Pięćdziesiątka

Czas nas uczy pogody...

Wpisy

  • poniedziałek, 23 czerwca 2014
    • Chwilo trwaj!

      Co to jest szczęście? Z pozoru prosta odpowiedź się nasuwa. Szczęście to stan tu i teraz, to poczucie spełnienia, radości, które każdy z nas odczuwa, od czasu do czasu, przez jakiś czas, przez chwilę. „W życiu piękne są tylko chwile” to słowa znanej piosenki, z którymi w pełni się identyfikuje, chwile raz dłuższe, raz krótsze.

      Im dłużej żyję, tym bardziej interpretuje szczęście jako brak nieszczęścia, a więc problemów,  trosk, zdrowotnych, materialnych, zawodowych... tak u siebie jak u najbliższych mi osób.

      Tak się składa, że mam teraz dobry czas, ale boję się słowa „szczęście” i nie określiłabym siebie jako osoby szczęśliwej, raczej jako osoby pozbawionej trosk (teraz). Dlatego koncentruje się na życiu tu i teraz, i chciałabym aby ten stan trwał, choć – jak pewnie wielu - boję się cieszyć, jakbym miała zaciągnięty ręczny hamulec. Pomimo to wołam: Chwilo trwaj!

      Zakończyłam remont, i mam poczucie satysfakcji. Wreszcie odczuwam efekty mojej pracy, pracy zawodowej, za którą jestem w miarę godziwie wynagradzana, co powoduje, że stać mnie było na zmiany, na odrobinę komfortu. Nie musiałam targować się o cenę remontu, nie musiałam liczyć każdej złotówki kupując meble i różne drobiazgi, nie musiałam martwić się, czy będę miała za co żyć do przysłowiowego pierwszego, nie mówiąc już o środkach na tzw. czarną godzinę. Stwierdzam, że ta przysłowiowa „czarna godzina” może przecież nie nadejść, bo życie jest nieprzewidywalne, co nie znaczy, że jestem niefrasobliwa i nie mam żadnego zabezpieczenia na trudne czasy. Nie ma jednak sensu zafiksowywać się na te przyszłe nieprzewidywalne i trudniejsze czasy, które i tak nadejdą prędzej czy później i nasz wpływ na to jest raczej iluzoryczny, dziś lepiej skoncentrować się na tym, co JEST, a u mnie jest teraz całkiem dobrze. A więc chwilo trwaj!

      Odeszła dziś Małgorzata Braunek – aktorka. Kobieta, która w okresie największej sławy zmieniła diametralnie swoje życie, odeszła z aktorstwa odnajdując miłość i  inne wartości. Los był dla Niej łaskawy do czasu, kiedy nie dopadła Ją śmietelna choroba, która pomimo Jej determinacji i optymizmu, nie dała za wygraną. Miałam nadzieję, że takiej Osobie jak Małgorzata może się udać pokonać i takiego przeciwnika. Nie udało się, niestety. Smutne, tragiczne, niezrozumiałe.

      Docierają do nas takie szokujące wiadomości o odejściu ludzi, mniej lub bardziej znanych, dzieje się to jakby obok nas. Nas to jeszcze nie dotyczy. A jak będzie dotyczyć, to przecież nie będziemy w tym ... uczestniczyć, więc czy warto nad tym "teraz i dziś" deliberować?

      A więc chwilo trwaj!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Chwilo trwaj!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 czerwca 2014 21:35
  • poniedziałek, 05 maja 2014
    • Singielka remontuje mieszkanie, czyli przygody z fachowcami...

      Nie miałam nigdy szczególnych zdolności do prac… typowo męskich, nota bene żadne inne określenie nie przychodzi mi do głowy, co zapewne kłóci się z ideologią gender ;-)

      Gwóźdź przybiję, ale np. od prądu trzymam się z daleka. Zdarzyło mi się dwukrotnie doprowadzić do spięcia i wysadzenia korków (również tych na klatce schodowej, o których istnieniu dowiedziałam się dopiero wtedy, gdy przyjechało… pogotowie energetyczne). Mogłoby się wydawać, że singielka powinna w drodze doświadczeń zdobywać pewne umiejętności, ja nie chciałam, nie musiałam, a może po prostu nie mam w tym kierunku nie tylko żadnych zdolności… ale zwyczajnie mam „dwie lewe ręce”.

