Pięćdziesiątka

Czas nas uczy pogody...

Wpisy

  • wtorek, 01 września 2015
    • Czy to jest przyjaźń...

      Mój kontakt z Darkiem był w ostatnim czasie sporadyczny. Myślałam, że nadal spotyka się z „panią poznaną przypadkiem”. Rozumiałam, że jest nią zaabsorbowany, dlatego rzadziej dzwoni. Sama też nie zabiegałam o częstsze kontakty. W naszych rozmowach temat owej pani właściwie nie istniał. O ile zostałam poinformowana „oficjalnie” o jej istnieniu, o tyle nie nastąpiło nic, co sugerowałoby mi kierunek tej znajomości, a tym bardziej jej koniec. Sama o nic nie pytałam. Nie dlatego, że mnie to nie obchodziło. Chyba uznałam, że skoro nie mam na to żadnego wpływu, to nie ma sensu tego dotykać, zwłaszcza że był to dla mnie temat nieco ….drażliwy.

      Kiedyś, na początku tej znajomości zapytałam Darka, czy nie ma planów matrymonialnych wobec owej pani. Zaprzeczył.

      Przypuszczałam, że nasza przyjaźń może zacząć gasnąć w sytuacji rozwoju znajomości z „panią poznaną przypadkiem”, nie miałam pojęcia, czy owa pani będzie tolerować kontakty z koleżanką ze „starego kraju”. Jeśli byłaby zazdrosna, a on mocno zaangażowany, to wszystko mogłoby się zdarzyć.

      W ostatnich tygodniach Darek zaczął częściej dzwonić, nadal jednak ani słowem nie zająknął się o owej pani. Planował krótką wizytę w starym kraju. Padła propozycja spotkania. Byłam nieco zaskoczona, bo nie chodziło o jakieś krótkie spotkanie przy okazji jego bytności w moim mieście, ale o kilka dni w … eleganckim pensjonacie, w uroczym miejscu. Zareagowałam spontanicznie na tak, dawno się nie widzieliśmy, byłam ciekawa, czy się zmienił, co nowego u niego słychać. Rozmowy telefoniczne nie zaspokajały w pełni mojej ciekawości. Od pewnego czasu, a już na pewno od czasu, kiedy dowiedziałam się o „pani poznanej przypadkiem” uznałam i czułam, że nasza przyjaźń jest dla mnie na tyle cenna, że nie chciałabym jej stracić, także wówczas, kiedy on lub ja będziemy z kimś się spotykać, a nawet będąc w formalnym związku. Nie mam wątpliwości, że go lubię, tyle lat korespondowania, rozmawiania przez telefon, kilka spotkań, w tym takie, które wydawały mi się czymś więcej niż przyjaźnią. Pozbierałam się po tych … niespełnionych oczekiwaniach, okrzepłam w przekonaniu, że chcę nadal podtrzymywać tę relację na przyjacielskim gruncie. Poukładałam sobie w głowie, że najważniejsze jest MOJE podejście do tej znajomości, że najprawdopodobniej sama nie mam szczególnego parcia na stały związek, bo gdyby było inaczej, to moje postępowanie też byłoby inne. Jeśli czegoś bardzo się pragnie, to przekłada się tak mocno na nasze działania, że … wszystko staje się możliwie. Podobno. Widocznie nie zależało mi aż tak, aby walczyć, pomimo odległości, która przecież staje się nieważna, kiedy dwojgu ludziom zależy na sobie. Nie ma przeszkód, nie ma barier. Wystarczy chcieć. Wystarczy, aby obie strony wykazały się determinacją (a czasem wystarczy nawet jedna, która przekona drugą).  Można też dać się ponieść emocjom w sytuacji, kiedy ktoś nie spełnia naszych oczekiwań, bo chcielibyśmy więcej niż dostajemy. Efekt takiego postępowania jest wiadomy, kontakt się urywa.

      Mogłam i ja zakończyć znajomość. Ale czy to nie byłoby najłatwiejsze?

      Darek przyjechał do mojego rodzinnego miasta, zrobiliśmy wycieczkę śladem moich wspomnień z dzieciństwa i młodości. Dotarliśmy do pensjonatu. Nigdy wcześniej tam nie byłam, to nowa inwestycja. Możliwości wypoczynku wspaniałe. Czego chcieć więcej?

