimo rutynowego podejścia do obowiązków i słabo ocenianego poziomu zarobków lubimy przychodzić pracy. Przyjemność z tego faktu odczuwa 63% Polaków. Doprawdy? Zapewne każdy ocenia po sobie. Gdybym takie badanie zrobiła wśród swoich bliższych i dalszych znajomych z grupy docelowej 50+, wyniki byłyby chyba inne. Może to syndrom wypalenia zawodowego, zmęczenia, że wiele znanych mi osób nie okazuje entuzjazmu na widok budynku swojej firmy.

Zostawmy jednak pracę, bo to jest całkiem insza inszość. A co z obowiązkami, które narzucamy sobie sami? Czy można je w ogóle tak nazywać, skoro nikt nas z nich nie rozlicza? Choćby taka codzienna gimnastyka. Ile razy obiecujemy sobie, że już od jutra będziemy robić brzuszki, pompki, albo inne figury i wciąż nic nam z tego nie wychodzi. Inaczej jest z gimnastyką… zinstytucjonalizowaną. Przynajmniej w moim przypadku to działa. Dwa razy w tygodniu chodzę na ćwiczenia na kręgosłup w grupie 10-20 kobiet w bardzo różnym wieku i o różnej sprawności. Bez względu na samopoczucie, pogodę i inne rzeczy, dzięki którym mogłabym się od ćwiczeń wymigać, idę. Czasami naprawdę nie mam ochoty, ale idę. Gdybym nie poszła z czystego lenistwa czułabym się bardzo źle, sama ze sobą. Obserwuję inne dziewczyny z grupy, niektóre pojawiają się i znikają, inne chodzą w kratkę, a jeszcze inne jak ja, systematycznie ćwiczą. I nie ma większego znaczenia, że za zajęcia płacę. Mam akurat bardzo korzystne warunki dzięki karcie sportowej. Po prostu wiem, że te ćwiczenia są mi potrzebne i nie ma zmiłuj.

A czy pisanie bloga jest mi potrzebne? Może sobie tę przyjemność zostawić na czas … emerytury, kiedy to ćwiczenia dla mózgu będą tak samo niezbędne jak ćwiczenia na kręgosłup? Pomyślę o tym, a na razie spróbuję narzucić sobie obowiązek skrobnięcia notki minimum raz w miesiącu, aby nie…. skapcanieć.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 14
O autorze
Zakładki:
Zaglądam do