      W przeciwieństwie do kilku koleżanek, które radzą sobie z drobnymi naprawami w domu całkiem nieźle, które malują ściany i sufity, są w stanie samodzielnie wykonać wiele nie tylko drobnych prac remontowych. Ja jestem skazana, albo na kolegów, albo na tzw. fachowców.

      Przychodzi jednak chwila, kiedy trzeba dokonać remontu generalnego i wtedy każdy, nie tylko singielka, szuka porządnego fachowca. Stanęłam przed takim wyzwaniem, kiedy to moja administracja dokonała już ostatniej wymiany rur (nie sądziłam, że jest ich tak wiele).

      Szukając wykonawcy remontu w pierwszej chwili przyszedł mi do głowy Sławek, mąż koleżanki. Korzystałam z jego usług już wielokrotnie. Z jednej strony to dobrze mieć kogoś zaufanego, zostawiam klucze, jestem spokojna i bezpieczna. Z drugiej strony czułam opór przed tym rozwiązaniem, nauczona doświadczeniem. Oczekuję fachowca-doradcy, a nie kogoś komu mam paluszkiem wskazywać, co i jak należy zrobić, a tak było ze Sławkiem. W kwestiach finansowych też nie było najlepiej, bo choć uprzedziłam go, aby nie traktował mnie ulgowo, to wciąż miałam wrażenie, że jest bardzo drogi, wręcz za drogi.

      Czy generalny remont łazienki i kuchni nie zasługuje na fachowca z prawdziwego zdarzenia? – pomyślałam i zaczęłam szukać wśród znajomych.

      Ogłoszenia wykluczyłam. Mam złe doświadczenia. Kiedy wprowadzałam się do mieszkania i szukałam fachowców od cyklinowania podłogi skorzystałam z ogłoszenia. Przyszło dwóch panów, mieli roboty na dwa dni w przerwie pracy malarzy. Kiedy przyszli malarze okazało się, że cykliniarze zwinęli im wiertarkę (wartość 300 zł). Kiedy zadzwoniłam pod numer z ogłoszenia dowiedziałam się od rozbrajająco szczerej pani, że ona korzysta z „fachowców”, którzy w większości po kilku dniach odchodzą w siną dal. I tak było w tym przypadku. Szkoda tylko, że odeszli z wiertarką… Malarze zażądali zwrotu wartości wiertarki, ostatecznie zostawili ją w moim mieszkaniu, cóż było robić, zapłaciłam.

      Wróćmy jednak do teraźniejszości…

      Jeśli ogłoszenia odrzuciłam, to zaczęłam rozpytywać znajomych bliższych i dalszych o porządnego fachowca. Koleżanka Kasia poleciła mi pana X, robił u niej balkon, podkreślała, że jest bardzo dokładny i solidny. Kasi ufam, więc poważnie rozważyłam kandydaturę pana X.

      Koleżanka z pracy wspomniała mi o panu inżynierze Y, z którego usług korzystała i którego ktoś jej polecił. Zapytałam, czy mogłaby wykonać kilka zdjęć łazienki, abym mogła ocenić dzieło owego fachowca. Po ich przejrzeniu uznałam, że ta kandydatura też warta jest poważnego potraktowania.

      Wymiana rur zbliżała się wielkimi krokami, więc wybór fachowca naglił. Postanowiłam zacząć od rozmowy i spotkania z panem X.