      Spędziliśmy razem kilka dni, sporo podróżowaliśmy po okolicy. Chodziliśmy, zwiedzaliśmy, dyskutowaliśmy na różne tematy, szczerze, na luzie, ze zrozumieniem i empatią. Sądziłam, że temat „pani poznanej przypadkiem” pojawi się w rozmowach, przecież to coś ważnego, przynajmniej dla niego, skoro mnie o tym powiadomił. Czekałam, czekałam i nic. Przypuszczałam, że nasze spotkanie i ten cały anturaż może świadczyć o jednym, że owa pani… wyparowała. Ciekawość była silna, dlatego drugiego dnia pytanie o ową panią z moich ust padło. Usłyszałam, że ta znajomość już się skończyła. Dlaczego? Odpowiedź nie była jednoznaczna i tak naprawdę nadal jej nie znam. Podobno chciała, aby u niej zamieszkał, a on nie chciał. Podejrzewam, że powody były głębsze, ale... nie drążyłam, po co mi taka szczegółowa wiedza. Ostatecznie jesteśmy przyjaciółmi, akceptujemy własne wybory i  każdy mówi tyle, ile chce. Może gdybym naciskała, on udzieliłby mi więcej informacji. Po co mi to?

      Te kilka wspólnie spędzonych dni szybko minęło, za szybko.

      Darek jest dobrym, życzliwych, pozytywnie nastawionym do życia człowiekiem. Nie mam wątpliwości, że mnie lubi, ceni i szanuje. Wątpię, aby czuł coś więcej. Z pewnością chciałby, aby moje życie było fajne, fajniejsze niż jest. Ale reprezentuje inny kraj, inną kulturę, nie aż tak odległą od naszej, zwłaszcza, że tu spędził dzieciństwo i młodość, jednak różnice, zwłaszcza w poziomach życia, nadal są duże. Wiem, że jego „dobre rady” brzmiałyby świetnie tam, gdzie on mieszka, a u nas i w naszych warunkach nie jest to proste. Wiem, że chciałby dla mnie jak najlepiej, ale on nie rozumie, jakie trudności to „lepiej” ze sobą niesie. Bo ja mieszkam w tym kraju, a nie TAM. Jest mu niewątpliwie łatwiej. Na wiele go, w przeciwieństwie do mnie, stać. Jednocześnie sama zdaję sobie sprawę z tego, że niektóre ”bariery” są w naszych głowach i można nad nimi popracować. Darek potrafi mnie zmotywować do zmian.

      Inspiracja do czegoś lepszego jest w życiu ważna, jeśli przyjaciel nas inspiruje, to pomimo wszystko warto taką przyjaźń podtrzymywać. Nieprawdaż?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Czy to jest przyjaźń...”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 września 2015 14:46
  • wtorek, 14 lipca 2015
    • Piękna równowaga

      Nie ma to jak dobry przykład.

      Zdarza mi się trafić od czasu do czasu na ciekawy wywiad z kimś, kto wzbudza nie tylko sympatię, ale jest w pewnym sensie „wzorem do naśladowania”. Taką osobą jest bez wątpienia Urszula Dudziak, piosenkarka. Jej płyty bym raczej nie kupiła, nie przepadam za taką muzyką, ale z jej podejścia do życia chciałabym czerpać garściami.

      W wywiadzie dla „Wysokich obcasów” Urszula Dudziak buntuje się przeciwko wszechobecnej apoteozie młodości. Ma 72 lat i nie zamierza tego ukrywać, bo co to zmieni, skoro siebie oszukać nie jesteśmy w stanie.

      Robi wszystko, aby zachować dobrą formę. Codzienne ćwiczenia, joga. Cieszy się każdą sekundą życia, we wszystkim widzi dobrą stronę. Prowadząc spotkania motywacyjne dla kobiet, próbuje je zarazić swoim optymizmem, a także sprowokować do refleksji, czy to, co robimy ma sens, czy związek, w którym jesteśmy zadowala nas, czy spełniamy się w pracy?