      Przyjechał z albumem zdjęć swoich „dzieł”. Wyglądało to nieźle, ale nie to było dla mnie decydujące. Pomyślałam, że skoro pracował u Kasi, to najważniejsza rekomendacja i mogę dać mu kredyt zaufania. Wrażenie jako człowiek zrobił na mnie nie najlepsze, ekstrawertyczny, głośny, przemądrzały. No i manipulant, co dotarło do mnie z opóźnieniem. Wszystko wiedział najlepiej, „profesjonalista” w każdym calu. Oglądając „front robót” wskazywał na mankamenty, podkreślał jak wiele wysiłku, zwłaszcza … intelektualnego będzie go kosztowała cała ta robota. Zastrzegł, że ma w planie jakąś robótkę, ale mógłby ją przesunąć, gdym w miarę szybko podjęła decyzję o jego zaangażowaniu. Chciał być obecny w mieszkaniu wówczas, gdy będą wymieniane rury, aby instruować wykonawców. W zasadzie to nie taki głupi pomysł – pomyślałam, sama nie będę musiała brać urlopu i słuchać rozkosznego odgłosu wiertarek.

      Doszłam do wniosku, że skoro już z panem X zawarłam znajomość, skoro on tak się reklamuje, skoro chce brać się za robotę jak najszybciej to … raz kozie śmierć. Mentalnie nie musi mi pasować, ważne, aby dobrze wykonywał swoją pracę. O kandydaturze pana inżyniera Y zapomniałam. Do czasu.

      Pana X poznawałam coraz lepiej wraz z rozwojem prac remontowych. Na początek skuwanie płytek, tragedia. W mieszkaniu kurz, pomimo prób jego spacyfikowania był w każdym zakamarku. Wybrałam się też z panem X na poważne zakupy, jakoś trudno było mi się z nim dogadać. Łatwo się irytował, mówił podniesionym głosem, czego nie lubię… ale nadal kładłam to na karb jego odmiennego temperamentu.

      Im dalej w las, tym więcej drzew… Po kilku dniach remontu rosły moje wątpliwości i zastrzeżenia. Pan X był w zasadzie sam, ale do cięższych prac brał „pomocników”, o czym mnie uprzedził, ale nie wiedziałam, że będą to panowie „spod budki z piwem”. Kiedy jeden z owych „pomocników” przyszedł kiedyś rano i poczułam od niego zapach gorzelni, nie omieszkałam panu X zakomunikować, że nie życzę sobie takiego towarzystwa w moim mieszkaniu. - A co mam zrobić? Kogo mam wziąć do pomocy? Świadków Jehowy? – pytał pan X tłumacząc mi, że gdyby chciał wziąć kogoś innego, znaczy się niepijącego, musiałby mu znacznie więcej zapłacić. Ja umówiłam się z nim na określoną zapłatę, a kogo on ma do pomocy uznałam za jego sprawę, przynajmniej takie podejście miałam na początku, kiedy jeszcze nie wiedziałam, jak to będzie w rzeczywistości wyglądać.

      Pan X obiecał, że „pomocnicy” będą mu jeszcze potrzebni dwa dni, więc postanowiłam wytrzymać, ale… do czasu, kiedy nie zastałam samego pana X z piwem w dłoni. – Ja nie mogę pracować bez papierosa i piwa – oświadczył. Po kilku dniach życia w kurzu i w towarzystwie szemranych „pomocników”, o panu X nie wspominając, zareagowałam na to stwierdzenie w sposób jednoznaczny, a mianowicie oświadczyłam, że nie zostałam uprzedzona o takich nawykach pana X, i mam zamiar zrewidować moją decyzję o kontynuowaniu z nim współpracy. Oczywiście nie ukrywał świętego oburzenia, stwierdził, że go … dołuję, a mnie ręce opadły.

      Wyszłam z domu pooddychać świeżym powietrzem i pomyśleć, co dalej…

      Gdyby to tylko o piwo i „pomocników” chodziło, ale… pan X przewiercił dziurę do łazienki sąsiadki z dołu, o czym mnie nie poinformował (co prawda dokonał naprawy, ale…), pomylił się o5 cmw dość istotnych pomiarach, co mogło utrudnić dalsze prace, łaził po sąsiadach roztaczając aurę swojego profesjonalizmu, czym wywoływał uśmiechy politowania, zakumplował się z panami od rur, czego skutkiem były ich niezapowiedziane wizyty z piwem w reklamówkach, etc.

      Kiedy sobie wyobraziłam, że mój „związek” z panem X będzie jeszcze dość długo trwał, że będzie układał moje piękne płytki, że będę skazana na jego „doradztwo” w kwestiach, na których się nie znam, po prostu się załamałam. A najważniejsze było to, że straciłam do niego zaufanie i jako do człowieka, i jako fachowca (te5 cmmnie dobiło).

      Podjęłam męską decyzję, lepiej rozstać się z panem X teraz niż później. Te pięć dni da się jakoś wycenić – pomyślałam. Najpierw zadzwoniłam do Kasi, której nie zdradzałam szczegółów, jedynie poinformowałam oględnie, że zamierzam rozstać się z panem X, bo przestałam się z nim dogadywać, a to uniemożliwia dalszą współpracę. Kasia przyjęła to naturalnie, wspomniała jedynie, że właściwie to ona sama niewiele miała z panem X do czynienia, współpracował z nim małżonek. Dotarło do mnie, że Kasia jest stworzona do wznioślejszych celów niż prace remontowe i jej ocena pana X musiała, siłą rzeczy, być bardzo powierzchowna. Dotarło do mnie, że nie powinnam korzystać z osoby polecanej przez Kasię, właśnie dlatego, że jej kontakty z fachowcem były praktycznie żadne, opierała się na tym, co mówił mąż. Oczywiście sama sobie jestem winna, nie mam w żadnym stopniu pretensji do Kasi, ona działała w dobrej wierze. Może być również tak, że ktoś inny na moim miejscu nie miałby z panem X problemów. Może on jest niezłym fachowcem, ale … nie dla mnie.

      Zadzwoniłam do pana X z prośbą, aby następnego dnia przywiózł wszystkie rachunki, bo mam zamiar zakończyć współpracę i rozliczyć się… Był zaskoczony i zirytowany. Zdawałam sobie sprawę, że oceni wartość swojej pracy wysoko, bo zapewne weźmie pod uwagę … straty moralne. Nie spisywałam z nim umowy, wszystko było oparte na słowach. Wycofanie się nawet z ustnej umowy ma swoją cenę. Uznałam jednak, że święty spokój ceny nie ma.

      Pan X nie krył rozczarowania i oburzenia. Dał mi rachunki, określił wartość swojej pracy, dodając, że wykonał to, co najgorsze i najtrudniejsze (doprowadzenie ścian i podłóg do …ruiny). Rzeczywiście trzeba przyznać, że skuwanie ścian i podłóg do przyjemnych prac nie należy. Dodał jeszcze, że teraz dopiero praca byłaby samą przyjemnością. No cóż, odebrałam mu tę przyjemność…

      Zapłaciłam tyle, ile chciał. Na szczęście kwota nie była aż tak bardzo wygórowana, jak sobie w czarnych snach wyobrażałam. Nie chciałam się targować i wykłócać. Odpuściłam.

      Jeszcze zanim odbyłam ostatnią rozmowę z panem X, zadzwoniłam do inżyniera Y polecanego przez koleżankę z pracy. Jedna lakoniczna rozmowa dała mi obraz kogoś diametralnie innego od pana X, normalnego, otwartego, empatycznego. Nie obiecał, że weźmie ode mnie zlecenie na dokończenie remontu od zaraz, obiecał przyjechać, porozmawiać i sporządzić porządny kosztorys. Kiedy wspomniałam, że poprzedni fachowiec nie potrafił pracować bez piwa, pan Y oświadczył, że jego pracownicy nie muszą się wzmacniać alkoholem, co nie znaczy, że są świadkami Jehowy. Obiecał mi pomóc w tej trudnej sytuacji, ostatecznie żyłam w zrujnowanym w połowie mieszkaniu.