      Na oznaki starzenia się patrzy … ze wzruszeniem, a nie, jak kiedyś, ze strachem. Pogodziła się z tym, że jest coraz starsza, ale stara się ten proces opóźniać poprzez aktywność fizyczną, umysłową i pogodę ducha. Nie bez znaczenia jest też dieta.

      Mocno przeżyła odejście męża do młodszej kobiety. Jednak dała radę się podnieść i odbudować poczucie własnej wartości, które w takich sytuacjach bywa bardzo nadwątlone.

      Walczy z dyskryminacją kobiet ze względu na wiek. Uczestniczy w kongresach kobiet. Próbuje zaszczepić u nas szwedzkie wzory. Tam kobiety mają swoje kluby, trzymają się razem, pomagają sobie, bardziej siebie doceniają i żyją pełną parą, a nie tylko zajmują się wnukami.

      W Polsce wiele kobiet jest … pochylonych. Uważają, że nic już ich nie czeka, że wszystko mają za sobą. Za mało myślą o tym, że czas jest bezcenny i do naszej dyspozycji. Dopóki tu jesteśmy.
      Sama uważa siebie za normalną polską kobietę, która inaczej podchodzi do życia.

      Na zarzut, że łatwo jej mówić skoro ma pieniądze i pracę, odpowiada, że to kwestia optyki, choć oczywiście pieniądze życie ułatwiają. Radzi, aby skupiać się na tym, co dla nas dobre, wierzyć, że nam się uda, a nie koncentrować się na brakach (prawdziwych lub wyimaginowanych), takich jak brak kasy, partnera…. Na czym się skupiasz, to rośnie – tak brzmi jej motto.  Myśli przyciągają myśli. Myśl przekształca się w słowo, słowo w charakter, a charakter w los.

      Nie wolno się załamywać.

      Kiedy zachorowała na raka piersi pamięta momenty, gdy była przerażona, ale przeważyły wiara i optymizm w wyzdrowienie. Śmierć jest czymś naturalnym, już jak się rodzimy. Wiadomo, że przyjdzie. I nigdy nie wiadomo kiedy. No to po cholerę zastanawiać się nad nią!

      Nauczyła się przez lata praktycznego podejścia do życia. Jak coś złego przychodzi jej do głowy, od razu siebie pyta: czy to ma sens? Aha, nie ma sensu - więc out.

      Podobny stosunek ma do przemijania. Ceni każdą chwilę swojego życia, coraz bardziej ją ceni i korzysta z każdej sekundy.

      Mając 70 lata zakochała się w Bogusiu.

      Sposób ich poznania się był dość oryginalny. Zobaczyła go na zdjęciu u koleżanki. Stał po kolana w śniegu i wylewał sobie na głowę wiadro lodowatej wody ze studni. Pod wpływem impulsu poprosiła koleżankę o wybranie jego numeru i zadzwoniła z tekstem, że widziała jego zdjęcie i musi go … zgłębić. Przykazała mu, aby do niej zadzwonił jak będzie w stolicy, a potem … nie odbierała telefonu i nie odpowiadała na sms-y.

      Po prostu zrobiła sobie jaja, co sama przyznaje. Ma taką naturę, że lubi facetów podpuszczać, a potem chować się lub całą sytuację obracać w żart.

      W przypadku Bogusia też się wystraszyła, ale on nie odpuścił. W końcu doszło do spotkania zaaranżowanego przez koleżankę, u której zobaczyła jego zdjęcie.

      Pojechali razem do Hamburga, potem do Lizbony, gdzie Boguś stwierdził, że dotarł do portu przeznaczenia.

      Twierdzi, że to facet jej marzeń. Imponuje jej i zaskakuje. Zachwycają się sobą i jest piękna równowaga.

      Na miłość nigdy nie jest za późno. Dopóki żyjemy, możemy kochać. Miłość odradza, upiększa, uszczęśliwia. To najpiękniejsza rzecz, jaką obdarowała nas natura. Ale jak trafimy na swojego, to nie ma nic szczęśliwszego.

      Seks z kombinacją wielkiej miłości jest najpiękniejszym przeżyciem, niezależnie od wieku. Nie dość, że nas uszczęśliwia, to jeszcze nas odnawia, inspiruje. Myślenie, że w starszym wieku nie wypada, jest nieludzkie.

      Największe brawa dostaje podczas koncertów, kiedy mówi, ile mam lat i że jest zaręczona. Jest zaręczona, jest szczęśliwa i twierdzi, że każda kobieta w każdym wieku może to mieć. Nie jest łatwo znaleźć odpowiedniego partnera, ale zawsze jest to możliwe. Nie zamykajcie się na miłość. I nigdy, przenigdy nie traćcie nadziei.

      Przed poznaniem Bogusia była sama osiem lat. Wtedy też była szczęśliwa. Miała różne projekty, przyjaciół, pieniądze, cieszyła się życiem. Nikogo nie szukała. Lubiła męskie towarzystwo, ale miała swoje wymagania.

      Bogusia przyniósł jej los. I dziś marzy tylko o tym, aby było w jej życiu najdłużej tak, jak jest.

      Pani Urszulo, dziękuję za ten wywiad. Zapewne często będę do niego wracać.

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „Piękna równowaga”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      wtorek, 14 lipca 2015 15:37
  • środa, 31 grudnia 2014
    • Spełnienia M A R Z E Ń !

      Nie widziałam jej ponad 30 lat. Chociaż to nie do końca prawda, bo przecież byłam na pogrzebie jej męża, a właściwie tylko na mszy. Tyle było ludzi, że niełatwo mi było ją dostrzec, a tym bardziej przyjrzeć się, upewnić, czy bardzo się zmieniła….

      Jej męża też znałam i też nie widziałam go kilkadziesiąt lat. Odszedł niespodziewanie, nie był stary… A ile ona ma teraz lat?. Może 60? Na pewno jest ode mnie starsza, co oczywiste…

      Pani Ania. Moja nauczycielka z podstawówki. W pierwszy dzień Świąt wychodziła z kościoła a ja wchodziłam. Od razu się poznałyśmy… niewiele się zmieniła, ten sam dobry, szczery uśmiech. Złapała mnie za rękę, ścisnęła ją i zaczęła mi składać życzenia świąteczno-noworoczne. Spełnienia marzeń! Westchnęłam. No cóż, na marzenia to trochę mało czasu zostało – stwierdziłam. Uśmiechnęłam się smutno…

      A potem łzy stanęły mi w oczach, bo tak serdecznie, życzliwie i ciepło na mnie patrzyła. Emanowało z niej coś wyjątkowego…

      Myślałam o niej potem długo … coś we mnie się poruszyło, czegoś dotknęła.

      W okresie świąteczno-noworocznym dużo czytam, poszukuje, szperam, kontempluje. Przeglądam zebrane przez lata wycinki z gazet, notatki. Odkurzam książki, które czytałam i bywa, że mam ochotę do nich wrócić, bo przecież książka żyje, dopóki jest czytana. Zgodnie z tą zasadą odkładam książki, do których z jakichś powodów już nie zajrzę, takie „na jeden raz”. Przynoszę je do pracy, wołam koleżanki, które przeglądają je i wybierają coś dla siebie. To, co zostanie oddaję do swojej dzielnicowej wypożyczalni.

      W tym świąteczno-noworocznym okresie porządkuje też papiery, dokumenty, zdjęcia. Trwa to zazwyczaj długo, bo przecież wiele z tych rzeczy wiąże się ze wspomnieniami. Przy każdym zdjęciu powracają te minione chwile. Są takie drobiazgi, które przechowuję, choć … sama się sobie dziwię, choćby pocztówkę od mojego eks, którą przysłał mi z Berlina. Kiedyś rzucałam na nią okiem i szybko odkładałam do pudełka. Jeszcze bolało. A ostatnimi laty czytam ją, po raz dziesiąty, a może setny i próbuję zrozumieć, co się stało z tym chłopakiem z tamtego czasu, kiedy wydawał się być taki … taki … wymarzony? Chyba to właściwe słowo, bo przecież widziałam go wtedy takim, jakim chciałam go widzieć, a nie takim, jakim w rzeczywistości był. Kiedy pisał do mnie o tęsknocie, to zapewne to czuł, a ja przyjmowałam te słowa z wiarą i przekonaniem o romantycznym zakończeniu naszej znajomości. Pocztówka przywołuje te uczucia, które wtedy w nas żyły. Nieważne, co stało się później, kiedy przestało już być tak romantycznie. Ale im więcej czasu mija, tym owa pocztówka nie wywołuje już u mnie skojarzeń z tym, co było złe i co stało się potem, a raczej uosabia tylko ten moment… tę chwilę, ten czas, kiedy po raz pierwszy ją czytałam… kiedy tęskniłam i wierzyłam. Czas leczy rany? Może tak, a może my z czasem łagodniejemy a nasza pamięć wybiera tylko to, co dobre z przeszłości.