      Jaka ulga rozmawiać z kimś normalnym, uświadomiłam sobie, że pan X był z zupełnie innej, nie mojej bajki i nie mogłam odżałować, że pierwsze sygnały jego inności nie dały mi do myślenia, za co zapłaciłam nie tylko cenę wyrażoną w pieniądzach, ale dodatkowym stresem. Fakt, że pan Y jest inżynierem to kwestia drugorzędna, choć zapewne nie bez znaczenia. Współpracując z nim i jego pracownikami każdego dnia przekonuję się o słuszności podjęcia decyzji o rozstaniu z panem X. Remontowanie mieszkania może być całkiem przyjemne, zwłaszcza na końcowym już etapie dopieszczania go, czego właśnie doświadczam.

      Remontowanie tak zaczęło mi się podobać, że postanowiłam rozszerzyć front robót… zrobię kilka dni przerwy i wezmę się za balkon i pokój, oczywiście z panem Y i jego ekipą. Oj będzie się działo… :-)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Singielka remontuje mieszkanie, czyli przygody z fachowcami...”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 05 maja 2014 15:08
  • piątek, 25 października 2013
    • Pomysł na siebie

      Są w życiu kobiety okresy, do których można przypisać jednoznaczne role, żony, matki, babci… Są też okresy i są takie kobiety, które albo nie mogą albo nie chcą w żadnej z tych ról się spełniać. I na takich kobietach chciałabym się skoncentrować oraz na tych po 50-tce, a wiec najbardziej mi bliskich. Obserwuję je, bo przecież mam w tym wieku koleżanki, czytam o nich, słucham, a czasem i oglądam.

      Kobietami celebrytkami raczej nie będę się zajmować, choć przyznam, że z przyjemnością oglądam choćby piosenkarkę Urszulę Dudziak, która zdaje się być w szczytowej formie, pomimo dość zaawansowanego wieku.

      Kobiety, które mocno identyfikują się z rolami przypisanymi im przez społeczeństwo, mają o tyle łatwiej, że te rolę są zawsze jakby „pod ręką”. I jak nie mają „pomysłu na siebie” w innym wydaniu, wtedy wsiąkają w rolę matki, żony i babci. Dzieci czy małe czy duże, zawsze absorbują, można się wraz z nimi zamartwiać i cieszyć, można im pomagać i wspierać, można po prostu być z nimi, czy fizycznie czy mentalnie niemal non stop. W takiej sytuacji nie sposób odczuwać pustki, jakkolwiek ją sobie wyobrażamy.

      Kiedy kobiecie nie dane było macierzyństwo albo po prostu nie chce żyć już życiem bliskich, jej życie może wyglądać zgoła inaczej. Ma ona w dzisiejszych czasach mnóstwo możliwości wymyślenia „pomysłu na siebie”. Niektóre pomysły mogą być ograniczone kosztami, ale tak naprawdę nie ma siły, aby nie udało nam się coś, co robimy z pasją i przekonaniem. Wystarczy wykrzesać z siebie entuzjazm i motywację.

      Czy dużo jest takich kobiet z „pomysłem na siebie”? A może więcej jest takich, które takowego pomysłu nie mają i snują się po świecie w poczuciu bezcelowości?

      Myślę, że te pierwsze należą jednak do mniejszości, choć w porównaniu z mężczyznami i tak jesteśmy zdecydowanie aktywniejsze. Na kursach tanecznym spotykam się z przewagą kobiet, na jodze również, na blogach też mam wrażenie dominacji kobiet. Czyli wniosek z tego taki, że my kobiety wciąż szukamy „pomysłu na siebie”, niełatwo nam wcisnąć na nogi ciepłe papucie i kazać gotować pierogi dla wnuków.

      Mam szczęście znać kilka energicznych i pełnych optymizmu kobiet w swoim wieku. Zarażają mnie śmiechem, entuzjazmem i dystansem do świata. Jedna z nich jest osobą niewidomą, ale zupełnie jej to nie ogranicza. To mnie wydaje się, że na jej miejscu nie zrobiłabym czegoś, co ona bez żadnych oporów robi. Organizuje wystawy, spektakle teatralne, mnóstwo czyta, pisze. Jest zawsze elegancka i zadbana, mieszkanie ma świetnie urządzone i wysprzątane, a o jej zdolnościach kulinarnych nie wspomnę. Kiedy do mnie dzwoni, zawsze ma coś pozytywnego do przekazania. Był czas, kiedy spełniała się głównie w roli żony i matki, z czym pomimo niepełnosprawności, radziła sobie bardzo dobrze. Potem miała okres poszukiwań „pomysłu na siebie”, bywało ciężko, jak to w życiu, w końcu znalazła coś dla siebie. Jej aktywność wprawia mnie czasem w osłupienie. Czasem myślę sobie, że jej się jeszcze chce. Mogłaby sobie siedzieć spokojnie z mężem przed telewizorkiem, a ona jeździ, tworzy, organizuje, po prostu żyje. Widocznie tego jej trzeba i w tym się spełnia.

      „Pomysłów na siebie” może być całe mnóstwo. Nie wszystkie wzbudzają mój aplauz. Mam koleżankę spełniającą się w pracy, która pomimo osiągnięcia wieku emerytalnego, wciąż z zapałem i ogromnym zaangażowaniem pracuje próbując udowodnić wszystkim, że jest niezastąpiona. I takie przekonanie w firmie rzeczywiście panuje, zwłaszcza u szefostwa, dlatego nikt nie wysyła ją na emeryturę. A ona sama, gdyby na takiej emeryturze się znalazła, zapewne przeżyłaby szok a może wpadłaby w depresję, bo praca stanowi dominującą cześć jej życia i praktycznie przysłania wszystko inne. Niełatwo mi się z nią współpracuje, bo sama mam do pracy dystans, uznając, że jest niezbędna, ale nie stanowi o sensie mojego życia, poza tym nie jest moją pasją, niestety. Może tu właśnie tkwi problem, że ludzie łączący zawód z pasją, nie muszą szukać „pomysłu na siebie”, bo nie ma już wolnego miejsca w ich życiu.

      Kolejna z moich koleżanek, którą poznałam wiele lat temu na niwie zawodowej, też spełnia się w pracy. Jest faktem, że wykonuje ciekawy zawód, wciąż gdzieś bywa, wyjeżdża na konferencje, uczestniczy, organizuje. Notorycznie nie odbiera telefonów, bywa też, że nie oddzwania, kiedy się nagram. Najczęściej jednak informuje mnie w krótkich żołnierskich słowach, że właśnie zaczyna spotkanie i nie może rozmawiać. Obiecuje oddzwonić i na obietnicach często się kończy. Kiedy po jakimś czasie wreszcie się odezwie, mam wrażenie jakby jakaś „łaska pańska” na mnie spłynęła. Kiedyś zżymałam się i obrażałam, bo czułam się w ten sposób ignorowana. Z czasem przyzwyczaiłam się do takich zachowań, uznając, że muszę zdecydować, czy ta znajomość jest dla mnie ważna i jeśli uznam, że jest ważna, to zaakceptuję ją taką, jaka jest i nie będę próbowała koleżanki wychowywać, bo jest już na to za późno. Wiem, że w trudnych sytuacjach zawsze mogę na nią liczyć, i tylko to się liczy, zwłaszcza na pewnym, dojrzałym już etapie życia.

      Spośród tych moich bliższych i dalszych znajomych, sama należę raczej do kategorii mniej aktywnych, i zawodowo, i towarzysko chyba też. Może i malkontenctwo występuje u mnie w znaczniejszym nasileniu niż u innych. Czy zawsze taka byłam, czy taki mam teraz czas? A może jestem obecnie na etapie szukania nowego „pomysłu na siebie”, co zdaje się trwać już dość długo i końca nie widać. A może moim pomysłem jest właśnie owo poszukiwanie? Nie liczy się cel, a ważna jest droga, która do niego prowadzi. Może ja wciąż jestem na tej drodze i może na niej pozostanę, co wcale nie musi być takie złe, bo cały czas czegoś nowego próbuję i doświadczam.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (5) Pokaż komentarze do wpisu „Pomysł na siebie”
      Tagi:
      Kategoria:
      Autor(ka):
      illona
      Czas publikacji:
      piątek, 25 października 2013 13:42

Wyszukiwarka

Autorzy

Zakładki

Kanał informacyjny