      Wracając do pani Ani i jej życzeń „spełnienia marzeń” i moim wewnętrznym sprzeciwie, kiedy te słowa padły. Jakie marzenia? W moim wieku? To był odruch. A przecież tyle mądrych książek się naczytałam i tyle dobrych rad nasłuchałam o tym, że na realizację marzeń nigdy nie jest za późno…. I co z tego? Wygląda na to, że tak głęboko w podświadomości tkwi jednak przekonanie, że to już nie jest możliwe, a może, że na szczęście się nie zasługuje? Człowiek w środku bywa jednak … niereformowalny. Na zewnątrz uśmiech i pewność siebie, a w środku smutna mała dziewczynka, której nikt nie rozumie.

      Spotkanie z nauczycielką uświadomiło mi też, że czas … nie ma większego znaczenia, można go pokonać. Kiedy ściskałam jej rękę, nie czułam tej „odległości” 30 lat. Serce ścisnęło wzruszenie, jakbym znów miała kilka, kilkanaście lat.

      To, co dotarło do mnie wtedy z wielką mocą to konieczność popracowania nad swoją wiarą w spełnianie marzeń, bo okazało się, że kiepsko u mnie w tej dziedzinie.  A zacząć trzeba od tego, aby te marzenia ponazywać… nie bać się ich artykułowania, bo przecież nie spełni się coś, czego sami nie potrafimy określić.

      A może wielu z nas po prostu nie ma marzeń? Takich prawdziwych. Takich, których realizacja dałaby nam szczęście? Może to są jedynie takie zwyczajne oczekiwania, zdrowie dla siebie, rodziny i względny materialny dostatek.

      Zapytajmy swoich bliższych i dalszych znajomych czy członków rodziny o ich marzenia, to uznają nas za dziwaków. Wyłączam z tego eksperymentu dzieci i młodzież, bo oni marzeń mają bez liku. Chodzi mi o ludzi w wieku zdecydowanie dojrzałym. Doprawdy niewielu jest wśród nich takich, którzy natychmiast potrafią wypowiedzieć swoje marzenia. Ci, którym szwankuje zdrowie będą „marzyć”, aby im się polepszyło. Ci, którzy nie mają pracy, będą „marzyć”, aby ją znaleźć. Ci, którym nie układa się w małżeństwie, będą „marzyć” o zgodzie i dobrych relacjach. Ale nie o takie marzenia przecież chodzi… co nie znaczy, że te zwyczajne są gorsze, czy że można je bagatelizować. Marzenia muszą mieć inny ciężar gatunkowy. Muszą odbiegać od codzienności i unosić nas …nad ziemię. Nawet jeśli ktoś nazwie je „bujaniem w obłokach”, to właśnie o takie marzenia mi chodzi. Coś wyjątkowego, coś tylko dla nas, coś niepowtarzalnego …

      Marzenia po prostu trzeba mieć, trzeba sobie o nich przypominać, bo przecież kiedyś było ich wiele. Nie można się ich bać. Nawet, jeśli komuś będą wydawać się śmieszne, nieadekwatne do naszego wieku, czy możliwości. Bo kiedy mamy marzenia, nawet takie z pozoru nieprawdopodobne do spełnienia, to nasze działania podporządkowujemy ich realizacji, a wtedy cały świat, otoczenie skłania się ku temu, aby nam się udało. Wiara czyni cuda, a wiara w marzenia czyni cuda z pewnością. Dzięki pani Ani przypomniałam sobie o swoich marzeniach.

      Spełniajmy więc swoje marzenia, a najlepiej zacząć od Nowego Roku :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Spełnienia M A R Z E Ń !”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      środa, 31 grudnia 2014 09:49

Wyszukiwarka

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny